LATO W TELEGRAFICZNYM SKRÓCIE

www.kobiecastrona.wordpress.com

Witajcie!

Wreszcie zasiadłam do pisania. Trochę czasu mnie nie było. Chyba przestanę Was już za to przepraszać, bo po prostu piszę, kiedy mogę i mam chęci, a dość często te dwie rzeczy nie idą u mnie w parze z powodów przeróżnych, więc postanowiłam po prostu się z tym pogodzić. Mam nadzieję, że wybaczycie i będziecie zaglądać, mimo pewnej nieregularności w pojawianiu się wpisów.

A tymczasem postanowiłam rzetelnie, choć w telegraficznym skrócie zdać Wam relację z tego, co stanowi kwintesencję tego bloga, czyli z moich ostatnich lektur oraz filmów, które widziałam tego podwójnie dla mnie upalnego lata (filipińskie, jak również nie ustępujące im polskie tropiki)

Jest tego trochę, więc podzielę go na części. Na pierwszy ogień pójdą więc:

www.kobiecastrona.wordpress.com

Zygmunt Miłoszewski: „Gniew”

www.kobiecastrona.wordpress.com

źródło: Empik

Odsłona trzecia przygód coraz bardziej antypatycznego prokuratora Szackiego, którego los tym razem rzuca na Warmię (Olsztyn).

W tej części na tapecie mamy przemoc rodzinną. Wątkiem głównym jest znaleziony w podziemiach szpitala miejskiego szkielet mężczyzny, mylnie zakwalifikowany jako często odnajdowane w tym rejonie Polski powojenne zwłoki. Po analizie okazuje się jednak, iż odnaleziony szkielet ma wszczepiony współcześnie produkowany implant kości stopy – jakim więc sposobem nastąpił rozkład tak szybki, że z człowieka, który jeszcze niedawno przemierzał o własnych siłach ulice Olsztyna pozostały jedynie kosteczki? Teo Szacki wietrzy poważną sprawę. I ma rację.

Wątkiem dodatkowym jest życie zwyczajnej, zamożnej rodzinki żyjącej przy pewnej ulicy w pewnej okolicy, nie wyróżniającej się niczym szczególnym: mąż, żona, dziecko. Jedyne, co może dziwić w tej sielance, to to, że kobieta boi się męża. Panicznie. Oraz to, że jest przez niego przymuszana do tzw. „innych czynności seksualnych” w sposób, którego nie zapomnicie nigdy po przeczytaniu tej książki, zapewniam Was.

Temat ważny, i bardzo fajnie, że Miłoszewski go podjął, zwłaszcza że jest tak poczytnym pisarzem. Im więcej osób dzięki niemu o tym przeczyta, zrozumie powagę i skalę tego problemu w polskim społeczeństwie, tym lepiej. Niestety sama intryga, choć do samego końca trzyma mocno w napięciu, rozczarowuje tak bardzo, że po zakończeniu lektury człowiek ma ochotę krzyczeć.

Po pierwsze: zakończenie wątku kryminalnego jest bez sensu, a w dodatku nie wyczerpująco wyjaśnione.

Po drugie: zakończenie całego cyklu kompletnie niezrozumiałe.

Po trzecie: nie wiem, kto wymyślił opis na okładce, ale nijak on się ma do tego, co jest treścią tej powieści.

Jeśli przeczytaliście dwie poprzednie części, to warto sięgnąć i po tę, żeby mieć domknięty cały cykl. Jeśli nie – darujcie sobie, bo nie zachęca do przeczytania poprzednich. Jest z nich zdecydowanie najsłabsza.

Jednak trzymam kciuki za autora, bo podoba mi się jego styl i sposób, w jaki pisze o relacjach, problemach społecznych i bolączkach polskiej codzienności. Zdecydowanie są to jego tematy. Na pewno więc przeczytam jego kolejne powieści.

Lew Starowicz: „O rozkoszy”

www.kobiecastrona.wordpress.com

źródło: Empik

Jest to kolejna książka z cyklu wywiadów z profesorem Lwem Starowiczem przeprowadzonych przez Krystynę Romanowską. Pozostałe części to: „ O kobiecie”, „O mężczyźnie”, „O miłości”. Wszystkie tak naprawdę dotyczą jednego: różnic pomiędzy męskością i kobiecością, relacji damsko-męskich oraz polskiej seksualności. Można się dowiedzieć naprawdę ciekawych rzeczy, a mianowicie jakie są typy kochanków i kochanek według profesora oraz jakie są najpopularniejsze stereotypy dotyczące seksualności, którym wielu z nas hołduje myląc je z prawdziwą wiedzą.

Książka napisana jest w postaci wywiadu, który czyta się jednym tchem. Daje całkiem ciekawy ogląd (podobnie jak wszystkie inne części) na przekrój polskich zwyczajów seksualnych, problemów, jakie mamy w tej sferze i relacjach w ogóle.

Spotkałam się z opinią, że Starowicz utrwala niekorzystne stereotypy na temat kobiet, ale ja tego nie widzę. Opowiada, z czym ludzie przychodzą do jego gabinetu, a więc same prawdziwe historie. Moją ulubioną częścią cyklu jest „O kobiecie” – swoją wybierzcie sami.

 

Małgorzata Halber: „Najgorszy człowiek na świecie”

www.kobiecastrona.wordpress.com

żródło: Empik

Wielki coming out znanej przede wszystkim z programu „5-10-15” dziennikarki. Powieść-autobiografia opowiadająca o wychodzeniu z alkoholizmu. Odważna, bezpośrednia, bez owijania w bawełnę. Jednocześnie naturalistyczna i poetycka. Porusza mało w polskiej literaturze znany wątek alkoholizmu kobiety, i to żyjącej nie na marginesie społeczeństwa, lecz w nienagannym makijażu i ciuszkach z Zary paradującej przed kamerami jednej z najbardziej znanych telewizyjnych stacji muzycznych. Nałóg to nie tylko nędza, brud i sikanie pod siebie, może się równie dobrze skrywać pod maską sukcesu. Historia wzlotów i upadków terapii, uczenia się siebie i samoakceptacji.

W przeżyciach Krystyny, głównej bohaterki powieści może się odnaleźć wiele osób, nie tylko borykających się z uzależnieniem, ale też takich, które miały kiedykolwiek problem z nadmierną wrażliwością, przystosowaniem się i samooceną, a takich jest wiele. Warto przeczytać, pomyśleć, może też trochę o sobie. Byłam bardzo poruszona tą lekturą, a zwłaszcza jej zakończeniem. Zdecydowanie mój numer jeden tego lata.

María Dueñas: „Olvido znaczy zapomnienie”

www.kobiecastrona.wordpress.com

źródło: Przeglądarka

Po zdecydowanie mało różowych przemyśleniach podczas czytania „Najgorszego człowieka na świecie” warto zrelaksować się przy miłej babskiej lekturze. Do takich zdecydowanie należy „Misja Olvido” (czyli hiszpański tytuł tej powieści). Chwyciłam tę książkę na chybił trafił z biedronkowej półki w drodze do samolotu, który miał mnie zawieźć na upragnione od wielu miesięcy wakacje. Potrzebowałam czegoś bezpretensjonalnego, ale niezbyt głupiego, z czym miło spędzę czas bez traumy złego zakończenia typowego dla wybitnych powieści.

Okazuje się, że przypadkowe wybory czasem jakimś magicznym sposobem są trafione, bo hiszpańska autorka mnie nie zawiodła.

Historia zaczyna się tak: Czterdziestokilkuletnia Hiszpanka Blanca Perea, wykładowczyni uniwersytecka i matka dwóch dorosłych synów, odkrywa, że jej kochający dotąd mąż zdradził ją z o wiele młodszą kobietą, a co gorsza będzie miał z nią dziecko. Oszołomiona i załamana pragnie tylko jednego: uciec jak najdalej od tego, co ją spotkało, od zdradzieckiego małżonka i ewentualnej z nim konfrontacji.

