Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł

www.kobiecastrona.wordpress.com

źródło zdjęcia: Filmweb

reżyseria: Antoni Krauze

Zima 1970 roku zaczynała się bardzo przygnębiająco w Polsce Ludowej, zazwyczaj mlekiem i miodem płynącej. Z końcem listopada rząd ogłosił horrendalną podwyżkę cen żywności. Zaowocowało to strajkiem wszczętym przez gdańskich stoczniowców, który szybko rozprzestrzenił się na całe Trójmiasto. Robotnicy żądali dostosowania ich pensji do nowych cen, jednak ich postulaty nie zostały przyjęte. Zdesperowani i rozwścieczeni ludzie wyszli na ulice. Tak rozpoczęła się jedna z najbrutalniej stłumionych rewolt we współczesnej polskiej historii.

W filmie Antoniego Krauzego jest ona ukazana na tle życia jednostek. Rodzina Bruna Drywy, robotnika Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni mimo trudnej sytuacji w kraju cieszyła się swoim małym szczęściem – nowym mieszkaniem z ciepłą wodą i łazienką. Takie luksusy przydarzały się mało komu. W dodatku w ich bloku jedna z rodzin była w posiadaniu pralki Frani, którą za symboliczną opłatą wypożyczała sąsiadom. Sytuacja godna pozazdroszczenia. Taka sobie zwyczajna, skromna rodzina, borykająca się z problemami dnia codziennego została nagle w okrutny sposób wciągnięta w wir małej, wyjątkowo nieudanej rewolucji o tragicznych, bezsensownych skutkach.

Przyznaję, że zaskoczył mnie ten film. Dzieła reklamowane u nas jako najważniejsze wydarzenie filmowe roku, nazywane najbardziej oczekiwaną produkcją, zwykle okazują się żenującymi szmirami o nieznośnym poziomie patosu niezamierzenie przeobrażonego w groteskę przez fatalne kostiumy, czy efekty specjalne. W tym wypadku jednak tak nie było. Dzieło Krauzego jest autentyczne, kameralne i szczerze poruszające.

Siłą tego obrazu jest oszczędność środków. Oglądamy niemal film dokumentalny, dodatkowo wzmocniony przez wplatane w fabułę archiwalne nagrania, które robią niezwykłe wrażenie. Brak tu patosu czy typowej dla polskiego kina historycznego martyrologii, sceny bywają chaotyczne niczym sama rewolta, co według mnie nie jest wcale wadą, a wręcz dodaje autentyczności. Jesteśmy wciągnięci w wir wydarzeń, jakbyśmy sami brali w nich udział nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co się dzieje. Tak jak rebelianci, którzy chyba w najczarniejszych wizjach nie mogli przewidzieć jak bestialska będzie reakcja władz na ich protest. Niemal do samego końca filmu brak jest jakiejkolwiek oprawy muzycznej, co dodatkowo potęguje wrażenie filmu dokumentalnego i surowość scen, ukazanych w przyciemnionych, stopniowo coraz bardziej pozbawionych kolorów kadrach. Okrutne sceny znęcania się wojska i milicji nad strajkującymi, a czasem i nad przypadkowo zbłąkanymi w miejscu walk przechodniami dostajemy w suchej, pozbawionej komentarza formie. Są komentarzem same dla siebie. I dlatego ich wymowa jest tak wielka.

Jeśli chodzi o grę aktorską to zdecydowanie wygrywają młodzi, mniej znani aktorzy. Michał Kowalski i Marta Honzatko jako Bruno i Stenia Drywa są według mnie świetni, w szczególności pani Marta. Starsze pokolenie obsadzone w rolach komunistycznych dygnitarzy gra niestety bardzo sztucznie. Piotr Fronczewski w roli Zenona Kliszko, a zwłaszcza Wojciech Pszoniak jako Władysław Gomułka wypadają zbyt teatralnie, by mogło to wyglądać autentycznie. PRL to czasy nieodległe. Na tyle, by jego ślady pozostawały wciąż obecne w polskiej kulturze i mentalności – wciąż jesteśmy nieufni i zbyt mało dla siebie życzliwi, wrogo nastawieni do władzy i zakompleksieni wobec krajów Zachodu, których historia nie obfitowała aż tak w tragiczne wydarzenia i biedę. Na szczęście jednak stały się na tyle odległe, by historia opowiedziana w filmie „Czarny czwartek” było wstrząsająca i niewyobrażalna współcześnie. I to pokazuje, że takie wydarzenia, jak te z grudnia 1970 roku przyniosły jakiś pozytywny skutek. Legendarny Janek Wiśniewski z ballady nie padł tak zupełnie na darmo.

Linia_ozdobna

Artykuł powstał we współpracy z kanałem SALA KINOWA.

Film można obejrzeć zupełnie za darmo oraz legalnie TUTAJ już od dziś 🙂

Ponadto film bierze udział w projekcie legalnej Kultury – Kultura na Widoku, który startuje 27 maja, o którym możecie poczytać TUTAJ.

Zachęcam! 🙂

Advertisements

MUSIMY POROZMAWIAĆ O KEVINIE / We need to talk about Kevin

www.kobiecastrona.wordpress.com

źródło zdjęcia: Filmweb

reżyseria: Lynne Ramsay

Instynkt macierzyński ma ponoć każda kobieta. Jest wrodzony. Potocznie to mocno rozwinięta potrzeba pomocy słabszym i bezbronnym, w naturze to ukierunkowanie funkcjonowania kobiety na takie, by zapewnić nowo narodzonemu dziecku przeżycie. Ponoć budzi się już w ciąży albo w chwili, gdy świeżo upieczona mama weźmie maleństwo na ręce. No i miłość macierzyńska. Nieporównywalna z żadną inną: bezwarunkowa, wszechogarniająca, anielsko cierpliwa, gotowa do wszelkich poświęceń.

