Przyjemne filmy na zimowe wieczory

zima gil

Zima oficjalnie przybyła już wczoraj, a wraz z nią dłuuuugie wieczory i Święta, czyli trochę laby i czasu spędzonego z rodziną, nieraz na wspólnym oglądaniu filmów właśnie. W związku z czym postanowiłam przedstawić Wam kilka sympatycznych, lekkich, ale niegłupich propozycji filmowych, przy których będziecie się przede wszystkim dobrze bawić, odgonicie trochę zimową chandrę (w zaistniałych warunkach pogodowych do złudzenia przypominającą jesienną 😉 ) ale też nie zemdli Was od nadmiaru słodkości.

Z nowości, które możecie jeszcze obejrzeć w kinie:

LOVE, ROSIE

love rosie

Reżyseria: Christian Ditter, na podstawie powieści Cecelii Ahern: „Na końcu tęczy”

Propozycja dla par, na wyjście z siostrą/mamą/przyjaciółką.

Uroczy melodramat z mocno rozbudowanym wątkiem komediowym. Historia dwójki przyjaciół: Alexa i Rosie, którzy znają się od kołyski i najpewniej tylko i wyłącznie z tego powodu ciężko im się zorientować, czy to jest przyjaźń, czy raczej kochanie. Mijają lata, oboje dorastają, a dziecięce problemy zastępują te bardziej poważne: stracone szanse, niechciane macierzyństwo, nieudane związki, ale jeden punkt pozostaje stały i niezachwiany wśród życiowych zawirowań. Ich przyjaźń. Jeden z bardziej wzruszających filmów, jakie widziałam przez ostatnich kilka lat. Para głównych bohaterówjest naprawdę przeurocza, a przy tym bardzo fajnie zagrana przez Lily Collins oraz Sama Claflina (Finnick z „Igrzysk Śmierci”;) ). Warto się na ten film wybrać, żeby trochę się pośmiać, czasem przez łzy.

ZA JAKIE GRZECHY, DOBRY BOŻE? / Qu’est-ce qu’on a fait au Bon Dieu?

za jakie grzechy

Reżyseria: Phillippe de Chauveron

Film dla całej rodziny.

Francuska komedia rasistowska 😉

Ultrakonserwatywni rodzice mają nie lada orzech do zgryzienia: trzy z ich czterech córek wyszły za mąż kolejno za: Araba, Żyda i Chińczyka. Nie wiadomo, który gorszy. I o czym tu rozmawiać przy rodzinnym obiedzie, skoro wszystkie tematy okazują się drażliwe? Wszelkie nadzieje na normalnego, katolickiego zięcia pokładają więc w najmłodszej latorośli. I rzeczywiście. Ostatnia córeczka znajduje porządnego, katolickiego chłopca, tyle że… czarnoskórego. W dodatku aktora. Tego już naprawdę zbyt wiele!

Humor nie jest bardzo wyszukany, za to śmiechu co niemiara. Wszyscy tu są rasistami: Francuzi nie znoszą imigrantów, imigranci też ledwo trawią siebie nawzajem, a faux pas i kulturowe przytyki padają na każdym kroku. Ciekawostka: film ten nie został wyświetlony z Stanach Zjednoczonych ani Wielkiej Brytanii z powodu niepoprawności politycznej. Ale przedmiotem żartu są tu sam rasizm i uprzedzenia skrywane pod płaszczykiem dobrego wychowania właśnie, więc jak dla mnie: więcej takiej niepoprawności silwuple 😉

Filmy trochę już przykurzone, ale niezmiennie prześwietne:

ZAPLĄTANI / Tangled

zaplatani

Czyli Roszponka by Walt Disney.

Dla dzieciaków, rodziców i wszystkich, którzy skrywają w sobie duszę dziecka 😉

Tak, wiem, że bajki Disneya są antyfeministyczne, przekazują szkodliwe stereotypy itede. Ale ja je kocham. Serce nie sługa;) A ten wyjątkowo. Ma wszystko, co do szczęścia potrzebne, czyli:

*wątek psychologiczny: toksyczna matka i pragnąca odciąć pępowinę niepokorna córka

*wątek romansowy: piękne i niewinne dziewczę + loverboy z gatunku Słodki Drań

*wątek komediowy: głównie uosabiany przez postaci poboczne, a zwłaszcza bohaterskiego konia Maximusa o dziwnie psim usposobieniu oraz całą zgraję miejscowych rzezimieszków o tzw. trudnej urodzie

*kino akcji: niezliczone pościgi i sceny walki z patelnią w charakterze zabójczej broni

*wątek musicalowy: piosenki, piosenki, piosenki (no dobra, za tym zwykle nie przepadam, ale tutaj są całkiem OK)

*coś, o czym marzy każda dziewczynka, a mianowicie: WŁOSY GŁÓWNEJ BOHATERKI. Dłuższe, niż do ziemi i po prostu boskie :D. Dodam, że przez cały film nasza Roszponka potyka się o swe pukle tylko jeden – jedyny raz, oczywiście w kluczowym momencie.

JESZCZE DALEJ NIŻ PÓŁNOC / Bienvenue chez Les Ch’tis

jeszcze dalej niż północ

Kolejna komedia francuska i jednocześnie film dla każdego.