Tym sposobem znajduje stypendium na maleńkim uniwersytecie w Santa Cecilia w… Kalifornii. Sponsorowana przez tajemniczą fundację ma zająć się porządkowaniem spuścizny intelektualnej zmarłego trzydzieści lat temu dawnego rektora wydziału hispanistyki.

Początkowo zamknięta na wszystko i wszystkich, powoli otwiera się na nowe środowisko i znajomości. Zaczyna orientować się w relacjach nowych znajomych z uczelni, ich sympatiach i animozjach, stopniowo coraz bardziej intrygujących. Nim się obejrzy, staje się częścią biegu wypadków, których źródła sięgają odległej przeszłości, aż do Hiszpanii sprzed panowania Franco.

Opowieść toczy się trzytorowo: mamy zwierzenia Blanki, ale również historię starego rektora Andresa Fontany oraz losy jego wiernego ucznia Daniela Cartera.

Choć zakończenie pewnych wątków od początku było dla mnie jasne do przewidzenia, lektura sprawiła mi sporo przyjemności – zwłaszcza epizody przenoszące w czasie do dawnej Hiszpanii z czasów Republiki i reżimu Franco, jako że dosyć mocno interesuję się współczesną historią tego kraju.

Fajna lektura na urlop.

Niniejszym część pierwszą zamykam, w następnej opowiem nieco o filmach.

Pamiętam również, że pozostało co nieco do opowiedzenia o Filipinach 😀

Do przeczytania!

Zygmunt Miłoszewski: ZIARNO PRAWDY

www.kobiecastrona.wordpress.com

źródło zdjęcia: Empik

Sandomierz to piękne, malownicze miasto. Dość małe niestety. O klimacie adekwatnie małomiasteczkowym. Do tego przestępstw tam jak na lekarstwo, a do najbardziej brawurowych należy kradzież telefonu komórkowego.

Prokurator Teodor Szacki do Sandomierza trafia gościnnie przy okazji pewnego śledztwa, a następnie za sprawą zachwytu jego urokliwością i spokojem w porywie serca postanawia się tam osiedlić. Udaje mu się dostać przeniesienie w pracy i powinien być w siódmym niebie. Ale jakoś nie jest. Nuda. Zgnuśnienie. Życie toczące się powoli. Brak ciekawych spraw do prowadzenia. Teo Szacki jeszcze bardziej cyniczny, niż w pierwszej części gorzko żałuje wyprowadzki ze stolicy. Gorzko żałuje również rozwodu, do którego doprowadził go mało satysfakcjonujący romans (jego rozwój mieliśmy okazję śledzić w „Uwikłaniu”). Zgorzkniały i samotny nie chce ani nie umie odnaleźć się w nowej rzeczywistości, gdzie każdy zna każdego i nawet pani w sklepie zna jego dane osobowe. Próbuje rozwiewać mroki depresji kolejną niesatysfakcjonującą miłostką oraz bez entuzjazmu odkrywa upodobania erotyczne pewnej pani sędzi.

Pewnego dnia jednak los się odmienia. Oto z mroków poranka na brzegu Wisły wyłaniają się zwłoki. Nie byle jakie. Nagie ciało kobiety z wielokrotnie rozpłatanym gardłem, z którego całkowicie spuszczono krew.

Wprawny prokuratorski nos wietrzy wielką sprawę. I rzeczywiście. Sprawa nie tylko jest wielka, ale jeszcze się rozkręca. A wszelkie ślady i poszlaki wskazują, że za wszystkim stoją  jakieś polsko – żydowskie zaszłości. Nie wiadomo tylko, czy zabójca rzeczywiście miał taki motyw, czy celowo nakierowuje uwagę śledczych na nigdy nie do końca wygaszone, ukryte pod płaszczykiem europejskości i poprawności politycznej, ale tlące się uporczywie zarzewie starego znanego problemu: antysemityzmu. Nagle z uśpienia budzą się stare demony, dawno zapomniane legendy o mordach rytualnych i Żydach porywających dzieci na macę.

„Ziarno prawdy” to świetnie poprowadzony, trzymający cały czas w napięciu kryminał o zaskakującym zakończenia, jednak wątek kryminalny jest tu jedynie tłem do pokazania bolączek i przywar polskiego społeczeństwa, tu ukazanego w sosie klimatu małego miasteczka, gdzie każdy zna każdego i pomówienie bywa najgorszą rzeczą jaka może spotkać obywatela, a lęk przed narażeniem się znajomemu bywa silniejszy, niż potrzeba wymierzenia sprawiedliwości.

Znów mamy do czynienia ze świetnie zarysowanymi postaciami, takimi jak inspektor Wilczur czy szefowa Szackiego zwana Misią. Zarysowuje się również, znacznie bardziej niż w „Uwikłaniu” całkiem ciekawa tendencja Miłoszewskiego do kierowania się w stronę powieści obyczajowej, a może i młodzieżowej? A wszystko to na tle pięknych sandomierskich pejzaży i zabytków opisanych dbałością o szczegóły godną przewodnika.

Druga część cyklu o prokuratorze Szackim podobała mi się o wiele bardziej niż pierwsza, o której pisałam TUTAJ, więc nie mogę się już doczekać trzeciej :).

MUSIMY POROZMAWIAĆ O KEVINIE / We need to talk about Kevin

www.kobiecastrona.wordpress.com

źródło zdjęcia: Filmweb

reżyseria: Lynne Ramsay

Instynkt macierzyński ma ponoć każda kobieta. Jest wrodzony. Potocznie to mocno rozwinięta potrzeba pomocy słabszym i bezbronnym, w naturze to ukierunkowanie funkcjonowania kobiety na takie, by zapewnić nowo narodzonemu dziecku przeżycie. Ponoć budzi się już w ciąży albo w chwili, gdy świeżo upieczona mama weźmie maleństwo na ręce. No i miłość macierzyńska. Nieporównywalna z żadną inną: bezwarunkowa, wszechogarniająca, anielsko cierpliwa, gotowa do wszelkich poświęceń.

Oto cechy macierzyństwa znane w każdej kulturze. Powie Wam to każda, czy to młoda, czy bardziej doświadczona mama.

A co, jeśli coś zaszwankuje w tym mechanizmie? Jeśli kobieta od początku ciąży czuje, że to nie to, że jednak tego dziecka nie chciała, że znalazła się w potrzasku, z którego nie ma ucieczki? Czy to może mieć jakiś wpływ na osobowość dziecka? Naukowcy do tej pory nie wiedzą, jak to działa. Jedno jednak jest pewne: może to mieć duży wpływ na późniejszy stosunek matki do dziecka.

Nadzieja jeszcze w tym, że kiedy w tej magicznej chwili po porodzie, kiedy nowo sprowadzona na świat bezbronna istotka spocznie w ramionach mamy, świat się zatrzęsie i do serca rodzicielki spłynie tak upragniona fala matczynej miłości.

Co, jeśli jednak i to się nie stanie? I co, jeśli malec niemal od chwili narodzin nie jest słodkim bobasem, tylko nieznośnym złośliwcem, którego nie sposób pokochać? Są to lęki i obawy, które w mniej lub bardziej świadomy sposób pojawiają się w umyśle każdej przyszłej mamy. Wypierane do podświadomości, odrzucane przez społeczeństwo, są pewnym rodzajem kulturowego tabu, o którym mało kobiet chce rozmawiać.

Tym bardziej, że czasem rzeczywiście ten lęk się ziszcza. Matka nie kocha dziecka. Co wtedy robi? Udaje. Przed sobą, przed maluchem, przed ojcem dziecka i resztą rodziny. Tylko że dziecko zawsze jakoś to wyczuwa, nawet jeśli zaprzeczamy jego wątpliwościom. Ono wie.

Kevin też wiedział. Czuł, że matka go nie chce i nie kocha. Tyle, że Kevin nie był zwyczajnym chłopczykiem, u którego tego typu trauma z dzieciństwa zaowocowałaby niskim poczuciem wartości, problemami w relacjach i koniecznością psychoterapii.