Oto cechy macierzyństwa znane w każdej kulturze. Powie Wam to każda, czy to młoda, czy bardziej doświadczona mama.

A co, jeśli coś zaszwankuje w tym mechanizmie? Jeśli kobieta od początku ciąży czuje, że to nie to, że jednak tego dziecka nie chciała, że znalazła się w potrzasku, z którego nie ma ucieczki? Czy to może mieć jakiś wpływ na osobowość dziecka? Naukowcy do tej pory nie wiedzą, jak to działa. Jedno jednak jest pewne: może to mieć duży wpływ na późniejszy stosunek matki do dziecka.

Nadzieja jeszcze w tym, że kiedy w tej magicznej chwili po porodzie, kiedy nowo sprowadzona na świat bezbronna istotka spocznie w ramionach mamy, świat się zatrzęsie i do serca rodzicielki spłynie tak upragniona fala matczynej miłości.

Co, jeśli jednak i to się nie stanie? I co, jeśli malec niemal od chwili narodzin nie jest słodkim bobasem, tylko nieznośnym złośliwcem, którego nie sposób pokochać? Są to lęki i obawy, które w mniej lub bardziej świadomy sposób pojawiają się w umyśle każdej przyszłej mamy. Wypierane do podświadomości, odrzucane przez społeczeństwo, są pewnym rodzajem kulturowego tabu, o którym mało kobiet chce rozmawiać.

Tym bardziej, że czasem rzeczywiście ten lęk się ziszcza. Matka nie kocha dziecka. Co wtedy robi? Udaje. Przed sobą, przed maluchem, przed ojcem dziecka i resztą rodziny. Tylko że dziecko zawsze jakoś to wyczuwa, nawet jeśli zaprzeczamy jego wątpliwościom. Ono wie.

Kevin też wiedział. Czuł, że matka go nie chce i nie kocha. Tyle, że Kevin nie był zwyczajnym chłopczykiem, u którego tego typu trauma z dzieciństwa zaowocowałaby niskim poczuciem wartości, problemami w relacjach i koniecznością psychoterapii.

Kevin był sprytnym, wyrachowanym psychopatą, który od maleńkości całe swe życie podporządkował jedynemu gorącemu uczuciu, które wypełniało jego dziecięce serduszko: nienawiści do matki.

Przy ojcu słodki i niewinny, przy matce złośliwy, okrutny, momentami przerażający. Niewiarygodnie bystry, przenikliwy manipulator. Gra toczyła się przez wiele lat, a złe przeczucia Evy Katchadourian,  matki chłopca, rozbijały się o mur niezrozumienia ze strony męża, wręcz insynuującego jej obsesję, problemy psychiczne, a wreszcie nalegającego na rozwód. Dobrze sytuowana, z pozoru szczęśliwa rodzina zaczęła się rozpadać.

Do rozwodu jednak nie doszło. Uniemożliwiła go tragedia, której być może można było uniknąć. Może, gdyby mąż uwierzył Evie. „Musimy porozmawiać o Kevinie” jest opowieścią w formie thrillera. O początku czujemy napięcie, nawet podczas szczęśliwych momentów mamy wrażenie, że zaraz wydarzy się coś okropnego i czekamy aż wreszcie to „coś” się stanie. Tym bardziej, że opowieść zaczyna się jakby od końca. Widzimy samotną nieszczęśliwą kobietę, wykluczoną przez miejscową społeczność, obwinianą za coś okropnego, która w dodatku temu wykluczeniu pokornie się poddaje. Jakby sama czuła się winna i chciała tę winę odpokutować. Co to za wina?

Historię Evy i jej rodziny odkrywamy z retrospekcji. Najpierw poznajemy szczęśliwą zakochaną parę, która potem staje się rodzicami malucha sprawiającego z początku zwyczajne problemy, potem coraz bardziej trudnego. Ale tylko wobec matki. Widzimy jej tłumioną niechęć, rażące błędy wychowawcze, rozpaczliwe próby zmuszenia się do pokochania dziecka,  ale i toczącą się między nią a synem wyrachowaną grę, która w przedziwny sposób ich łączy. Cały czas coś jest nie tak. Z niedowierzaniem obserwujemy zarówno jej zachowanie wobec Kevina, jak i wirtuozerską wręcz perfidię chłopca. Aż do momentu kulminacyjnego.

Film dotyka bardzo ciekawej tematyki, odwracając fakty uważane za oczywistość: bezwarunkową miłość matki oraz niewinność dziecka, a jednak czegoś w nim zabrakło, mimo świetnych ról Tildy Swinton i Ezry Millera. Zabrakło uwypuklenia tych momentów, w których Eva próbowała jakoś wyrazić swoje obawy, ukazania ich wyraźniej. Po zakończeniu czułam niedosyt. Temat został poruszony, ale nie wyczerpany, pozostał tak jakby lekko rozmyty.

O wiele ciekawiej podeszła do niego pisarka Dorris Lessing w książce „Piąte dziecko” – to już nie thriller, lecz niepokojąca historia rodzinna. Krótka, lecz przejmująca powieść, która na długo zostaje w pamięci.