To już klasyka w reżyserii niezawodnego Dany’ego Boona (zwykle również występującego w swoich produkcjach).

Zdominowany przez marudną żonę naczelnik poczty z południa Francji ma tylko jeden cel: dostać przeniesienie na Lazurowe Wybrzeże i wreszcie uszczęśliwić swą piękniejszą połowę. W tym celu ucieka się do przeróżnych, niekoniecznie uczciwych forteli, skutkiem których jest przeniesienie i owszem, ale na daleką, skutą lodem Północ, której prymitywni mieszkańcy posługują się przedziwnym, niczym nie przypominającym „normalnego” francuskiego dialektem… gdzieś w okolice Lille.

Znów opowieść o stereotypach, o typowej francuskiej ignorancji, która nie ogranicza się do podziału świata na „Francja” i „Niefrancja”, ale idzie jeszcze dalej (niż północ 😀 ) i pokazuje, że nawet wewnątrz kraju mieszkaniec danego regionu wiedzę o innych częściach swej ojczyzny ma raczej na poziomie „mniej niż zero”, ale dla równowagi przesądów i uprzedzeń bez liku.

Jest to też historia męskiej przyjaźni, a gagi językowe ubawią każdego, nie tylko osoby władające językiem Victora Hugo, gdyż w polskim tłumaczeniu bardzo zgrabnie zaadaptowano tu elementy gwary śląskiej.

Trochę ambitniej, ale nadal zabawnie:

ZAKOCHANI WIDZĄ SŁONIE / Voksne mennesker 

zakochani widza slonie

Reżyseria: Dagur Kári

Słodko-gorzki komediodramat pełen skandynawskiej powściągliwości, utrzymany w czerni i bieli.

Ciepły, acz lekko dziwaczny. Spodoba się wielbicielom europejskiego kina i subtelnego poczucia humoru. Natomiast fani klasycznych komedii romantycznych mogą się mocno rozczarować. Daniel to artysta-graficiarz o silnie rozwiniętym syndromie Piotrusia Pana, permanentnych pustkach na koncie i ustawicznych kłopotach z urzędem pracy. Życie dzieli na realizację swoic graficiarskich zleceń, na pograniczu prawa i nieraz pod osłoną nocy i spotkania z najlepszym przyjacielem Dziadkiem (najsympatyczniejsza postać w całej opowieści), marzącym o karierze sędziego piłkarskiego i do przesady nieśmiałego w kontaktach z kobietami. Pewnego dnia poznają również uroczą dziewczynę pracującą w pobliskiej piekarni, Franc. Cała trójka ma problemy z wejściem w dorosłe życie i przystosowaniem się do panujących norm społecznych, każde na swój sposób. Wkrótce Daniel i Franc zakochują się w sobie, a Dziadek… cóż, musi podjąć decyzję, czy nadal chce być przyjacielem kogoś, kto podwędził mu sprzed nosa dziewczynę, którą „on pierwszy zauważył”.

Fabuła podzielona jest na krótkie epizody, na początku pełne dowcipnych scen i dialogów, z czasem coraz bardziej poważne. Akcja biegnie kilkutorowo: mamy losy Daniela i Franc, którzy w końcu stają przed progiem dorosłości bez możliwości odwrotu, perypetie nieporadnego Dziadka, ale i historię sędziego, z którym Daniel ma na pieńku. On z kolei próbuje się wyrwać z uporządkowanego i do bólu poprawnego życia.

Lekko intrygujący, mądry i w bardzo specyficzny sposób zabawny film.

GRANATOWYPRAWIECZARNY / AzulOscuroCasiNegro

granatowy

Reżyseria: Daniel Sanchéz Arévalo

Jak mogłabym zapomnieć o kinie hiszpańskim? Imposible! 😉

Jest to dramat z typowym dla Hiszpanów wyczuciem absurdu.

Znów mamy grupkę młodych ludzi, którzy stają u progu dorosłego życia, a ich głównym dylematem są ambicje kontra możliwości lub ograniczenia, wyobrażenia o tym, jacy chcieliby być i konfrontacja z rzeczywistością.

Jorge po ukończeniu studiów uparcie i bezskutecznie próbuje znaleźć lepszą pracę, niż profesja portiera, którą niejako odziedziczył po ojcu, teraz mocno schorowanym po wylewie i całkowicie zdanym na opiekę syna. Brat Jorge, Antonio niespecjalnie wspiera go w zajmowaniu się ojcem, gdyż właśnie odsiaduje wyrok w więzieniu. Tam poznaje swoją dziewczynę Paulę, której marzeniem jest zajść w ciążę po to, by dostać przeniesienie do innej celi, gdzie współwięźniarki nie będą się nad nią znęcać. Wskutek pewnej braterskiej umowy Jorge nawiązuje z Paulą dość specyficzną relację. Przyjaciel Jorge, Israel odkrywa homoseksualne skłonności ojca, co prowadzi go do zrozumienia zaskakującej (i wcale nie chcianej) prawdy o samym sobie. Jest też Natalia, spotkana po dłuższej rozłące przyjaciółka Jorge. Wspólnie odkrywają, że różnice społeczne, które w dzieciństwie nie były przeszkodą, w dorosłym życiu nieraz sprawiają, że ludziom rozchodzą się drogi…

Lekko ironiczna opowieść o walce z losem, z samym sobą, o dojrzewaniu do samoakceptacji.