Kevin był sprytnym, wyrachowanym psychopatą, który od maleńkości całe swe życie podporządkował jedynemu gorącemu uczuciu, które wypełniało jego dziecięce serduszko: nienawiści do matki.

Przy ojcu słodki i niewinny, przy matce złośliwy, okrutny, momentami przerażający. Niewiarygodnie bystry, przenikliwy manipulator. Gra toczyła się przez wiele lat, a złe przeczucia Evy Katchadourian,  matki chłopca, rozbijały się o mur niezrozumienia ze strony męża, wręcz insynuującego jej obsesję, problemy psychiczne, a wreszcie nalegającego na rozwód. Dobrze sytuowana, z pozoru szczęśliwa rodzina zaczęła się rozpadać.

Do rozwodu jednak nie doszło. Uniemożliwiła go tragedia, której być może można było uniknąć. Może, gdyby mąż uwierzył Evie. „Musimy porozmawiać o Kevinie” jest opowieścią w formie thrillera. O początku czujemy napięcie, nawet podczas szczęśliwych momentów mamy wrażenie, że zaraz wydarzy się coś okropnego i czekamy aż wreszcie to „coś” się stanie. Tym bardziej, że opowieść zaczyna się jakby od końca. Widzimy samotną nieszczęśliwą kobietę, wykluczoną przez miejscową społeczność, obwinianą za coś okropnego, która w dodatku temu wykluczeniu pokornie się poddaje. Jakby sama czuła się winna i chciała tę winę odpokutować. Co to za wina?

Historię Evy i jej rodziny odkrywamy z retrospekcji. Najpierw poznajemy szczęśliwą zakochaną parę, która potem staje się rodzicami malucha sprawiającego z początku zwyczajne problemy, potem coraz bardziej trudnego. Ale tylko wobec matki. Widzimy jej tłumioną niechęć, rażące błędy wychowawcze, rozpaczliwe próby zmuszenia się do pokochania dziecka,  ale i toczącą się między nią a synem wyrachowaną grę, która w przedziwny sposób ich łączy. Cały czas coś jest nie tak. Z niedowierzaniem obserwujemy zarówno jej zachowanie wobec Kevina, jak i wirtuozerską wręcz perfidię chłopca. Aż do momentu kulminacyjnego.

Film dotyka bardzo ciekawej tematyki, odwracając fakty uważane za oczywistość: bezwarunkową miłość matki oraz niewinność dziecka, a jednak czegoś w nim zabrakło, mimo świetnych ról Tildy Swinton i Ezry Millera. Zabrakło uwypuklenia tych momentów, w których Eva próbowała jakoś wyrazić swoje obawy, ukazania ich wyraźniej. Po zakończeniu czułam niedosyt. Temat został poruszony, ale nie wyczerpany, pozostał tak jakby lekko rozmyty.

O wiele ciekawiej podeszła do niego pisarka Dorris Lessing w książce „Piąte dziecko” – to już nie thriller, lecz niepokojąca historia rodzinna. Krótka, lecz przejmująca powieść, która na długo zostaje w pamięci.

Swoją drogą film „Musimy porozmawiać o Kevinie” również powstał na podstawie powieści Lionela Shrivera o tym samym tytule, napisanej w formie listów Evy do męża. Na pewno chętnie ją przeczytam – może tam znajdę to, czego zabrakło w ekranizacji. Film nie do końca mi się podobał, ale na pewno zachęcił mnie do przeczytania książki.

Zygmunt Miłoszewski: UWIKŁANIE

www.kobiecastrona.wordpress.com

źródło zdjęcia: Empik

Terapia ustawień Berta Hellingera to dość nietypowy rodzaj psychoterapii grupowej budzący wiele kontrowersji. Pacjent przy pomocy terapeuty wybiera spośród innych uczestników terapii reprezentantów członków swojej rodziny i ustawia ich w przestrzeni i według swojego odczucia. Ustawienie pokazuje układ relacji i zaburzenie sił w rodzinie. Przestawienie wszystkich na właściwe miejsca pomaga pacjentowi rozwiązać wewnętrzne konflikty i uwolnić się od traum rodzinnych. Cóż w niej tak kontrowersyjnego? Dwie rzeczy: według niej do rodziny, czyli inaczej systemu nie zaliczają się jedynie żyjący jej członkowie, lecz także ci zmarli lub w jakiś sposób zapomniani czy wykluczeni. Dziedziczymy ich cierpienie i winy i jesteśmy nimi w jakiś sposób obciążeni. Kolejną jest fakt, iż obce osoby wybrane podczas terapii na reprezentantów członków rodziny podczas ustawienia odczuwają autentyczne (nieraz niezwykle skrajne) emocje osób, których nigdy w życiu nie spotkały, jak gdyby łącząc się z nimi emocjonalnie. Nawet jeśli te osoby już nie żyją. Sam twórca metody ustawień przyznaje, że nie wie, jakie siły tym rządzą, a jedynie korzysta z ich działania.

Pewnej sobotniej nocy w centrum Warszawy, podczas takiej właśnie terapii ginie jeden z jej uczestników, Henryk Telak, niwecząc tym samym plany prokuratora Teodora Szackiego na spędzenie błogiej niedzieli z rodziną. Błogiej w teorii, bo Szacki mimo wieku ledwie 35 lat jest cżłowiekiem potwornie zmęczonym życiowo. Ostatkiem sił zwleka się z łóżka z zamiarem przygotowania żonie i córce śniadania, ostatkiem sił wlecze się do kuchni i ostatkiem sił zabiera się za zmywanie naczyń z poprzedniego dnia, przeklinając się w duchu za zgrywanie nazbyt idealnego męża i ojca w tym jakże patriarchalnym kraju.

I wtedy dzwoni telefon.

Zabójstwo, dokonane w dawnym kościele w centrum miasta, obecnie wynajmującym część pomieszczeń, wydaje się przypadkowym napadem rabunkowym, gdyby nie fakt, że niczego nie skradziono. Co gorsza, każdy z pozostałych uczestników terapii wydaje się być pozbawiony motywu. Terapeuta również. Znużony życiem, a zwłaszcza samym sobą Teodor Szacki, chwyta się jedynej, choć trochę fantastycznie wyglądającej teorii, iż któryś z rzeczywistych członków rodziny mógł mieć motyw, a jego reprezentant w terapii tak bardzo wczuł się w jego odczucia, iż w ferworze emocji dopuścił się zbrodni. Rozpoczyna się śledztwo, które przybierze niezwykle ciekawy obrót, a nasz pan Szacki spotka plejadę niezwykłych postaci, począwszy od przedziwnych psychologów, przez historyków owładniętych teorią spiskową, a także otrze się o istnienie groźnego półświatka, którego istnienia się już nie spodziewał: dawne służby specjalne komunistycznej Polski.

Na tle kryminalnej intrygi oglądamy sobie współczesną Polskę oczami młodego, choć lekko już zgorzkniałego faceta, który niby mając udane życie rodzinne odkrywa nagle, że w sumie to wszystko, co najważniejsze już chyba za nim i zaczyna tęsknić za powiewem świeżości, za niepewnością, za zakochaniem. I tak jakby bezwiednie, a zdecydowanie niezgrabnie wplątuje się w mały romansik.

Wciągający wątek kryminalny zbudowany wokół ciekawej (przynajmniej dla mnie) teorii psychologicznej to jedno, ale tło obyczajowe jest najmocniejszą stroną tej książki: przemyślenia Szackiego o życiu, o samym sobie, jego znużenie pracą, która była kiedyś wszak powołaniem, jego nieporadność w relacjach damsko-męskich, rozterki, które przeżywa z powodu relacji z żoną, lęk o córkę – wszystko to jest tak prawdziwe i żywe, że niejeden czytelnik mógłby zakrzyknąć: „To ja!” Mnie to się kilka razy zdarzyło.