Swoją drogą film „Musimy porozmawiać o Kevinie” również powstał na podstawie powieści Lionela Shrivera o tym samym tytule, napisanej w formie listów Evy do męża. Na pewno chętnie ją przeczytam – może tam znajdę to, czego zabrakło w ekranizacji. Film nie do końca mi się podobał, ale na pewno zachęcił mnie do przeczytania książki.

Body/Ciało

www.kobiecastrona.wordpress.com

źródło zdjęcia: Filmweb

reżyseria: Małgorzata Szumowska

Już po obejrzeniu trailera miałam takie przeczucie, że to zupełnie coś nowego u Szumowskiej. Ale wiadomo, jak jest z trailerami – zawsze są jakieś pięć razy lepsze, niż sam film ;).

Ale tym razem rzeczywiście, pierwsze wrażenie mnie nie zawiodło. „Body” jest zupełnie inny, niż to, co do tej pory widziałam u tej reżyserki – lekko ironiczny, a przez to zdystansowany i pozbawiony ciężaru patosu, który zaserwowała ostatnio („W imię…)

Mamy więc zderzenie dwóch światów: z jednej strony przyziemny do bólu, zblazowany do granic cynizmu Prokurator (Janusz Gajos), topiący żałobę po śmierci żony w codziennym kieliszku czystej. Tego człowieka nic już nie ruszy – ani kołyszący się na drzewie wisielec, który po odcięciu od gałęzi nagle wstaje i oddala się chwiejnym krokiem, ani pocięte zwłoki noworodka znalezione w publicznej toalecie, ani własna córka bulimiczka znaleziona na podłodze łazienki po kolejnej nieudanej próbie samobójczej (w tej roli fenomenalna debiutanka i amatorka Justyna Suwała).

Na drugim krańcu szali pani Ania (Maja Ostaszewska): terapeutka, która po śmierci synka odkryła w sobie niezwykłą zdolność kontaktowania się z zaświatami. Uduchowiona, wrażliwa, samotna i aseksualna do szpiku kości.

Zderzenie tych dwóch skrajności ma miejsce w ośrodku terapeutycznym dla osób z zaburzeniami odżywiania, do którego trafia Olga (córka Prokuratora).

Co wyjdzie z tego spotkania? Nie romans, nie. Nie o tym jest to historia. To film o cielesności w różnych wymiarach oraz o jej konfrontacji z duchowością.

Czy poświęcenie się sprawom duchowym musi oznaczać rezygnację z fizyczności i seksualności, tak jak to się dzieje w przypadku pani Ani?

Czy śmierć to tylko jej cielesny wymiar, tak jak to widzi Prokurator, codziennie stykający się z różnego typu zwłokami, nie potrafiący już zobaczyć w nich nic ludzkiego?

Dlaczego choroba duszy może mieć tak drastyczny wpływ na kondycję naszego ciała, tak jak to jest w przypadku bulimii i anoreksji, kiedy ciało staje się znienawidzonym wrogiem, choć przyczyny tego stanu tak naprawdę umiejscowione są w duszy?

Czy jest coś po śmierci, a jeśli tak, to czy to coś może zaingerować w naszą codzienność?

Tłem do tych rozważań są nasze polskie bolączki, które dyskretnie przewijają się obok głównych wątków: temat Żydów, aborcji, równouprawnienia, polskich tradycji kultywowanych bardziej „bo tak”, niż ze zrozumieniem i jakąś świadomością tematu, problem alkoholizmu. Wszystko w scenerii blokowisk, zagraconych postkomunistycznych mieszkanek, ciemnych klatek schodowych, starych szpitali.

Urokiem tego obrazu jest poczucie humoru. Przymrużenie oka, z jakim w pewnym momencie potrafią spojrzeć na siebie bohaterowie i oraz oczko, które czasem puszczają do widza twórcy. Dla mnie osobiście kilka epizodów, takich jak taniec nago przyjaciółki Prokuratora granej przez Ewę Dałkowską do piosenki Republiki „Śmierć w bikini”, czy wypowiedzi dyrektora ośrodka – szowinisty to idealne dopełnienie całości.

Osobny akapit należy się Mai Ostaszewskiej za niezwykłą metamorfozę, którą przeszła do tej roli, począwszy od fryzury po sposób chodzenia. Piękna, elegancka i bardzo kobieca na co dzień aktorka przeobraziła się bezbłędnie w zaniedbaną, całkowicie pozbawioną seksapilu starą pannę. Muszę przyznać, że całkiem mi się to podoba, że polscy aktorzy zaczynają coraz bardziej eksperymentować w ten sposób, a nie tylko grać tym, co Natura dała.

No a zakończenie… Zakończenie jest najlepsze ;).

 

 

 

 

 

Miasto 44

www.kobiecastrona.wordpress.com

źródło zdjęcia: Filmbweb

Reżyseria: Jan Komasa

Zanim obejrzałam ten film, nie wiem ile razy usłyszałam i przeczytałam, że jest fatalny. Że bohaterowie są bladzi, wątek miłosny wyssany z palca, a ubranie historii w otoczkę efektów specjalnych i współczesnej muzyki jest nie na miejscu.

Ale mnie się podobało. O ile tak można powiedzieć o filmie, po obejrzeniu którego człowiek jest jak otumaniony ilością bodźców emocjonalnych i wizualnych.

