Nie zrywa się kwiatów I De tu ventana a la mía

de_tu_ventana_a_la_mia-cartel

W ubiegłą sobotę (29. marca) w Krakowie dobiegł końca 14. Tydzień Kina Hiszpańskiego, jeden z najpopularniejszych festiwali filmowych w Polsce, organizowanych w siedmiu miastach (Warszawa, Łódź, Katowice, Poznań, Wrocław, Kraków, Gdańsk). Jako wielka fanka hiszpańskiej kinematografii nie mogłam przegapić takiego wydarzenia 🙂

Dziś opowiem Wam o filmie, który urzekł mnie najbardziej, ale na pewno wrócę jeszcze do innych pozycji przeglądu.

 

NIE ZRYWA SIĘ KWIATÓW

Reżyseria: Paula Ortiz, muzyka: Avshalom Caspi, zdjęcia: Migue Amoedo

 

„Niektóre historie miłosne są jak maki:

Czerwone,

 Kruche,

 Ulotne…

A mimo to chwytają za gardło.”

Tak zaczyna się film i takie właśnie są trzy historie w nim opowiedziane: niczym utkane z cieniutkiej koronki, trochę jakby ze snu, a zarazem pełne głębokiej nostalgii, która przenika w każdą szczelinę świadomości, tak  jak wilgoć w mglisty, deszczowy dzień.

Każda z nich dzieje się w innym okresie: w latach dwudziestych, czterdziestych i siedemdziesiątych  dwudziestego wieku. Łączy je region Aragonia: piękny i surowy, jak tajemnicza kraina rodem z baśni.

Rok 1923.

Granica hiszpańsko – francuska. Młodziutka i chorowita Violeta (Leticia Dolera) przygotowuje się do studiów na Sorbonie. W zagubionym wśród gór ogrodzie wuja, znanego profesora biologii, bada przepoczwarzanie się gąsienic Chrysalis oraz właściwości kwiatów. I nagle efemeryczna jak życie motyla pierwsza miłość wywraca do góry nogami jej bezpieczny świat. Jednak wzniosłość bez uprzedzenia kończy się gorzko i nieodwracalnie. Pozostają listy jako nagroda pocieszenia, tylko czy prawdziwa?

Rok 1941.

Początek dyktatury Franco. W palącym słońcu, wśród złocistych pól pszenicy smaganych wiatrem, Inés (Maribel Verdú) wypatruje ukochanego Paco. Jednak polityczne zawirowania tamtych czasów nie idą w parze z osobistym szczęściem. Niemal od razu po ślubie życie Ines zmienia się w przesycone tęsknotą i strachem czekanie. Na wizytę w więzieniu, na mającą się urodzić córeczkę, na wieści – być może te najgorsze.

Rok 1975.

Jesień frankizmu i jesień życia Luisy (Luisa Gavasa). Samotna, hipochondryczna, wycofana. Żyje swoimi wymyślonymi chorobami i pasją do kina niemego, a jedyną bliską jej osobą jest Isabel, przyjaciółka, z którą mieszka. No i może sprzedawca z pasmanterii, który nieśmiało próbuje zdobyć jej względy. Ale on nie pasuje do roli amanta z filmowych marzeń Luisy. Jako że życie lubi płatać figle, hipochondryczka nagle okazuje się być naprawdę chora: zdiagnozowano u niej raka piersi. I wtedy staje się jasne, że nie można tak po prostu umrzeć, nie przeżywszy prawdziwej miłości. A przynajmniej pocałunku: takiego, jak w starych filmach…

Reżyserski debiut Pauli Ortiz wprost bombarduje doznaniami zmysłowymi: cudowne zdjęcia oraz równie cudowna muzyka, pełna mistycznej symboliki przyroda są piękną otoczką dla trzech historii, z których każda mogłaby wydarzyć się każdej kobiecie, ale sposób ich przedstawienia jest tak urzekający, że w istocie chwytają za gardło. Delikatny, może odrobinę melodramatyczny, ale bez zgubnej przesady. W sam raz, by poruszyć.

Największe wrażenie zrobiła na mnie opowieść o Luisie i jest to chyba najsmutniejsza część filmu. Pozostałe dwie bohaterki były młode i pomimo, że doznały cierpień, życie wciąż miało dla nich wiele szans w zanadrzu. Luisa zaś to kobieta, która nagle zrozumiała, że już na wszystko za późno i że czas biegnie tylko w jedną stronę. Bardzo podobała mi się rola Luisy Gavasy, a zwłaszcza zagrana przez nią bardzo emocjonująca scena finalna, która sprawiła, że obecni podczas seansu Hiszpanie wstawali, by bić brawo.

Jest to kolejny obraz, który, choćby ukradkiem, ale jednak, pokazuje, że społeczeństwo hiszpańskie wciąż liże rany po wojnie domowej i faszystowskim reżimie. Może historyczna trauma jest właśnie tym czymś, co łączy tak kulturowo odmienną Polskę z Hiszpanią. Zawsze zastanawiam się nad fenomenem niekwestionowanej wzajemnej sympatii, jaką wzbudzają w sobie Polacy i Hiszpanie. Może to właśnie to;).

Oryginalny tytuł  („De tu ventana a la mía”) oznacza „Z twojego okna w moje” i pierwszy raz w życiu muszę przyznać, że polska wersja mi wydaje się o wiele lepiej pasować do natury filmu. Jest znacznie bardziej wymowna.

Na zakończenie wrzucam kilka utworów ze ścieżki dźwiękowej, którą jestem absolutnie oczarowana. Autorem jest izraelski kompozytor Avshalom Caspi, stąd zapewne inspiracje muzyką Żydów sefardyjskich. Między innymi „Debajo del limón”, piosenka wykonywana przez Alisa jest adaptacją starej pieśni sefardyjskiej.

Enjoy 🙂

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s