Zresztą nie tylko Szacki jest tu tak dobrze wykreowany. Wszystkie postaci nakreślone są niezwykle plastycznie i przekonująco. Współpracownicy, jak policjant Oleg Kuzniecow czy szefowa prokuratury Janina Chorko są postaciami z krwi i kości. Niektóre nakreślone lekko karykaturalnie, zabawnie, inne bardziej poważnie, ale wszystkie żyją swoim zyciem, nawet jeśli ich udział w akcji jest epizodyczny. Jest to pierwszy polski kryminał, który przeczytałam z przyjemnością (pomimo rzucających się w oczy od pierwszych stron seksistowskich zapędów, nie wiem, czy to Autora, czy raczej głównego bohatera) i na pewno przeczytam kolejne dwie części serii.

Małgorzata Musierowicz: „WNUCZKA DO ORZECHÓW” – recenzja złośliwa

www.kobiecastrona.wordpress.com

źródło zdjęcia: http://www.empik.com

Saga „Jeżycjada” Małgorzaty Musierowicz należy do klasyki lektur dziewczęcych mojego pokolenia.

Ciepłe, dowcipne, rodzinne, napisane z polotem i mądrze powieści o rodzinie Borejków oraz ich przyjaciół były lekarstwem na chandrę, złamane serce, konflikt pokoleń czy choćby nudę wielu nastolatek.

Mam ogromny sentyment do tych książek. Często wracam do starszych części, zwłaszcza, gdy mam zły humor albo jestem chora. Również z powodu tego sentymentu nadal kupuję kolejne części, choć już nie jestem ich, że się tak wyrażę, grupą docelową.

Ale w sumie nie wiem, kto nią teraz jest. Gdzieś tak bowiem od „Kalamburki” wzwyż (a może i nawet wcześniej, od „Córki Robrojka”, tyle że „Kalamburka” była zaskakującym przerywnikiem mocno się już rozwijającej złej passy) ewidentnie coś się popsuło. Do książek pani Musierowicz wdarł się siermiężny „boguojczyźniany” ton, kult Jana Pawła II i podział ludzkości na „my dobrzy” i „oni źli” narysowany grubą krechą. Dodam, że ci dobrzy to oczywiście Borejkowie i ich poplecznicy, a źli to cała reszta. Wizja świata raczej dla starszych pań z gatunku „moherowych”, a tematyka niby dla nastolatków: pierwsze miłości, dorastanie itede. Trudno mi sobie wyobrazić, co czuje 13-latka zabierająca się za taką „Wnuczkę do orzechów”, bo sama znam od dziecka pozostałe części i mam szerszy kontekst, ale wydaje mi się, że takie coś do młodzieży nie trafia.

Dwudziesta część jak dla mnie żywcem już pogrzebanej „Jeżycjady” dzieje się latem we wsi w okolicy znanych z poprzednich tomów Pobiedzisk. Główną bohaterką jest rozważne dziewczę imieniem Dorota, wychowywane przez dwie babcie i samotną matkę (tato dał nogę) w duchu podejrzliwości wobec mężczyzn oraz wszelkich romantycznych bzdur (mama z traumą nie szczędzi czasu i energii, by wbijać córce do głowy, że należy odcinać się od porywów serca i zdradzających oznaki zainteresowania facetów – to na pewno podstęp!).

Podróżując bryczką po lesie nasza Dorotka natyka się na zemdloną i ewidentnie kontuzjowaną kobiecą postać malowniczo spoczywającą wśród bujnego runa przy złamanym mostku. Postacią jest nikt inny jak Ida Pałys (z domu Borejko), która w lesie postanowiła wybiegać złość na małżonka. Ów miał czelność zwrócić jej uwagę, jakoby zdradzała swym zachowaniem objawy menopauzy.

Hoża dzieweczka w przypływie ludzkich odruchów udziela Idzie pierwszej pomocy i zabiera ją do rodzinnego domu, gdzie obie babcie co roku wynajmują pokój letnikom.

Tak rozpoczyna się historia, w której bierze udział Ida, jej siostrzeniec Ignacy Grzegorz Stryba (męczący i mało realistycznie przedstawiony nastolatek z problemem nadwrażliwości wynikającym z typowego już u Borejków geniuszu). Postacią dość kluczową jest również syn Idy Józef, odwieczny adwersarz wspomnianego Ignasia. Występują również dość licznie inni Borejkowie: Gabriela, Patrycja i Natalia, seniorzy rodu, młodszy syn Natalii Jędrek. Po raz pierwszy również aktywnie udziela się mąż Idy, Marek Pałys, postać dotąd enigmatyczna i średnio nacechowana osobowością. Wszyscy oni z lubością adorują się nawzajem, rozkoszując się swoim sielankowym towarzystwem, pozbawionym najmniejszych zgrzytów. Młodsze dzieci ubóstwiają starszych kuzynów, a dziadkowie w bezsenne noce zabawiają się snuciem wspomnień o dziecięcych psotach swoich córek. Jest słodko, słodko, słodko. Idealnie i nierealnie. Do wyrzygania. Prorodzinnie, że ha!

No ale we „Wnuczce do orzechów” chodzi o naszą  Dorotkę. Co z nią?

Wyobraźcie sobie, że dziewczyna od niemowlęctwa jest karmiona taką oto ideologią:

„Dosiulku, tylko uważaj! […] wprost WYPADA CI zachowywać trzeźwość umysłu i zdawać sobie sprawę z zagrożeń. MUSISZ być rozsądna! Nie dla Ciebie ufność, romantyzm i sentymenty, ja już naprawdę z góry wyczerpałam rodzinny limit naiwności. Pamiętaj, i to zawsze: przede wszystkim jesteś CZŁOWIEKIEM, a dopiero potem – kobietą. Instynkt rozrodczy zwodzi często ludzi na manowce. […]

Uwaga! Im ładniej kto gada, tym groźniejszy. […] Pamiętaj! ZAWSZE bądź podejrzliwa wobec wymownych!

Wiem, co teraz myślisz. Że mówiłam to już 1000 razy. Nie wzdychaj. Nie pozwolę, abyś i Ty została oszukana. To tak bardzo boli.” [str.42]

Oczywistym jest, że dziewczyna takowa, osiągnąwszy stosowny wiek pokwitania, zakocha się z marszu w pierwszym napotkanym przypadkiem nieznajomym chłopaku, pokładając w nim 100 % zaufania jeszcze, nim dojdzie do jakiejkolwiek rozmowy, zamiast na przykład żywić podejrzliwość do całego, nie tylko męskiego świata oraz wykształcić osobowość lękową, w kierunku paranoicznej. Zupełnie naturalna kolej rzeczy. Chociaż w sumie jest pewna ścisłość i uzasadnienie pojawienia się miłości bez uczestnictwa dialogu. Dialog, jak wiemy prowadzi do zguby.

Jak miłość, to tylko od pierwszego wejrzenia. Po co rozmowy, pytania, choćby o znak zodiaku? Lepiej spojrzeć sobie przeciągle w oczy i wszystko wiadomo. Następnym krokiem w znajomości jest wciśnięcie pierścienia na palec wybranki. Słowem: życie.

Kiedyś pani Musierowicz pisała o młodzieńczych zauroczeniach z dużą wrażliwością, mądrze, ale też i zabawnie. Realistycznie. To spora sztuka. Bohaterowie poznawali się, zanim doszło do stworzenia relacji. Od kilku zaś części, nic tylko spojrzenie i bach! miłość, a cała fabuła potem polega na dążeniu do kolejnego spotkania, w trakcie którego następuje wyznanie uczucia, nieraz też jedynie za pośrednictwem spojrzenia.  Jak wiemy, życie jest krótkie, więc po co gadać po próżnicy, skoro od razu można przejść do ślubu i płodzenia licznego potomstwa?

Równie licznego, jak kolejno powstające części, gdyż każda nowa powieść kończy się zapowiedzią będącej już w przygotowaniu następnej.  Jedno bowiem jest pewne: renoma Jeżycjady jest tak duża i tak duży jest sentyment starych czytelników, że nakład się sprzeda bez względu na jakość.