Może dlatego, że w moich oczach samo powstanie jawi się jako bezsensowna rzeź. Myśląc o sierpniu 1944 myślę o dzieciach, których rówieśnicy dziś są przeprowadzani za rękę na drugą stronę ulicy przez nadopiekuńczych rodziców, a które tamtego lata wybiegały na ulice Warszawy z poczuciem misji, jaka dzisiaj towarzyszy ich nastolatkom podczas grania w gry fabularne. Tyle, że tamci mieli tylko jedno życie do dyspozycji. I po prostu szli na pewną śmierć. Myślę też o pięknym mieście zrównanym z ziemią, które nigdy nie odrodziło się niczym feniks z popiołów, ale jako miasto szpetnych komunistycznych symboli, a później szklanych wieżowców. Na nic się nie zdała ofiara złożona ojczyźnie z tych dzieci.

I o tym jest ten film. O krwawej jatce, o porywaniu się z motyką na słońce, o dzieciakach, które chciały się bawić w bohaterów, a kiedy zorientowały się, że zabawa nie jest przednia, do dyspozycji pozostało jedynie histeryczne zaklinanie: „Ja nie chcę umierać, ja nie chcę umierać, ja nie chcę umierać!!!”

Głównymi bohaterami są Stefan (Józef Pawłowski) oraz Alicja „Biedronka” (Zofia Wichłacz), nastolatkowie, którzy wraz z grupą znajomych przyłączają się do powstania w zasadzie w jego przededniu. Trzecią dosyć kluczową postacią jest również Kama (Anna Próchniak). Czyli klasyczny wątek: on i dwie konkurujące o niego dziewczyny. Przy czym na plan pierwszy zdecydowanie wysuwa się Biedronka. I jest to pięknie, naturalnie zagrana rola. Najlepsza chyba w całym filmie, choć Zofia Wichłacz jest absolutną debiutantką na wielkim ekranie. Józef Pawłowicz również całkiem dobrze wypada aktorsko, choć, to prawda: w ferworze wybuchów, krwawych deszczy, strzelanin i przeciskania się przez kanały nie znalazło się dużo miejsca na nadzwyczajne rozbudowanie psychologiczne postaci. Są one raczej pewnymi typami: młodziutka, niewinna dziewczyna z dobrego domu, która w obliczu zagrożenia jest w stanie wykrzesać z siebie siłę, o którą nikt jej nie posądzał, czy osierocony przez ojca chłopak,  który bierze na swoje barki zbyt duży jak dla nastolatka ciężar opiekowania się mamą w depresji i młodszym braciszkiem.

Tutaj taka dygresja: na początku filmu jest scena, w której Stefan, przystępując do powstania za plecami matki żegna się z bratem. Był to moment, w którym szczerze miałam łzy w oczach. Mały aktor (Filip Szczepkowski), który zagrał braciszka Stefana, zrobił to w fenomenalny, niezwykle autentyczny sposób. Według mnie to najlepsza scena w całym filmie.

Ogólnie film jest raczej skierowany do młodzieży i młodzieżowym językiem przemawia: obrazy są przejaskrawione, jakby komiksowe, dynamika przypomina grę komputerową, zaś niektóre sceny, takie jak groteskowo pokazany moment krwawego deszczu, który miał miejsce po eksplozji przy ulicy Kilińskiego albo mocno metaforycznie ukazana chwila klaustrofobicznej paniki, w którą wpada przeciskająca się kanałami ściekowymi Biedronka oddziałują niezwykle silnie na emocje widza właśnie przez to przerysowanie. To nie tylko pokazanie, co się wówczas działo, ale również zobrazowanie subiektywnych emocji uczestników tej sytuacji: ich potwornego, nie dającego się wręcz opisać strachu.

Rozumiem osoby, które krytykują ten film. Komasa zrobił go bardzo niekonwencjonalnie, a w Polsce nie takie mamy podejście do ran narodu. W dodatku to pierwszy fabularny film o Powstaniu Warszawskim, który powstał i od razu takie coś: główny bohater w zwolnionym tempie biegnie pod ostrzałem kul przez cmentarz, a w tle słyszymy „Dziwny jest ten świat” Niemena. Albo scena erotyczna (jak dla mnie zupełnie zbędna) wśród erupcji wystrzałów ukazanych za pomocą animacji przypominającej fajerwerki. No skandal. Ale ja podczas tego Niemena pomyślałam: dobra, ale gdyby to nie był w ogóle polski film. Nie o polskim, najgorszym ze wszystkich, powstaniu. Gdyby go odciążyć z martyrologii narodowej. Te wszystkie zabiegi wydawałyby się zupełnie OK. To fakt, że jest właśnie o Powstaniu Warszawskim sprawia, że forma oburza. Przyzwyczailiśmy się do innej stylistyki, w której czcimy wszelkie narodowe upadki.

A może to jest początek nowego: godzenia się z naszą traumatyczną przeszłością bez stawiania jej na piedestale. Bez kultu wzniosłej, choć jakże druzgoczącej porażki. Jeśli tak, to jestem za.

 

 

 

 

 

PIĘĆDZIESIĄT TWARZY GREYA / Fifty shades of Grey

www.kobiecastrona.wordpress.com

źródło zdjęcia: Filmweb

Reżyseria: Sam Taylor – Johnson

Wszyscy wiedzą, o czym to. Wszyscy rozmawiają, nawet jeśli nie czytali/nie oglądali. Ci mniej oczytani i ci oczytani na tyle, by wiedzieć, że „Saga o Ludziach Lodu” stoi o wiele wyżej w hierarchii erotycznych czytadeł, nie wspominając o literaturze wyższych lotów, która nie odniosła nawet w połowie takiego sukcesu jak to coś.