Jest to zdecydowanie najmniej śmieszny z filmów, które dziś Wam polecam, co nie oznacza, że jest ciężki. Wiele razy się uśmiechniecie lub nawet roześmiejecie, a opowiadana historia jest tak nietypowa, że będzie ciekawą wyprawą w nieznane i odskocznią od sztampowych hollywoodzkich scenariuszy, do których jesteśmy aż za bardzo przyzwyczajeni.

Mam nadzieję, że coś tu dla siebie wybierzecie.  A jeśli nie, mam w zanadrzu jeszcze kilka propozycji 😉

dziewczynka okno

 

Dziękuję za odwiedziny. Zachęcam do komentowania, krytykowania i dyskutowania. I zapraszam ponownie! 🙂

Advertisements

Dzikie historie II Relatos salvajes

relatos salvajes

Reżyseria: Damián Szifrón

Pozwólcie, że zacznę dygresją :).

„Pedro Almodóvar przedstawia dziką komedię, w której sześciu na co dzień spokojnym ludziom nagle puszczą nerwy.”

Tak oto zostałam zachęcona do obejrzenia filmu, którego twórcą jest ktoś inny. No nawet rozumiem, że dzięki temu obejrzało go więcej osób, bo Almodóvar to marka, a jakiś tam Argentyńczyk Szifrón, to któż to jest, może zdolny, ale nieznany. Rozumiem, że dzięki temu może zrobić się bardziej znany (na co zasługuje!), ale to jest robienie widza w jajo.

Tym sposobem widz przestaje być odbiorcą sztuki, a staje się konsumentem, któremu wcisnąć można wszystko, byle tylko znalazł się odpowiednio sprytny chwyt marketingowy.

A Pedro Almodóvar jak się ma do tego? Otóż jest producentem…

Ech, dystrybutorzy…

Ale teraz do rzeczy.

Film jest rewelacyjny i jak tylko wejdzie do kin (oglądałam go na pokazie przedpremierowym), idźcie na niego, bo jest feerią niespodzianek, absurdu, czarnego humoru i zaskakujących puent.

Tak naprawdę składa się z sześciu zupełnie osobnych historii, których częścią wspólną jest jedno: ich bohaterowie wkurzyli się troszkę bardziej, niż w danej sytuacji przystoi.

Mamy więc między innymi Gabriela Pasternaka, który znalazł niezawodny sposób na ukaranie wszystkich, absolutnie wszystkich, którzy kiedykolwiek go skrzywdzili/zranili jego uczucia, dwóch kierowców, którzy w robieniu sobie wzajemnie na złość posunęli się naprawdę stanowczo ciut daleko, sfrustrowanego przepisami drogowymi inżyniera, który nie potrafi odpuścić w urzędzie oraz pannę młodą, która odkrywa, że jej oblubieniec zaprosił na wesele koleżankę z pracy, z którą miał romans (tu już nie muszę nic dodawać).

Każda z historii oscyluje wokół jednego: co by było, gdyby w sytuacjach życia codziennego zwykle pohamowywana złość choć odrobinę wymknęła się spod kontroli. Agresja wyzwala jeszcze więcej agresji (zawsze przecież znajdzie się jakiś współuczestnik sytuacji, który również może się wkurzyć i dołożyć swoje parę groszy), tworząc samonapędzającą się machinę, której uczestnicy w swym zacietrzewieniu nawet już nie pamiętają, co było początkiem lawiny złości.

Jednak pomimo obecności scen brutalnych a i często niewesołych zakończeń, całość  okraszona jest takim humorem i niespodziewanymi zwrotami akcji, że widz co chwila wybucha pełnym niedowierzania śmiechem. Nie są to jednak sytuacje przerysowane do tego stopnia, że nie mogłyby się wydarzyć, nie mamy do czynienia z gagami, lecz raczej z porozumiewawczym przymrużeniem oka w stronę widza. Nie zobaczycie też żadnej krwawej jatki, masakry ani nic z tych rzeczy. Całość podana w formie, która, dając trochę do myślenia jednocześnie, bawi.

Nazwisko Damiana Szifrona było mi dotąd nieznane , ale o niczym to nie świadczy – to był w ogóle chyba trzeci argentyński film, który widziałam w życiu, ale podczas jego oglądania miałam wrażenie, że to nie jakiś tam nowicjusz, debiutujący pod szyldem wujka Almodovara, tylko dojrzały twórca, który nie próbuje, ale doskonale wie, co robi.

I rzeczywiście, Szifrón zadebiutował w 1992 roku i jak dotąd specjalizuje się głównie w filmach krótkometrażowych – to by wyjaśniało mistrzostwo, z jakim posługuje się tą formą. A to oznacza, że muszę poszperać i znaleźć inne jego filmy ;).

Na „Relatos salvajes” bawiłam się świetnie. Lubię być zaskakiwana, a tu przezabawny zwrot akcji wydarzał się niemal co krok, tym bardziej, że „Dzikie historie” to w zasadzie sześć osobnych filmów w jednym, więc efekt zadowolenia również jest sześciokrotny ;).