I wygląda na to, że o to teraz głównie chodzi. No i proszę: jednak przestało być słodko.

 

 

 

 

Magda Szabó: “ZAMKNIĘTE DRZWI”

źródło zdjęcia: www.wydawnictwobona.pl

źródło zdjęcia: http://www.wydawnictwobona.pl

“Ta książka nie powstała dla Boga, który zna moje wnętrze, ani dla cieni mych bliskich, które są świadkami wszystkiego i śledzą godziny mojej przytomności i snu, lecz dla ludzi. Żyłam dotąd odważnie i mam nadzieję, że tak samo umrę, odważnie i bez kłamstwa, ale pod warunkiem, że to wypowiem: to ja zabiłam Emerenc. I nie ma tu nic do rzeczy to, że nie chciałam jej zniszczyć, lecz ją uratować.” 

Węgierska pisarka Magda Szabó po latach od śmierci swojej gospodyni domowej (nie służącej!) zasiada do maszyny do pisania, by spisać swoje o niej wspomnienia.

Powstaje zwykła – niezwykła historia o codziennym życiu: sprawunkach, sprzątaniu, porachunkach sąsiedzkich pewnej kamienicy i kilku okolicznych domów, w których oficjalnie dozorczynią, a praktycznie władczynią była Ona. Emerenc.

Surowa, nieprzejednana i szczera, pracowita za dwóch a może i trzech. Pełna godności, a jednocześnie bardzo prosta.

Jest to opowieść o trudnej przyjaźni dwóch równie niezależnych, ale reprezentujących zupełnie różne światy kobiet (młoda pisarka kontra stara, niewykształcona dozorczyni uznająca jedynie pracę fizyczną). Początkowo pełna powściągliwości i wzajemnych uprzedzeń, stopniowo przekształca się w specyficzną zażyłość i przywiązanie przypominające relację matka – córka. Nieprzenikniona niczym tafla jeziora Emerenc powoli pozwala pisarce na wejście do swojego świata, w którym za surowym obliczem skrywają się sekrety i traumy, których wystarczyłoby i na pięć żyć, niezłomna życiowa mądrość, jakiej nie sposób wynieść ze szkoły, ale też i głęboka, skrzętnie skrywana samotność. Ostatecznie nawet decyduje się dopuścić „Magduszkę” do swej największej tajemnicy, niedostępnej dotąd dla nikogo. Ukrytej za szczelnie zamkniętymi drzwiami pokoju, do którego nie ma wstępu żaden gość.

„Zamknięte drzwi” to wyrazisty, bardzo pogłębiony psychologicznie, wypływający z głebi serca portret wyjątkowej kobiety, swoiste requiem, które pisarka tworzy, by uczcić pamięć jednej z najważniejszych w swym życiu osób, a którą w swoim odczuciu w nieodwracalny sposób zawiodła. Trochę spowiedź, trochę hołd.

Powieść napisana jest staroświecką, schludną prozą, w której nie ma miejsca na ani jedno zbędne słowo, czułostkowość czy patos, a jednocześnie przez tę powściągliwość niezwykle celną i przenikliwą. To właśnie ten styl jest według mnie najmocniejszą stroną tej książki. Magdę Szabó poznałam dzięki młodzieżowej powieści „Tajemnica Abigel”, w której urzekła mnie swoją oszczędną, a zarazem plastyczną stylistyką, ale w „Zamkniętych drzwiach” wzbija się chyba na szczyt swoich możliwości.

To mogłaby być zwykła sentymentalna, autobiograficzna powiastka. Nie jest taka.

Jest mocna, gorzka, szorstka, ale pełna głębi. Zupełnie jak Emerenc.

źrodło zdjęcia: http://www.digart.pl/

źrodło zdjęcia: http://www.digart.pl/

Rok 2014 – podsumowanie nietypowe

Happy-New-Year-from-fireworks-image

Witajcie w Nowym Roku!

Mam nadzieję, że Sylwester się udał i że cały rok 2015 będzie dla Was pomyślny na wszelkie możliwe, a przede wszystkim filmowe, książkowe i muzyczne sposoby! A także, że nadal będziecie od czasu do czasu do mnie zaglądać 😉

Jako że rok 2014 za nami, przyda się małe podsumowanie tego, co się w nim działo.

Był to rok, w którym tak naprawdę wyklarowało się, o czym będzie ten blog. Zakładając go w 2013 roku, nie byłam tak dokładnie pewna, co będzie jego tematyką, wiedziałam jedynie, że chcę pisać. Pomału, pomału Przeglądarka stała się jednak blogiem recenzenckim i takim pozostanie, choć nie ukrywam, że marzy mi się blog reportażowo-felietonowy. Ale to nie będzie ten blog. Tutaj chcę pisać o filmach, książkach i muzyce, które w taki czy inny sposób mnie urzekły.

2014 był również rokiem, w którym mimo mojej silnej motywacj, na jakiś czas byłam zmuszona trochę ograniczyć blogową działalność – tak jak napomykałam w postach z wiosny i początku lata – zostałam dumną właścicielką mieszkania, co wiązało się niestety z dużą ilością problemów, które spiętrzyły się i pochłonęły mnóstwo czasu, nerwów i energii. Było warto, ale ten okres wspominam jako bardzo trudny. To wpłynęło na kilkumiesięczny zastój na Przeglądarce – mniejsza ilość postów, ich nieregularne pojawianie się i co za tym idzie: spora ilość pracy, którą musiałam włożyć, żeby oddzyskać czytelników.

A co się działo na blogu w tym roku? No właśnie… To już wiecie 😉 Możecie też to sprawdzić w archiwach z ubiegłego roku, do czego bardzo Was zachęcam.

Dziś, inaczej niż inni blogerzy, chciałabym Wam opisać choć odrobinę z tego, co czytała, oglądała i czego słuchała Przeglądarka, gdy nie miała czasu / nie mogła o tym pisać. Lub o czym nie napisała, bo się po prostu nie wyrobiła 😛

A więc zacznijmy:

FILMY:

WILCZE DZIECI / Ōkami Kodomo no Ame to Yuki

Wilcze dzieci

Reżyseria: Mamoru Hosoda

Historię swojej rodziny opowiada nam młoda dziewczyna imieniem Yuki, a jest ona naprawdę niezwykła, bowiem zarówno Yuki, jak i jej młodszy brat Ame są dziećmi ludzkiej kobiety i wilkołaka.

Przepiękne, nostalgiczne anime to o miłości, trudnym macierzyństwie, dorastaniu, a także poszukiwaniu własnej tożsamości i drodze do akceptacji siebie okraszona elementami japońskiego folkloru (legenda o człowieku wilku) i typowym dla japońskiej kultury, bardzo malowniczym ukazaniem przenikania się świata natury ze światem człowieka.

GROBOWIEC ŚWIETLIKÓW / Hotaru no haka

grobowiec swietlikow

Reżyseria: Isao Takahata

Kolejne anime i to dość stare, bo z 1988 roku, jednak oficjalną premierę w Polsce miało dopiero w roku 2014, może z powodu faktu, że wciąż pokutuje u nas przekonanie, że filmy animowane są dla dzieci, a ten ewidentnie nie jest do nich kierowany, mimo że jego bohaterami są dzieci.

Dla mnie było to drugie spotkanie z tym tytułem, bo oglądałam go już raz kilka lat temu.

Koniec II wojny światowej. W jednym z nalotów ginie matka kilkunastoletniego Seity i kilkuletniej Setsuko. Ich ojciec jako kapitan marynarki nie powrócił jeszcze do domu ani nie daje znaku życia. Dzieci zamieszkują u ciotki, która jednak nie jest wniebowzięta z tego powodu i daje im to mocno odczuć. Kierowany dumą Seita zabiera siostrzyczkę, by zamieszkać w jednym z opuszczonych schronów. Na początku jest sielankowo, trochę tak, jakby bawili się w dom, stopniowo jednak kończy im się jedzenie i pieniądze, a mała Setsuko zaczyna chorować.