No i właśnie ten fenomen skłonił mnie do zainwestowania czasu i pieniędzy w ekranizację „Pięćdziesięciu twarzy Greya”, choć z lektury książki zrezygnowałam po pierwszej stronie.  Swój udział miał również zachęcająco estetyczny trailer, sugerujący, że BYĆ MOŻE, BYĆ MOŻE o dziwo, film będzie lepszy od książkowego pierwowzoru. No bo to, że fabuła sztampowa, wcale nie musi przeważać o beznadziejności utworu. Obrazy wszak rządzą się innymi prawami, niż słowa. I nawet taka historia jak ta mogła być urzekającą bajką dla dorosłych. Ale nie była.

Mimo to obejrzałam  film z zainteresowaniem od początku do końca, gdyż jest kuriozalny niezmiernie. A jeśli tylko spojrzycie z przymrużeniem oka, to nawet można się na nim nieźle bawić.

Kuriozum #1: Gra aktorska

Początkowe sceny są zabójcze. Już pierwsze spotkanie bohaterów mające kipieć emocjami wypada fascynująco nienaturalnie. A to wszystko dzięki Dakocie (Drewnocie) Johnson. O ile Jamie Dornan jakoś się broni jako Christian Grey, odtwórczyni roli Anastasii Steele w większości scen wygląda jak opóźniona w rozwoju (jeśli już udaje jej się wdrożyć jakieś elementy gry aktorskiej, gdyż przeważnie sprawia wrażenie, jakby odtwarzała tekst scenariusza beznamiętnie niczym robot, wliczając w to ustawiczne, nachalne podgryzanie warg i ołówków, mające w zamierzeniu wyglądać seksownie). Serio, ta dziewczyna zasługuje na jakąś nagrodę. Na przykład: „Drewno Roku” albo coś w tym rodzaju.

Zastanawiam się, jakim cudem twórcy tak perfekcyjnie zaplanowanego marketingowo projektu mogli sobie pozwolić na taką wtopę w obsadzie?

A może to jest część misternego planu? Tylko co za efekt to miało osiągnąć? Teoria nr 2 jest taka, że żadna ciut wyżej aspirująca aktorka nie chciała przyjąć tej roli.

Kuriozum# 2: Bohaterowie

Ona – naiwna, niedoświadczona romantyczka. Obowiązkowo zakompleksiona, niemodnie ubrana i niezdarna.

On – bogaty, władczy i onieśmielający. Szaleńczo przystojny, ale emocjonalnie niedostępny, co ma związek z przeżytą w dzieciństwie głęboką traumą.

Z niewiadomych względów Pan Doskonały zwraca uwagę na potykające się o własne nogi Brzydkie Kaczątko o ufnym serduszku i z fatalnie ułożoną grzywką.

Nawiązują znajomość o silnym podtekście erotycznym itede.

Nie, to nie jest scenariusz serialu „Brzydula”, choć lekko zakrawa na plagiat tegoż.  Od „Brzyduli” różni go wątek mrocznej tajemnicy głównego bohatera, a mianowicie (UWAGA, SPOILER!) jego upodobania do seksu BDSM (oraz brak aparatu ortodontycznego głównej bohaterki, co w sumie mogłoby się tutaj przydać).  Jest to terytorium mi nieznane, więc nie będę się rozwodzić, czy to prawdziwe ukazanie tematyki czy nie (choć czytałam głosy, że nie), ale Pan Grey momentami zachowujący się jak zwyczajny zakochany chłopak, to znów po chwili przypominający sobie, że przecież jest niedostępnym dominantem, który nie lubi być dotykany i nie bawi się w czułości czasami wręcz przywodzi na myśl Dr. Jekylla i Mr. Hyde’a. Są więc odniesienia do literatury pięknej, czyli nie tak źle. Tylko chyba raczej niezamierzone.

Kuriozum # 3: Fabuła

Każda w miarę normalna, a zwłaszcza niedoświadczona dziewoja z główką nabitą romantycznymi mrzonkami już po usłyszeniu od faceta, że przed rozpoczęciem kontaktów seksualnych chce z nią podpisać jakąś umowę zaczęłaby mieć podejrzenia, iż jej wybranek odbiega nieco profilem psychologicznym od pana Darcy’ego. Zaś po ujrzeniu, co znajduje się za drzwiami tajemniczego Pokoju Zabaw zwinęłaby żagle z prędkością światła. A jednak tu się tak nie dzieje. Są pewne przesłanki (nieodzwierciedlone w grze aktorskiej), by przypuszczać, że to fatalne zauroczenie wyłączyło biedaczce mózg, ale instynkt samozachowawczy działa nawet u najbardziej prymitywnych organizmów. Więc nie wiem.

Poza tym połączenie marzeń szesnastolatki o przystojnym,  bogatym facecie w seksownym garniturze, który zabierze ją na wycieczkę prywatnym samolotem, będzie kupował drogaśne prezenty i wprowadzi w arkana ars amandi w królewskim łożu z satynową pościelą z fantazjami znudzonej podstarzałej kobitki, której małżonek (dodam, że z wąsem i mięśniem piwnym) od lat niezmiennie serwuje te same standardy pożycia małżeńskiego i nawet w głowie mu nie świta, że możnaby coś czasem ubarwić jest dosyć nietrafionym przedsięwzięciem.

Kuriozum #4: Sceny erotyczne

Muszę przyznać, że przerobienie czegoś tak niszowego, jak BDSM na popkulturową papkę było bardzo śmiałym pomysłem, co więcej, sądząc po sukcesie książki, to się udało.