W produkcji zagościła plejada argentyńskich gwiazd kina, z których wcześniej miałam styczność tylko z Ricardo Darín (w pięknym dramacie kryminalnym z love story w tle pt. “Sekret jej oczu”/ “El secreto de sus ojos”).

Idźcie na to do kina 🙂

 

żródło zdjęcia: www.radiobrisas.com

Piętnaście lat i jeden dzień II 15 años y un día

15_anos_y_un_dia-779995981-large

Reż. Gracia Querejeta

Mam dziś dla Was kolejny film z tegorocznego Tygodnia Kina Hiszpańskiego. Hiszpański kandydat do Oscara 2014.

To historia czternastoletniego Jona (Arón Piper), który z racji swojego krnąbrnego charakteru jest niezłym utrapieniem dla samotnie wychowującej go matki Margo (Maribel Verdú). Pyskaty i zaczepny, doprowadza w końcu do tego, że wyrzucają go ze szkoły, a zdesperowana Margo postanawia na kilka miesięcy oddać syna pod opiekę swego ojca, byłego wojskowego mieszkającego samotnie w małej nadmorskiej miejscowości.

Dziadek (Tito Valverde), który woli, by nazywać go Max, okazuje się być dziarskim, zdyscyplinowanym i surowym, choć nie pozbawionym ludzkiej twarzy osobnikiem.

Od początku relacja z uwielbiającym pakować się w kłopoty Jonem nie za bardzo się układa, choć trzeba przyznać, że Max próbuje na wszelkie sposoby. Tego samego nie można niestety powiedzieć o niepokornym wnuczku.

Opisy dystrybutorów przedstawiają film jako historię tych właśnie dwóch bohaterów: dziadka i wnuka. Są to jednak postaci klucze, które przybliżają nam pozostałych członków nieszczególnie szczęśliwej rodzinki. Mamy zatem wspomnianą już Margo – nieodnoszącą sukcesów, ale wciąż próbującą aktorkę, która nie potrafi poradzić sobie ze śmiercią męża i dorastającym synem. Mamy też Cati (Susi Sanchez) – matkę Margo i byłą żonę Maxa, kobietę szorstką i antypatyczną –  z czasem poznamy powody jej zamknięcia się w sobie.

Cała ta plejada życiowych rozbitków zostanie na nowo połączona tragicznym wydarzeniem – skutkiem nieodpowiednich znajomości Jona, które chłopiec wydaje się przyciągać jak magnes.

Jak będzie wyglądało spotkanie po latach Maxa i Cati? Czy Margo zdecyduje się przełamać barierę milczenia i opowiedzieć Jonowi prawdę o nieżyjącym ojcu? I czy chłopiec zdecyduje wreszcie, że czas już „wyjść na ludzi” i dać matce trochę odetchnąć?

Moje ulubione role w tym filmie to Max, Margo i Aledo, policjantka i przyjaciółka Maxa.

Max – surowy, ale ludzki, samotny, starszy mężczyzna, który nie potrafi zdradzić swoich ideałów, co czasem obraca się przeciwko niemu.

Margo – wciąż i wciąż próbująca swych sił jako aktorka, nieszczęśliwa, ale i pełna niezłomnej wiary w syna krucha kobieta, która cały czas wydaje się balansować na granicy przepaści. Choć trudno mi było ją polubić, to trudno nie docenić pracy, którą Maribel Verdú włożyła w wykreowanie tej pełnej niuansów roli.

No i Aledo (Belén Lopez) – tak naprawdę moja faworytka. Postać z tajemnicą, której poznajemy tylko jakąś małą część.  Silna kobieta, która dźwiga w samotności konsekwencje trudnej decyzji z przeszłości, ale która potrafi zaakceptować fakt, że popełniła błąd i musi z tym żyć.

„Piętnaście lat i jeden dzień” to proste, intymne kino bez fajerwerków i hollywódzkich zwrotów akcji. Historia nie tyle o problemach dorastania, ale o otaczającym nastolatków niedoskonałym świecie dorosłych: pełnym zawiedzionych nadziei, utraconych szans i pozostawiających wiele do życzenia relacji. Jednak wydźwięk tego filmu jest o dziwo pozytywny: może i cała plejada występujących tu dorosłych to takie trochę ptaki o podciętych skrzydłach, ale wszyscy oni nie ustają w staraniach, aby po swojemu żyć jak najlepiej i naprawiać popełnione błędy.

 

 

 

 

 

 

Nie zrywa się kwiatów I De tu ventana a la mía

de_tu_ventana_a_la_mia-cartel

W ubiegłą sobotę (29. marca) w Krakowie dobiegł końca 14. Tydzień Kina Hiszpańskiego, jeden z najpopularniejszych festiwali filmowych w Polsce, organizowanych w siedmiu miastach (Warszawa, Łódź, Katowice, Poznań, Wrocław, Kraków, Gdańsk). Jako wielka fanka hiszpańskiej kinematografii nie mogłam przegapić takiego wydarzenia 🙂

Dziś opowiem Wam o filmie, który urzekł mnie najbardziej, ale na pewno wrócę jeszcze do innych pozycji przeglądu.