Jeden z najsmutniejszych filmów o wojnie, jakie widziałam i to nie ze względu na drastyczne sceny z frontu, które często widuje się w produkcjach o tej tematyce. Tu jest ich jak na lekarstwo. Ukazana jest natomiast jedna z tragedii, jaką powoduje wojna w zwykłym, codziennym życiu niezaangażowanego w nią cywila. Nie rany i wybuchy, lecz głód, sieroctwo i brak życzliwości ze strony innych, spowodowany faktem, że każdy tak naprawdę troszczy się jedynie o to, czy jemu i najbliższym czegoś nie zabraknie. Jednak największą przyczyną tragicznego zakończenia tej historii jest naiwna, dziecięca duma, którą kieruje się Seita przy podejmowaniu kluczowej dla siebie i siostry decyzji. Czas dzieciństwa jest okresem, w którym niemądre decyzje są naturalną częścią naszego rozwoju, gdy są przy nas dorośli, którzy mogą nami pokierować, jednak w przypadku zdanego tylko na siebie Seity, dziecinny błąd okazuje się mieć bardzo dorosłe konsekwencje.

KSIĄŻKI:

KURT VONNEGUT: „Armagedon w retrospektywie”

armagedon

Pośmiertnie wydany zbiorek opowiadań jednego z moich najulubieńszych autorów, wybrany i opatrzony bardzo ciepłą przedmową przez syna pisarza.

Opowiadania są przeróżne i utrzymane w różnej stylistyce, np. opowiadanie „Polowanie na jednorożca” napisane jest bardzo tradycyjną i poetycką prozą, która nie była akurat cechą charakterystyczną tego autora. Tematyką, która łączy te utwory jest wojna. Wiele z nich to anegdoty z frontu lub literacko przetworzone wspomnienia z okresu amerykańskiego nalotu na Drezno, w którym Vonnegut uczestniczył jako młody chłopak. I które bardzo się odcisnęło zarówno na jego psychice, jak i całej twórczości (jeśli ktoś z Was nie czytał jeszcze powieści „Rzeźnia numer pięć”, to zachęcam, wspaniała książka!). W tych opowiadankach, które są i zabawne i mądre i przepełnione wielkim wstydem pisarza za to, czego dopuścił się naród amerykański w czasie II wojny światowej widzimy nie tylko wspaniałego pisarza, ale też zwykłego człowieka, który wciąż próbuje rozprawić się ze swoją osobistą, ale także narodową i ogólnoludzką traumą, którą pozostawiła w nim najgorsza chyba wojna w naszej historii.

Kurt Vonnegut był pisarzem, który pisał naprawdę mnóstwo. Część publikował, część z różnych powodów (głównie autocenzuralnych) pozostawała w szufladzie. Mark Vonnegut przejrzał te teksty i zdecydował, że jednak warto je pokazać czytelnikom. I szczerze mówiąć uważam, że miał rację ;).

CASSANDRA CLARE: seria „Dary Anioła” i „Diabelskie maszyny”

Kiedyś Olga z bloga Wielki Buk zaprosiła mnie do zabawy Liebster Blog Award . Jednym z pytań było: „Jakie jest Twoje popkulturowe guilty pleasure?” Wtedy nie bardzo wiedziałam, co odrzec, ale teraz mam już odpowiedź na to pytanie: powieści Cassandry Clare! 🙂 (Wszystkie moje odpowiedzi możecie przeczytać TU)

miasto1

„Dary Anioła” to sześciotomowa seria fantasy dla młodzieży. Bohaterką jest szesnastoletnia Clary, która wiedzie całkiem zwyczajną nastoletnią egzystencję, dopóki nie dowiaduje się, że jest… Nocnym Łowcą. Kim są Nocni Łowcy? To specjalna rasa ludzi stworzonych dawno temu przez Anioła Rajzela poprzez zmieszanie krwi ludzkiej z anielską. Misją Nocnych Łowców jest ochrona ludzkości przed zagrożeniem ze strony demonów i innego rodzaju nikczemnych istot, które tylko czyhają, by wedrzeć się do naszego świata i zasiać w nim spustoszenie.

Fakty te skrzętnie i z sobie tylko znanych powodów ukrywała przed Clary jej mama. Tymczasem mama znika w tajemniczych okolicznościach, a w życie Clary wkracza denerwujący i (oczywiście) nieziemsko przystojny Jace oraz jego przyjaciele, a za nimi całe zastępy demonów, czarownicy, sfory wilkołaków, klany wampirów i dwór faerie… Razem starają się odszukać mamę Clary, która okazuje się dosyć kluczową dla świata Nocnych Łowców postacią, podobnie, jak „główny zły” opowieści, Valentine Morgenstern, który okazuje się być nikim innym, jak… no właśnie nie powiem 😉

maszyny

„Diabelskie maszyny” są trzytomowym prequelem opowieści o „Darach Anioła”. Akcja dzieje się w XIX wieku w Anglii. Poznajemy pradziadków głównych bohaterów i ich zmagania z tajemniczym „Mistrzem”, którego zamierzeniem jest stworzyć natchnione demoniczną energią roboty zdolne pokonać Nocnych Łowców, do których żywi bardzo osobistą i wiele lat podsycaną urazę.

Te książki oczywiście nie są wielką literaturą, ale są naprawdę fajną, dziewczyńską rozrywką. Mocną stroną tych powieści jest cały magiczny świat stworzony przez autorkę: kultura Nocnych Łowców z ich wierzeniami, prawodawstwem, strukturą społeczną, ich sposób korzystania z magii (runy o różnych właściwościach, które rysują sobie na ciele, by wzmocnić swoją moc), świat Podziemny, czyli wspomniani czarownicy, wilkołacy, wampiry i faerie. Strona romansowa jest w obu seriach wątkiem przewodnim. Momentami denerwująca (ciągłe przeciwności losu!), momentami elektryzująca. To jednak, co najbardziej mi się tu podobało, to talent pisarki do tworzenia bardzo ciekawych, realistycznych i budzących mnóstwo sympatii postaci. Dotyczy to zwłaszcza bohaterów męskich. Obie serie pełne są naprawdę fajnych (i aż do przesady przystojnych) facetów.

Jeśli potrzebujecie rozrywki, o lekkiej i wciągającej, przygodowej fabule (z murowanym happy endem, o jakim Wam się nawet nie śniło) i uroczym, pełnym młodzieńczych uniesień wątku miłosnym, warto sięgnąć do tych książek i miło spędzić z nimi czas.

MUZYKA:

Tu mam dla Was tylko jedną pozycję, ponieważ cały rok, od mniej więcej marca zasłuchiwałam się piosenkami Sorry Boys.

Sorry_Boys_sorry_Sorry_2062534

Pomimo angielskiej nazwy i tekstów w języku angielskim wszyscy jego członkowie to Polacy. W skład wchodzi: Izabela Komoszyńska (śpiew, klawisze), Tomasz Dąbrowski (gitara), Piotr Blak (gitara, klawisze), Bartosz Mielczarek (gitara basowa), Maciej Gołyźniak (perkusja).

Zespół grający alternatywnego rocka z gatunku tych, co pod piosenkami na Youtubie mają komentarze:  „Nie wierzę, że to Polacy!” Niesprawiedliwa to opinia o nas samych, ale jak wiemy Polacy uważają za ujmę na honorze doceniać siebie, więc takie teksty uznaje się chyba za największy z możliwych komplement.

Jak na razie wydali dwie płyty: „Hard Working Classes” (2010) i wspomniane „Vulcano” (2013). Obie jak dla mnie są urzekające, a takie piosenki jak „Chance” i „Cancer Sign Love” z pierwszej płyty, czy „Phoenix”, „This New World” i „Evolution” z drugiej nieustająco powodują, że przechodzą mnie ciarki. Niesamowite, lekko oniryczne aranżacje, nieskazitelny i charyzmatyczny wokal Beli i intrygujące teksty sprawiają, że dla mnie ten zespół jest naprawdę jednym z bardziej fascynujących, jaki odkryłam w ostatnich kilku latach. Na razie nie są bardzo popularni, ale mają swoją grupę fanów i mam nadzieję, że będzie się ona powiększać :).