Jeśli jednak chodzi o film, próby zadowolenia jak najszerszego grona odbiorców wywołały ciekawy efekt. Mamy bowiem sceny erotyczne z elementami sado-maso, które spróbowano ukazać w sposób ładny, romantyczny oraz niebulwersujący. Czyli pozbawiając je całej ich istoty. W rezultacie mamy migające, pocięte kadry, które zmieniają się równie szybko, jak się pojawiły, plus elementy humorystyczne w postaci klapsów oraz zdzierania z siebie koszuli przez pana Greya jakże naturalnym gestem.

Kuriozum #5: Muzyka

Muzyka jest tym czymś, co sprawia, że „Fifty Shades of Grey”  nie jest aż taki zły, jaki byłby bez niej. Fajnie zmiksowane popowe hity, jak „Crazy in Love” i „Haunted” Beyoncé czy piosenki takie jak „Love me like you do” Ellie Goulding i „Salted wound” Sii, wnoszą te minimum klimatu. Cała ścieżka dzwiękowa, oddzielona zupełnie od samego filmu jest według mnie naprawdę OK.

No i to tyle w temacie. Trochę się popastwiłam, trochę ubawiłam, ale zagadka fenomenu tego zjawiska pozostaje, jak dla mnie, nierozwiązana.

Dziękuję za odwiedziny. Zachęcam do komentowania, krytykowania i dyskutowania. I zapraszam ponownie! 🙂

Carte Blanche

www.kobiecastrona.wordpress.com

źrodło zdjęcia: Filmweb

Reżyseria: Jacek Lusiński

Wyobraźcie sobie, że pewnego wieczora, kiedy czytacie książkę, pole widzenia zakłóca Wam denerwująca, nie chcąca zniknąć kropka. Przecieracie oczy, poprawiacie ustawienie nocnej lampki, ale kropka nadal jest.

Z czasem, stopniowo, kropka przeobraża się w coraz więcej przesłaniającą, powiększającą się plamę.

Diagnoza okulistyczna jest bezlitosna: nieuleczalne schorzenie polegające na stopniowym zawężaniu się pola widzenia aż do całkowitej utraty wzroku.

Dochodzi do Was, że niedługo nie zobaczycie już światła dnia, nie przeczytacie książki, nie obejrzycie filmu. Nie ujrzycie już nigdy swojego odbicia w lustrze, twarzy bliskich ani nawet tej wkurzającej pani z warzywniaka.

A praca? Co z nią?

Taka sytuacja przydarzyła się jednemu z lubelskich nauczycieli historii, Maciejowi Białkowi. Przez ponad dwa lata ukrywał przed dyrekcją szkoły i uczniami, że jest niewidomy.

Film Jacka Lusińskiego zainspirowany jest tą historią. W rolę historyka wcielił się Andrzej Chyra. Był on jednym z dwóch powodów, dla których poszłam na „Carte Blanche”. Bardzo cenię tego aktora, niezależnie, czy gra księdza czy perwersyjnego kochanka i tu również mnie nie zawiódł. Bardzo subtelnie zagrał postać Kacpra (filmowe imię głównego bohatera), dzięki czemu brak w tym obrazie patosu, w który przy opowiadaniu tego typu historii popaść całkiem łatwo.

Drugim był Lublin, moje studenckie miasto, które wspominam z łezką nostalgii, a jednocześnie uważam je za straszną szkaradę, więc byłam ciekawa, jak się zaprezentuje na ekranie.

Poza Chyrą wspaniale zagrali również Arkadiusz Jakubik (Wiktor, przyjaciel Kacpra), Dorota Kolak (dyrektorka szkoły) oraz młodzi aktorzy Eliza Rycembel (uczennica Klara) i Tomasz Ziętek (uczeń Madejski).

Film jest dobry, choć mógłby być lepszy, bardziej ambitny. Całość historii jak dla mnie jest dość przygnębiająca, choć opowiada o zwycięstwie siły ducha nad chorobą, która wydawałoby się, jest ostatecznym wyrokiem. Jednak uderza niezwykła samotność, niejako na własne życzenie głównego bohatera, który powierza swój sekret tylko jednej osobie, ukrywając swój stan przed całym światem, nawet przed kobietą, z którą planuje na poważnie związać swój los, czego poniesie później przykre konsekwencje.

Wątek miłosny (w rolę Ewy, ukochanej Kacpra, wciela się jak zwykle denerwująca, przynajmniej mnie,  Urszula Grabowska) wydaje się być tylko naszkicowany, niedostatecznie pogłębiony. Wszystko wydarza się bardzo szybko i trochę trudno mi jest uwierzyć, że można przed tak bliską osobą ukryć fakt, że się nie widzi. To naprawdę zakrawa na cud ;).

Ale „Carte Blanche” i tak wart jest obejrzenia, choćby z powodu sposobu, w jaki przedstawiona jest postępująca choroba bohatera: rozmyte obrazy, zanikające kolory, przydymione, zamazane kadry. Naprawdę można to sobie wyobrazić i się wczuć. Zrozumieć, co czuje taka osoba. Ogólnie wizualnie film prezentuje się bardzo dobrze, co na pewno zawdzięcza pięknym zdjęciom Witolda Płóciennika.