 

NIE ZRYWA SIĘ KWIATÓW

Reżyseria: Paula Ortiz, muzyka: Avshalom Caspi, zdjęcia: Migue Amoedo

 

„Niektóre historie miłosne są jak maki:

Czerwone,

 Kruche,

 Ulotne…

A mimo to chwytają za gardło.”

Tak zaczyna się film i takie właśnie są trzy historie w nim opowiedziane: niczym utkane z cieniutkiej koronki, trochę jakby ze snu, a zarazem pełne głębokiej nostalgii, która przenika w każdą szczelinę świadomości, tak  jak wilgoć w mglisty, deszczowy dzień.

Każda z nich dzieje się w innym okresie: w latach dwudziestych, czterdziestych i siedemdziesiątych  dwudziestego wieku. Łączy je region Aragonia: piękny i surowy, jak tajemnicza kraina rodem z baśni.

Rok 1923.

Granica hiszpańsko – francuska. Młodziutka i chorowita Violeta (Leticia Dolera) przygotowuje się do studiów na Sorbonie. W zagubionym wśród gór ogrodzie wuja, znanego profesora biologii, bada przepoczwarzanie się gąsienic Chrysalis oraz właściwości kwiatów. I nagle efemeryczna jak życie motyla pierwsza miłość wywraca do góry nogami jej bezpieczny świat. Jednak wzniosłość bez uprzedzenia kończy się gorzko i nieodwracalnie. Pozostają listy jako nagroda pocieszenia, tylko czy prawdziwa?

Rok 1941.

Początek dyktatury Franco. W palącym słońcu, wśród złocistych pól pszenicy smaganych wiatrem, Inés (Maribel Verdú) wypatruje ukochanego Paco. Jednak polityczne zawirowania tamtych czasów nie idą w parze z osobistym szczęściem. Niemal od razu po ślubie życie Ines zmienia się w przesycone tęsknotą i strachem czekanie. Na wizytę w więzieniu, na mającą się urodzić córeczkę, na wieści – być może te najgorsze.

Rok 1975.

Jesień frankizmu i jesień życia Luisy (Luisa Gavasa). Samotna, hipochondryczna, wycofana. Żyje swoimi wymyślonymi chorobami i pasją do kina niemego, a jedyną bliską jej osobą jest Isabel, przyjaciółka, z którą mieszka. No i może sprzedawca z pasmanterii, który nieśmiało próbuje zdobyć jej względy. Ale on nie pasuje do roli amanta z filmowych marzeń Luisy. Jako że życie lubi płatać figle, hipochondryczka nagle okazuje się być naprawdę chora: zdiagnozowano u niej raka piersi. I wtedy staje się jasne, że nie można tak po prostu umrzeć, nie przeżywszy prawdziwej miłości. A przynajmniej pocałunku: takiego, jak w starych filmach…

Reżyserski debiut Pauli Ortiz wprost bombarduje doznaniami zmysłowymi: cudowne zdjęcia oraz równie cudowna muzyka, pełna mistycznej symboliki przyroda są piękną otoczką dla trzech historii, z których każda mogłaby wydarzyć się każdej kobiecie, ale sposób ich przedstawienia jest tak urzekający, że w istocie chwytają za gardło. Delikatny, może odrobinę melodramatyczny, ale bez zgubnej przesady. W sam raz, by poruszyć.

Największe wrażenie zrobiła na mnie opowieść o Luisie i jest to chyba najsmutniejsza część filmu. Pozostałe dwie bohaterki były młode i pomimo, że doznały cierpień, życie wciąż miało dla nich wiele szans w zanadrzu. Luisa zaś to kobieta, która nagle zrozumiała, że już na wszystko za późno i że czas biegnie tylko w jedną stronę. Bardzo podobała mi się rola Luisy Gavasy, a zwłaszcza zagrana przez nią bardzo emocjonująca scena finalna, która sprawiła, że obecni podczas seansu Hiszpanie wstawali, by bić brawo.

Jest to kolejny obraz, który, choćby ukradkiem, ale jednak, pokazuje, że społeczeństwo hiszpańskie wciąż liże rany po wojnie domowej i faszystowskim reżimie. Może historyczna trauma jest właśnie tym czymś, co łączy tak kulturowo odmienną Polskę z Hiszpanią. Zawsze zastanawiam się nad fenomenem niekwestionowanej wzajemnej sympatii, jaką wzbudzają w sobie Polacy i Hiszpanie. Może to właśnie to;).

Oryginalny tytuł  („De tu ventana a la mía”) oznacza „Z twojego okna w moje” i pierwszy raz w życiu muszę przyznać, że polska wersja mi wydaje się o wiele lepiej pasować do natury filmu. Jest znacznie bardziej wymowna.

Na zakończenie wrzucam kilka utworów ze ścieżki dźwiękowej, którą jestem absolutnie oczarowana. Autorem jest izraelski kompozytor Avshalom Caspi, stąd zapewne inspiracje muzyką Żydów sefardyjskich. Między innymi „Debajo del limón”, piosenka wykonywana przez Alisa jest adaptacją starej pieśni sefardyjskiej.