No dobrze, nie przynudzam już, bo strasznie się dziś rozpisałam! Jeszcze raz Szczęśliwego Nowego Roku, a na zakończenie wrzucam jeszcze piosenkę 🙂

Wojciech Kuczok: Obscenariusz. Wypisy z ksiąg nieczystych

wojciech-kuczok-obscenariusz

 

Już sam tytuł mówi, o czym będzie.Pierwsze słowo, a zawiera w sobie kwintesencję tego utworu.

Czyli seks plus wygibasy językowe o szalonej wręcz wirtuozerii. Osiem opowiadań, każde o czymś zupełnie innym, a jednak wspólnym ich mianownikiem jest właśnie miłość fizyczna i to taka, która przejmuje stery nad naszym życiem, odbiera rozum i pozbawia argumentów przeciw. I raczej nic nie ma wspólnego z miłością.

Bywa trywialnie, bywa brutalnie, momentami obleśnie, ale też frywolnie, poetycko i wzniośle. Jest marzycielskie gdybanie, jest poszukiwanie przygód, profanacja sacrum, jest mroczne tabu i tragiczne w skutkach niespełnienie.

Najbardziej pikantna z całą pewnością jest pierwsza i najdłuższa opowieść o burzliwym romansie starzejącej się pisarki Marii Sachaliny z młodym dziennikarzem Wiktorem Daniłowiczem. Tu aż bucha od namiętności i językowego uniesienia.

„Byli na siebie chorzy obłożnie, zbyt skrępowani w pionach, za to rozwiązani w poziomach; rozwiąźle im było ze sobą; dobrze było im; rozgościli się w nagości. A potem, kiedy znowu się rozeszli ku swoim pieleszom, Maria gryzła framugi z tęsknoty, uprawiała mailarstwo erotyczne (…).” s.62

Pozostałe opowiadania nie są już tak lingwistycznie odkrywcze ani tak bardzo sprośne. Ale czyta się je z przyjemnością. Do moich ulubionych należą „Udręka i eksfraza” mająca za miejsce akcji jeden z wrocławskich kościołów oraz „Klapki (z zielonymi motylkami)” – krótkie wynurzenia samotnika, który schroniwszy się przed innymi plażowiczami na dzikiej plaży odkrywa nagle, że nie jest na niej sam.  W pewnym chwili pojawia się tam ona: Kobiecość i… No właśnie. Puenta jest nieoczekiwana.

„Obscenariusz” uwiódł mnie swoją stroną literacką. Erotyka jest dziedziną literatury wymagającą wyjątkowo zwinnego pióra i to pióro Wojciech Kuczok posiada. Pisze wartko i soczyście, rozbiera słowa na kawałeczki, z których składa zupełnie nowe znaczenia, swawolnie bawi się polszczyzną.

Nie jest to jednak książka, która obala jakieś seksualne tabu, czy wyważa jakieś drzwi (zresztą w tym temacie chyba już nie ma co wyważać?) Nie uważam tego za wadę. To wspaniały popis pisarski. Mimo pornograficznej momentami dosadności jest to literatura piękna w dosłownym znaczeniu tego wyrażenia.

Co czytali sobie kiedy byli mali?

– rozmawiali Ewa Świerżewska i Jarosław Mikołajewski

pobrane

Ta sympatyczna książeczka od razu przyciągnęła moją uwagę w księgarni miłą okładką przywodzącą na myśl popularne w latach osiemdziesiątych kwadratowe książeczki z serii „Poczytaj mi mamo”. Miałam ich całe mnóstwo, potem jak to zwykle bywa, przeszły w ręce młodszych dzieci z rodziny lub pogubiły się podczas różnych przeprowadzek, a że były moim pierwszym kontaktem z literaturą, który pamiętam, mam do nich duży sentyment.

Całe „Co czytali sobie, kiedy byli mali” jest właśnie taką sentymentalną podróżą w literackie dzieciństwo dwudziestu czterech osób z przeróżnych światów, które zgodziły się udzielić wywiadu na  temat swoich pierwszych kroków w świecie czytelnictwa. Każda opowieść jest zupełnie inna i mocno naznaczona osobowością opowiadającego.

Mnie w szczególności urzekły opowieści Kazika Staszewskiego, Krystyny Jandy i Janusza Gajosa. Ale tak naprawdę każda jest ciekawa i pokazuje jak bardzo różnie każdy z nas może odbierać te same lektury.

Czytałam opinie, że takie pozycje nic nie wnoszą, a są jedynie sposobem na łatwe zbicie kasy. Nie wiem, może rzeczywiście to taki chwyt marketingowy, ale mnie naprawdę wyjątkowo przyjemnie      upłynął czas podczas czytania tego zbiorku, głównie ze względu na własne literackie wspomnienia z dzieciństwa, jakie ona budziła. Wisienką na torcie jest mnóstwo przedruków oryginalnych ilustracji z dobrze znanych, ale dawno utraconych książek, które dziś niełatwo zobaczyć „na żywo”.

Mimo, że o swoich dziecięcych lekturach opowiadają osoby z różnych pokoleń, wyłania się tu pewien kanon klasyki literatury dziecięcej. Niemal u wszystkich powtarzał się Tuwim, Brzechwa, Kornel Makuszyński, Karol May, Edmund Niziurski, „Serce” Amicisa, „Tomki” Szklarskiego, Juliusz Verne, a z trochę poważniejszych lektur Sienkiewicz.

Ja również mam swój własny kanon, którym zamierzam się z Wami podzielić, skoro tak już zebrało mi się na wspominki.

A więc oczywiście na początku była „Lokomotywa”, „Ptasie radio” i Brzechwa – standardowo. Jako że moja mama pracowała w Ruchu (tym od kiosków) książeczek i czasopism dla dzieci miałam bez liku. Z „Misiem” i „Świerszczykiem” na czele. Jako dziecko schyłku Polski Ludowej pamiętam także spore ilości rosyjskich „Świerszczyków”, chociaż nigdy nie zgłębiłam ich treści ;). Miały za to piękne, kolorowe ilustracje.

Samodzielnie i dla własnej przyjemności czytać powieści  zaczęłam dosyć późno, a lekturą, która mnie do tego skłoniła była „Mary Poppins” Pameli L.Travers polecona mi przez panią z biblioteki szkolnej. Miałam chyba z dziesięć lat. Początkowo w polskim tłumaczeniu Ireny Tuwim imię głównej postaci zmieniono na „Agnieszka”, więc serię poznałam pod tym tytułem. Osiem powieści o przygodach Michasia, Janeczki i Bliźniąt w towarzystwie surowej i tajemniczej niani zabierającej je w pełne magicznych postaci i zdarzeń podróże, a potem bezczelnie wszystkiego się wyperającej na długo mnie oczarowała. Teraz wiem, że autorka przemycała w tych opowieściach swoją fascynację kulturą i religią Wschodu, więc nie dziwi mnie lekki mistycyzm, o który ocierały się niektóre wątki.

Kolejną moją ukochaną (obsesyjnie wręcz) lekturą było „Słoneczko” Marii Buyno-Arctowej. Zaczytałam tę powieść niemal na śmierć i w kółko do niej wracałam, choć w pewnym momencie znałam ją już chyba na pamięć. Trudno mi teraz orzec, co tak bardzo zachwyciło mnie w historii Marysieńki Orwiczówny, może jej niemożliwie idealny charakter, a może przepiękne ilustracje Anny Stylo-Ginter, które ożywiały dla mnie skrawek przedwojennej codzienności. Może służąca Marta –niby gderliwa i szorstka, a w głębi serca troskliwa i ciepła, kojarzyła mi się jakoś dziwnie z moją babcią. Nie wiem. Wiem, że kiedy w zeszłym roku przeczytałam po latach tę książkę podczas wakacji u mamy, jej przesłanie z lekka mnie przeraziło (chodzi o to, jak to fajnie być śliczną, bezbrzeżnie dobrą i wszystko wybaczającą dziewczynką, bo tym sposobem można zdobyć wszystkie serca).