A Lublin? Wypadł bosko. Na prożno próbowałam rozpoznać w nim jakieś znajome miejsca, wszak spędziłam tam prawie całe studia (fakt, żenie bywam tam od 7 lat, nie licząc dworca PKS, więc mogłam nie zarejestrować tej spektakularnej zmiany), a trolejbusy wyglądają, jakby dopiero co zjechały z taśmy produkcyjnej.  To dopiero prawdziwy dowód na magię kina ;).

www.kobiecastrona.wordpress.com

źródło zdjęcia: Stopklatka

WYSPA KUKURYDZY / Simindis kundzuli – recenzja przedpremierowa

źródło zdjęcia: www.solopan.com.pl

źródło zdjęcia: http://www.solopan.com.pl

Reżyseria: Giorgi Ovarshvili Początek lat dziewięćdziesiątych, wiosna. Wezbrana po zimie surowa rzeka Inguri, jak co roku przynosi z Kaukazu ławice urodzajnej gleby, tworząc efemeryczne wysepki. Jak co roku mieszkańcy tych terenów starają się wykorzystać ten podarunek przyrody na własny użytek. Jednym z nich jest abchaski rolnik Abga (Ilyas Salman), staruszek, dla którego jedna z tych wysepek zdaje się być skrawkiem długo szukanej ziemi obiecanej. Bez wahania zabiera się więc za budowanie prowizorycznej chatki i obsiewanie pola kukurydzy. W pracy pomaga mu dorastająca wnuczka (Mariam Buturishvili).

źródło zdjęcia: http://www.screendaily.com/

źródło zdjęcia: http://www.screendaily.com

Obserwujemy jak Abga bez pośpiechu i w skupieniu wykonuje proste, podstawowe czynności: kopanie ziemi, budowanie schronienia, łowienie ryb, niby odwieczne, wpisane w stałe koło natury rytuały niezmiennie zapewniające przetrwanie ludziom tak teraz, jak i tysiąc lat temu. Tylko że tego roku wiosna jest inna, niż wszystkie. Maleńki ląd znajduje się na terenie, do którego rości sobie prawa zarówno Gruzja, jak i pragnąca niepodległości Abchazja. Od lat przenikające się kultury stają nagle po przeciwnych stronach barykady.

Pracujący na wyspie rolnik i jego młodziutka wnuczka co chwilą obserwują przepływające opodal patrole, raz gruzińskie, raz abchaskie. Mimo iż życie toczy się swoim nieśpiesznym nurtem, którego prawa dyktuje surowa, lecz jakże dobrze znana Matka Natura, rzeka jest bogata w ryby, na lądzie dojrzewa nie tylko kukurydza, ale także i wnuczka, nie jest bezpiecznie.

Zwłaszcza gdy pewnego dnia na wyspę trafia ranny gruziński żołnierz (Irakli Samushia),  a młodziutka dziewczyna przeżywa swoje pierwsze w życiu zauroczenie…

Film jest surowy i ascetyczny, jak i przyroda, na łonie której toczy się jego akcja. Prawie nie ma tu dialogów ani muzyki, jedynie odgłosy natury: szum deszczu, wycie wichury, plusk rzeki, pohukiwanie ptaków. Taki zabieg wymaga niezwykłej dbałości o szczegóły oraz wspaniałych zdjęć, których tu nie brakuje.

I ta ascetyczność środków wyrazu okazuje się dużą siłą. Film jest minimalistyczny w formie, a mimo to budzi żywe, głębokie emocje, niczym jakaś stara baśń lub tajemnicza przypowieść o pradawnych czasach. Początkowo tchnie spokojem, wzbudzając pierwotną tęsknotę za spokojnym, prostym życiem z dala od zgiełku cywilizacji, polityki i wielkomiejskiego pędu, potem pojawiające się coraz częściej na rzece patrole żołnierzy stopniowo potęgują w widzu poczucie zagrożenia. Jednak ostatnie zdanie w tej opowieści ma jednak przyroda, która postanawia odebrać to, co podarowała, zamykając coroczny cykl i jednocześnie zaczynając nowy, a sposób w jaki do tego dochodzi był dla mnie niezwykle poruszający. Nie zrozumiałam decyzji Abgi, nie mam pojęcia dlaczego postąpił tak, a nie inaczej. Być może Wy znajdziecie na to odpowiedź po obejrzeniu filmu, którego polska premiera planowana jest na 30.01.2015.

Obraz Giorgi Ovarshvili zdobył już wiele nagród, w tym Grand Prix Kryształowy Glob na prestiżowym festiwalu w Karlovych Varach w 2014 roku. Jest również kandydatem do tegorocznego Oscara. Szczerze mówiąc nie wiem, czy ma na niego jakieś szanse – nie jest to kino ani trochę spektaktularne. Co nie zmienia faktu, że jest to przepiękna, choć jakże prosta opowieść.

Za możliwość przedpremierowego obejrzenia filmu serdecznie dziękuję jego polskiemu dystrybutorowi, firmie SOLOPAN 🙂

Dziękuję za odwiedziny. Zachęcam do komentowania, krytykowania i dyskutowania. I zapraszam ponownie! 🙂

BASEN / Swimming pool

źródło zdjęcia: Filmweb

źródło zdjęcia: Filmweb

Reżyseria: François Ozon

Sarah Morton (Charlotte Rampling), brytyjska autorka poczytnych kryminałów potrzebuje odmiany. Jest znużona ciągłym pisaniem o morderstwach, śledztwach i kryminalistach. Ma ochotę stworzyć coś innego, jednak jej wydawca nawet nie chce słyszeć o żadnej zmianie – powieści Sarah przynoszą mu niezłe zyski, których utraty nie zamierza ryzykować wypływając na nieznane grunty. Proponuje pisarce wyjazd do swojego domu w Prowansji, gdzie będzie mogła zrobić sobie małe wakacje, a jednocześnie kontynuować pracę na nad kolejną książką z cyklu, który przyniósł jej sławę i pieniądze.