Enjoy 🙂

Tylko ciebie chcę I Tengo ganas de ti

tengo-ganas-de-ti-cartel-3

Reżyseria: Fernando González Molina

Na podstawie powieści Federico Moccia

Dziś chciałabym Wam zaproponować coś uroczego, lekkiego i wzruszającego. Oraz romantycznego. Na miły wieczór z przyjaciółką lub poprawę humoru po ciężkim dniu. Historia o miłości, przyjaźni, godzeniu się z przeszłością oraz samym sobą.

Posłuchajcie:

Hache (Mario Casas) po dłuższym pobycie w Londynie powraca do Barcelony. Odwiedza dawne miejsca i starych znajomych, odkrywa, że niby wszystko jest po staremu, ale całkiem inaczej… Nie wiadomo tylko co zmieniło się bardziej: miasto, ludzie, czy on sam. W jego głowie odżywają bolesne wspomnienia: tragiczna śmierć najlepszego przyjaciela Pollo (Álvaro Cervantes) podczas wyścigów motocyklowych, w których on sam regularnie brał udział, problemy z agresją i w końcu burzliwe rozstanie z pierwszą miłością, Babi (María Valverde). To właśnie te wydarzenia były powodem jego wyjazdu. Teraz, znów w domu, odkrywa, że to wszystko wciąż ma dla niego ogromne znaczenie i stare rany niekoniecznie się zagoiły, a marzenia o powrocie do Babi nigdy do końca nie wywietrzały mu z głowy.

Ckliwie? Chodźmy dalej.

Sytuacja zmienia się, gdy przypadkowo poznana na stacji benzynowej złodziejka paliwa Gin (Clara Lago) okazuje się śliczną i zadziorną dziewczyną pełną zwariowanych pomysłów. Oboje od razu wpadają sobie w oko i szybko nawiązują romans, jednak widać wyraźnie, że Hache wciąż nie może zapomnieć o Babi. Jak się zresztą okazuje, z wzajemnością… Nasz bohater stanie więc na rozdrożu.

„Tylko ciebie chcę” jest sequelem „Trzy metry nad niebem” (Tres metros sobre el cielo), opowiadającego właśnie o wydarzeniach, które wspomina Hache, ale obejrzenie go nie jest konieczne, by zrozumieć treść drugiej części. Nie będę go tutaj opisywać, bo nie za bardzo przypadł mi do gustu – nie jestem po prostu targetem dla takich historii (zbyt stara i zgorzkniała;) ) a poza tym wydaje mi się znacznie słabszy pod względem scenariusza i zdjęć od swojej kontynuacji.

Jeśli chodzi o grę aktorską, to już po kilku minutach staje się jasne, że Mario Casas robi karierę niekoniecznie z powodu talentu, a raczej ze względu na inne atuty swojej osoby;), ale jego Hache, jest w miarę wiarygodny i dość, jak na zabijakę po przejściach, sympatyczny.

Znacznie ciekawiej prezentuje się Clara Lago, czyli filmowa Gin. Jest to moja ulubiona postać w tym filmie: pełnokrwista, wyzwolona, a jednocześnie wrażliwa dziewczyna, która za wszelką cenę chce żyć po swojemu i nie boi się zaryzykować, by to się udało.

Cały urok „Tylko ciebie chcę” polega na relacjach między bohaterami: na pierwszym planie jest oczywiście historia głównych bohaterów: zabawne, miejscami pikantne i czułe sceny z ich udziałem przedstawione są w bardzo ujmujący sposób. Równie ciekawe wątki to przyjaźń Hache z Catiną (Marina Salas), dawną przyjaciółką Babi i dziewczyną zmarłego Pollo oraz historia rodziny Babi (niestety nie za wesoła).

Czy będzie happy end? A jeśli będzie, to czy taki, na jaki mamy nadzieję?

Zobaczcie sami:) Jedno jest pewne: okazji, by uronić łezkę wzruszenia nie zabraknie.

P.S. Oba filmy, zarówno „Tylko ciebie chcę”, jak i „Trzy metry nad niebem” są bez problemu do obejrzenia online w Internecie z napisami po polsku, więc pozycja nie jest przeznaczona tylko dla Spanish speakerów.

Tylko+Ciebie+chcę

Sześć razy Emma I Seis puntos sobre Emma

Emma

Reżyseria: Roberto Pérez Toledo

Film ten oglądałam już dosyć dawno, podczas 13. Tygodnia Kina Hiszpańskiego w marcu 2013 roku. Nie miałam jeszcze wtedy bloga ani nawet nie świtał mi w głowie pomysł na niego. Ale zapadł mi w pamięć do tego stopnia, że od dawna myślałam, by go tutaj opisać, więc obejrzałam go jeszcze raz, żeby odświeżyć wrażenia. W sumie za drugim razem moje odczucia były trochę inne, ale o tym za chwilę.

Emma (Verónica Echegui) ma dwadzieścia dziewięć lat, pracuje w telefonie zaufania, jest piękną dziewczyną i jak wiele kobiet chciałaby mieć dziecko.

Z tą różnicą, że Emma jest niewidoma i ani myśli o zakładaniu rodziny. Chce tylko dziecka, a ewentualnego ojca traktuje jedynie jako dawcę nasienia. „W ten sposób będę miała dziecko tylko dla siebie” zwierza się przyjacielowi. Sama o sobie mówi, że jest osobą, która nie jest w stanie nikogo pokochać.