Niemały wpływ na moje dziecięce życie wewnętrzne miała pani Astrid Lindgren. Ale to nie Pippi Langstrump vel Fizia Pończoszanka ani „Dzieci z Bullerbyn” zafascynowały mnie najbardziej, ale dwie dość mroczne i poważne jak na literaturę dla dzieci powieści.

Jedną z nich są „Bracia Lwie Serce”– historia, co by nie mówić, o duchach, która rozpoczyna się tragiczną śmiercią starszego brata głównego bohatera, a w chwilę potem umiera również on sam. Obaj trafiają do magicznej krainy niczym z baśni, zwanej Nangijalą… I ta baśń jest może i piękna, ale na pewno nie cukierkowa. Dużo tu doroslych decyzji i gorzkich odkryć o ludziach. Nie mówiąc o mitycznych potworach ;).

Druga to „Ronja, córka zbójnika”, która, przyznaję, należy do moich ukochanych książek do dziś. Uważam, że to jedna z najpiękniejszych historii o miłości, także rodzicielskiej, która trafia w samo jej sedno przy pomocy jakże prostych słów. Pokazuje jak bardzo miłość do dziecka może uczynić bezbronnym najsilniejszego nawet mężczyznę, jak bezbrzeżna potrafi być intuicja matki i że zawsze, choćby nie wiem co, nadejdzie taki dzień, kiedy nawet najbardziej kochające dziecko wybierze po swojemu i pójdzie własną drogą. I nie ma co walczyć z wiatrakami 😉 .

Obie te książki mam nadal na półce i wracam do nich w chwilach jesiennej (i każdej innej) chandry.

A jeśli już jesteśmy przy Astrid Lingren, to czy czytaliście coś takiego jak „My na wyspie Saltkrakan”?

Tu już nie jest baśniowo, zupełnie realistycznie, ale bardzo ciepło, rodzinnie i wakacyjnie.

Bardzo żałuję, że Astrid Lindgren nie doczekała się Nobla (chyba były do tego przymiarki). Pisała tak pięknie i prosto o rzeczach najważniejszych. A to naprawdę wielka, wielka sztuka.

Później trochę chyba zniegrzeczniałam, bo zaczytywałam się w Niziurskim i jego powieściami dla chłopaków, pełnymi zakręconych wątków kryminalnych oraz nieprzeciętnego poczucia humoru (moja ulubiona powieść to „Klub włóczykijów”).

Nie zabrakło też „Jeżycjady” Małgorzaty Musierowicz – do tej pory kupuję kolejne części tego cyklu, choć te nowe nie są już takie fajne i wydają mi się trochę przeidealizowane…

Był też Aleksander Minkowski i „Szaleństwo Majki Skowron”, a także „Dolina Światła”, której wspomnienie nadal wywołuje we mnie dreszcz. Nie wiem, czy bardziej irracjonalnego strachu czy fascynacji. Odcięte od świata sanatorium wybudowane na ruinach dawnego klasztoru buddyjskiego, dziwne zasady panujące wśród kuracjuszy i diaboliczny doktor Jael ze swoimi owianymi mgłą tajemnicy metodami leczenia, klimat z pogranizca jawy i snu. No i oczywiście pierwsze doświadczenia miłosne – ale tu już pomału zaczyna się literatura dla nastolatków, więc na tym zakończę dziś moje wynurzenia.

Mam nadzieję, że jakoś mocno Was nie zanudziłam 🙂

Mary-Poppins     sloneczko   rcz

Jo Nesbø: Pancerne serce

pancerne-serce-left.1302868247

Bezkompromisowy do bólu, aspołeczny i arogancki. Niezbyt urodziwy, w żadnym razie miły, a do tego alkoholik recydywista, który z dużą regularnością, zawsze ku mojemu rozczarowaniu, „pęka”, by choć na chwilę utopić ból istnienia w szklance Jima Beama. A jednak jest coś w nim, co chwyta za serce. Może ta typowa rzewność i straceńczość pijaka, może życiowa pokora, a może wierność sobie?  Któż to wie.

Jedno jest pewne: komisarz Harry Hole ma rzesze fanów na świecie, zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn.

„Pancerne serce” to ósmy już tom serii kryminałów autorstwa Norwega Jo Nesbo. Przy każdej części myślę, że ta to już na pewno jest najlepsza, ale każda kolejna okazuje się jeszcze lepsza od poprzedniej i rzeczywiście, po „Pentagramie” i „Pierwszym śniegu”, które są dla mnie absolutnymi majstersztykami, „Pancerne serce” znów wznosi się na wyżyny kryminalnej intrygi.

Tej zimy w Norwegii dochodzi do kilku pod rząd zabójstw. Najpierw giną dwie młode dziewczyny, odnalezione z dziwnymi ranami w jamie ustnej, potem znana parlamentarzystka, młody chłopak i kolejne osoby. Podejrzenie, że sprawca jest seryjnym zabójcą powoduje, że Gunnar Hagen, szef policji w Oslo jest w stanie zrobić wszystko, byle tylko Harry Hole, doświadczony w tego typu sprawach, zgodził się poprowadzić śledztwo.

Tyle tylko, że Harry odszedł z policji, a nawet wyjechał z Norwegii z jedną tylko myślą: odciąć się od wszystkiego, co było do tej pory.

W tętniącym życiem, niczym gigantyczna termitiera Hongkongu próbuje zniknąć, wtopić się w tłum, zapomnieć sam o sobie i tragicznej, niedawno rozwiązanej sprawie, w której szalony seryjny morderca nazwany „Bałwanem” omal nie pozbawił życia jego ukochanej Rakel i jej syna Olega.

Z misją ściągnięcia Harry’ego do Oslo wybiera się młoda policjantka Kaja Solness.

Tak rozpoczyna się historia, która szybko przeobraża się w jazdę bez trzymanki: podejrzani, krajobrazy, motywy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Z upalnego Hongkongu przenosimy się w ośnieżone norweskie góry, a stamtąd do spalonego gorącą lawą wulkanu Nyiragongo Konga.

Autor umiejętnie zwodzi czytelnika, podsuwając mu co chwila kolejne rozwiązania, które okazują się niczym innym, jak bezczelnym wpuszczeniem w maliny, a jednocześnie sprawiają, że nie sposób oderwać się od lektury, dopóki nie dobrnie się do ostatniej strony.

Nie byłby to również skandynawski kryminał, gdyby wątki z życia prywatnego głównego bohatera nie stanowiły ważnego elementu cyklu.

Śledzimy zmagania Harry’ego z nałogiem, z tęsknotą za Rakel, która kocha, ale nie chce pijaka, jego czułą, choć powściągliwą relację z ojcem i cierpiącą na „malutkiego Downa” siostrą Sio. Te aspekty serii dziwnie dopełniają obfitującą w brutalne sceny i wyszukane morderstwa fabułę.

Jo Nesbo ma dar pisania o kobietach w tkliwy, pełen delikatności i szacunku sposób (co nasuwa podejrzenie, że jest kobieciarzem 😀 ), dlatego wszystkie wątki miłosne, a w szczególności te „prawie-że-miłosne-ale jednak-nie-wyszło” w życiu Harry’ego uważam za duży walor literacki tych książek. Do najpiękniejszych z nich należy oczywiście główny z nich, czyli Rakel.

Jednocześnie jego wybujała pod względem tworzenia coraz to wymyślniejszych zbrodni i krwawych scen wyobraźnia czyni go twórcą pełnym kontrastów.

Mam nadzieję, że seria o Harrym za prędko się nie skończy. Na szczęście po „Upiorach”, które miały być ponoć ostatnią częścią powstały dwie kolejne, więc trzymam kciuki :).