Kiedy kolejne próby zajścia w ciążę zawodzą, a korowód byłych chłopaków ściele się gęsto, Emma zapisuje się na terapię grupową dla osób niepełnosprawnych, sama w sumie nie wiedząc, po co to robi. Tu poznaje Germana  psychoterapeutę prowadzącego grupę, z którym wdaje się w namiętny romans (w tej roli przepiękny Álex García, prywatnie narzeczony Veróniki Echegui – taki nius pudelkowy:P). Oczywiście tylko w jednym celu: zajść w ciążę. Ona ukrywa przed nim powód, dla którego się z nim spotyka, on przed nią fakt, że ma żonę i dwójkę dzieci oraz…inne grzeszki. Łatwo zataić przed nią to i owo: przecież nie widzi. W grę również wplątuje się brat sąsiadki i przyjaciółki Emmy, Diego (Fernando Tielve) wyraźnie zauroczony dziewczyną. Zazdrosny o Germana, nieźle namąci w życiu obojga. Tak naprawdę nie wiem, jakie pobudki kierują tym chłopakiem: zazdrość, egoizm, chęć chronienia Emmy, czy mylne poczucie sprawiedliwości?

„Sześć razy Emma” nie jest wzruszającą i romantyczną opowieścią o dziewczynie, która szukając czego innego znalazła miłość. Mamy do czynienia z interesującym kinem psychologicznym, w którym żadnego z bohaterów nie można jednoznacznie ocenić. Reżyser umiejętnie gra stereotypem bezbronnej, kruchej kaleki wyglądającej na łatwy łup dla każdego, kto zechciałby ją wykorzystać. Ale kto tu jest największym egoistą, trudno stwierdzić. Chyba jedynym altruistycznym bohaterem jest pies Emmy, Rosca;)

Obejrzałam ten film dwa razy i za pierwszym było dla mnie oczywiste, że Emma zachowała się w super wyrachowany sposób, ale za drugim razem już nie byłam taka pewna, może jednak naprawdę coś poczuła, tylko historia zamotała się trochę za bardzo… Oceńcie sami.

Emma zresztą jest postacią, którą mimo wszystko się lubi: jest urocza, otwarta i dla każdego potrafi znaleźć dobre słowo.

Lubię współczesne kino hiszpańskie za to, że po prostu opowiada historie. Takie, w których jak w prawdziwym życiu wydarzyć się może wszystko, bo nie ma żadnego utartego schematu. Tym razem znowu mnie nie zawiodło.

Przebudzenie panny Prim

PORTADA SEÑORITA PRIM_2

Witam Was w nowej szacie graficznej. Mam nadzieję, że będzie wygodniejsza do korzystania, niż stara :).

Ponieważ Boże Narodzenie tuż-tuż postanowiłam wprowadzić też odrobinę świątecznej atmosfery.

Przy okazji chciałabym życzyć wszystkim wiernym czytelnikom (tym bardziej sporadycznym też :D) zdrowych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia.

Dziś opowiem o pewnej książce, która jeszcze nie ukazała się po polsku. Pomyślicie może, że trochę bez sensu, ale wspominałam przecież, że nie piszę na czasie;).  Dziś więc będzie prekursorsko.

Powieść pod tytułem „Przebudzenie panny Prim” (El despertar de la señorita Prim) Natalii Sanmartin Fenollera w Hiszpanii sprzedaje się jak świeże bułeczki. Pierwszy raz ukazała się na początku 2013 roku, a już doczekała się co najmniej pięciu wydań i tłumaczenia na angielski i niemiecki. W Polsce prawa wykupiło wydawnictwo Amber.

Są takie książki, które wyjątkowo przyjemnie czyta się w zimie. Wprowadzają w bożonarodzeniowy błogostan i ta zdecydowanie się do nich zalicza. Bohaterowie bez przerwy chodzą do siebie w gości, na podwieczorki, na których serwują aromatyczną rosyjską herbatę oraz pyszne domowe wypieki. Przy tych wspaniałościach dyskutują o wychowaniu, literaturze, religii a nawet feminizmie. Mają na wszystko czas, robią to, co lubią, a w dodatku jeszcze zarabiają na tym pieniądze. Słowem: utopia.

Utopijne właśnie jest urocze małe miasteczko San Ireneo de Arnois, które w mojej wyobraźni mieści się gdzieś w okolicach granicy hiszpańsko-francuskiej, ale tak naprawdę jego lokalizacja nie jest podana. Zamieszkują je ludzie różnych narodowości. Wszystkich ich sprowadził jeden cel: uciec od pędu i zgiełku współczesnego świata i jego braku poszanowania tradycyjnych  wartości.

W miejsce to pewnego dnia, zwabiona interesującą ofertą pracy trafia Prudencia Prim, młoda kobieta poszukująca harmonii i delikatności. Wydaje jej się, że miasteczko będzie dla niej idealne. O dziwo okazuje się być inaczej i to już od pierwszego dnia.

Staranne wykształcenie, jakie odebrała, zdobywając liczne tytuły naukowe okazuje się być przeszkodą w zrozumieniu filozofii życia mieszkańców San Ireneo, a także jej szefa, mężczyzny osobliwego. Autorka nie mówi nam o nim nic: nie opisuje jego wyglądu, wieku a nawet nie podaje imienia. Wiemy natomiast, że jest on specjalistą od języków martwych i pasjonatem dawnej liturgii romańskiej.

Nasza panna Prim to postać, którą trudno polubić, a zarazem dość łatwo się z nią utożsamić. Cierpi ona na coś, co jest typowe dla młodych, oczytanych i wykształconych, ale mało doświadczonych życiowo osób: myśli, że pozjadała wszystkie rozumy. Na każdy temat ma zdanie, odrzuca wszystko, co nadprzyrodzone i strasznie przy tym zadziera nosa. Jednak konfrontacja z rzeczywistością San Ireneo, a w szczególności z małymi siostrzeńcami jej przełożonego, pokazuje, że wszystkie teorie, którymi jest naszpikowana i uważa za swoje tylko zaburzają osobisty i prawdziwie szczery odbiór tego, co ją otacza. Że może warto by je odrzucić i spróbować szukać odpowiedzi na własną rękę?

Jest to historia o ponownym poszukiwaniu siebie i swojej duchowości. Daje trochę do myślenia na temat współczesnego świata. Jest także opowieścią o miłości, choć wielbicielkom romansów lekturę odradzam. Nie jest to typowa literatura kobieca (określenie to z przykrością muszę uznać za pejoratywne). Opowiedziana prostą, ale elegancką prozą czyta się lekko i z prawdziwą przyjemnością.

Autorka nazwała swoją powieść baśnią dla dorosłych i rzeczywiście, jest w tej książce coś baśniowego: mały, idealny świat, w którym żyje się w swoim tempie, za niczym nie goniąc i celebrując drobne przyjemności, takie jak sąsiedzkie pogaduszki, czas spędzony w miejscowej księgarence na wyborze książek, czy filiżanka herbaty wypita w dobrym towarzystwie. Któż nie chciałby wyjechać do takiego San Ireneo, choćby na wakacje? Ja na pewno.

el despertar aleman

Jako świąteczny bonus dodaję okładkę niemieckiego wydania, która bardzo mi się spodobała:)

18 spotkań przy stole I 18 comidas

18 spotkan przy stole

Reż. Jorge Coira

Zarówno kino, jak i kuchnia hiszpańska należą do moich ulubionych, więc będą ochy i achy 🙂

Film opowiada kilka przenikających się miejscami historii, których wspólnym mianownikiem jest fakt, że dzieją się podczas posiłku. Mamy więc ulicznego muzyka, którego niespodziewanie po latach zaprasza na wspólny obiad dawna miłość, dziś niespełniona w małżeństwie kura domowa; parę staruszków, którzy posilają się milcząco w uroczej rustykalnej kuchni, sfrustrowanego geja, który wraz ze swym partnerem gości na kolacji swojego brata homofoba, by uraczyć go wreszcie chwilą prawdy na temat swojej orientacji seksualnej i parę innych postaci. Wszystko w akompaniamencie wspaniałych dań kuchni hiszpańskiej, na widok których nawet po sowitym obiedzie człowiek robi się od razu głodny.

Akcja toczy się nieśpiesznie – jak wiadomo, jeść należy powoli, a historie nie są jakoś szczególnie przekombinowane, podobnie jak naprawdę dobre jedzenie.

Sama nie wiem, co mnie w tym filmie najbardziej urzekło, bo ma on parę smaczków.

Na przystawkę: zdjęcia pięknej Galicji (w której jeszcze nie byłam, ale teraz już tym bardziej wiem, że muszę się tam wybrać).

Danie pierwsze: trzej aktorzy. Moim faworytem jest Sergio Peris Mencheta w roli narzeczonego zestresowanego geja. Bardzo sympatyczna i bardzo figlarnie, ale  z wyczuciem zagrana postać. Potem Luis Tosar jako grajek, który wprowadza nas do opowieści. Ma on w oczach to coś, co sprawia, że mógłby właściwie nic nie mówić, a i tak wszystko wiadomo. I po trzecie: Pedro Alonso. Gra on Vladimira przygotowującego kolejno śniadanie, obiad i kolację dla mającej go odwiedzić tajemniczej Laury, która za każdym razem, gdy posiłek jest już gotowy dzwoni, by poinformować, że jednak nie zdąży przyjść… Nie wiem, jak można wystawić do wiatru tak czarującego faceta? 😀 Który w dodatku świetnie gotuje… Te Hiszpanki nie wiedzą, co czynią.

Danie drugie: brak pośpiechu, fajerwerków i dramatyzowania. Krótkie historie kilku relacji. Kameralnie, niespektakularnie. Tak jak jest w prawdziwym życiu.

Deser: To hiszpańskie „COŚŚŚ”. Coś, co mnie urzeka nieodmiennie w kinie hiszpańskim: urocza swojskość, emocjonalność, wrażenie zaglądania przez dziurkę od klucza do czyjejś sympatycznej codzienności, dzielonej z widzem prostodusznie i bez zbędnych ceregieli.

Naprawdę baaardzo smakowity kąsek. I odradzam oglądanie na pusty żołądek!

18-comidas-cartel