I rzeczywiście, po przyjeździe do Francji Sarah jest zachwycona: zarówno przestronnym domem z ogrodem i basenem, jak i malowniczym, opustoszałym poza sezonem miasteczkiem. Początkowo delektuje się pogodą, spokojem i samotnością, hołdując swym małym rytuałom: codziennie śniadanie w maleńkiej kafejce, gdzie zawiera znajomość z kelnerem o imieniu Franc, potem zakupy, a po południu pisanie.

Do momentu, gdy do domu nieoczekiwanie nie przyjeżdża młodziutka córka wydawcy, Julie (Ludivine Sagnier). Dziewczyna jest całkowitym przeciwieństwem Sarah, spokojnej, wiodącej wręcz ascetyczny tryb życia starszej pani, która lubi, gdy wszystko płynie według dawno ustalonego rytmu. Julie jest żywiołową, bezpośrednią nimfetką, bez pardonu epatuje cielesnością i każdego wieczoru sprowadza do domu innego faceta, bynajmniej nie przejmując się obecnością gościa.

Początkowo pełna wrogości relacja dwóch kobiet, które dzieli duża różnica nie tylko pokoleniowa, ale też temperamentowa, stopniowo przeradza się w fascynację Sarah niesforną młodą dziewczyną. Do tego stopnia, że postać Julie staje się inspiracją do nowej, zupełnie innej niż dotychczasowe powieści…

François Ozon należy do moich ulubionych reżyserów, a jednak jeden z jego najważniejszych filmów obejrzałam dopiero wczoraj. Ciekawe to uczucie, kiedy zna się późniejsze dzieła jakiegoś twórcy, a potem nagle sięga się po jedno z pierwszych i widzi zalążki tego, co jest już tak dobrze znane.

Ozon ma swoje ideés fixes, których się trzyma i które w przeróżne sposoby eksploatuje w swoich filmach. Jest to na pewno kobiecość we wszystkich jej wymiarach: psychologicznym, fizycznym i seksualnym. Jakby próbował przeniknąć to, co dla niego nieprzeniknione, podejrzeć przez uchylone drzwi, podejść możliwie jak najbliżej czegoś, co i tak na zawsze pozostanie poza jego zasięgiem. Robi to z wdziękiem i dużą dozą fascynacji, choć niektóre jego postaci wydają się bardziej tworem fantazji, niż kobietą z krwi i kości. Tak jest z Julie, kolejną nieszczęśliwą, zranioną przez ojca, wyuzdaną Lolitą, których więcej można spotkać w literaturze i kinie, niż w prawdziwym zyciu. Jednak jest to najciekawsza rola w tym filmie, z dużym polotem zagrana przez młodą aktorkę, która od początku skupiła na sobie całą moją uwagę.

„Basen” to mieszanka gatunków: kino psychologiczne przeplata się tu z kryminałem w sposób nieuchwytny i naturalny. Mamy tu też bardzo ciekawy przykład przenikania się świata literatury z rzeczywistością – wątek, który powróci ponownie, ale już całkiem inaczej w filmie „U niej w domu”. Sarah pisząc nowy kryminał poznaje Julie, która wydaje się intruzem i przeszkadzaczem w pracy. Potem jednak wypadki toczą się w taki sposób, że w końcu nie wiemy, czy obserwujemy życie pisarki, czy wkraczamy do fabuły pisanej właśnie książki. Co tu jest prawdą, a co fikcją literacką?

Odpowiedź na to pytanie pozostaje do osobistej decyzji każdego widza. A może reżyser wciąga nas w jakąś z góry zaplanowaną grę? Jeśli dotąd nie widzieliście – zobaczcie.

 

Dziękuję za odwiedziny. Zachęcam do komentowania, krytykowania i dyskutowania. I zapraszam ponownie! 🙂

Rok 2014 – podsumowanie nietypowe

Happy-New-Year-from-fireworks-image

Witajcie w Nowym Roku!

Mam nadzieję, że Sylwester się udał i że cały rok 2015 będzie dla Was pomyślny na wszelkie możliwe, a przede wszystkim filmowe, książkowe i muzyczne sposoby! A także, że nadal będziecie od czasu do czasu do mnie zaglądać 😉

Jako że rok 2014 za nami, przyda się małe podsumowanie tego, co się w nim działo.

Był to rok, w którym tak naprawdę wyklarowało się, o czym będzie ten blog. Zakładając go w 2013 roku, nie byłam tak dokładnie pewna, co będzie jego tematyką, wiedziałam jedynie, że chcę pisać. Pomału, pomału Przeglądarka stała się jednak blogiem recenzenckim i takim pozostanie, choć nie ukrywam, że marzy mi się blog reportażowo-felietonowy. Ale to nie będzie ten blog. Tutaj chcę pisać o filmach, książkach i muzyce, które w taki czy inny sposób mnie urzekły.

2014 był również rokiem, w którym mimo mojej silnej motywacj, na jakiś czas byłam zmuszona trochę ograniczyć blogową działalność – tak jak napomykałam w postach z wiosny i początku lata – zostałam dumną właścicielką mieszkania, co wiązało się niestety z dużą ilością problemów, które spiętrzyły się i pochłonęły mnóstwo czasu, nerwów i energii. Było warto, ale ten okres wspominam jako bardzo trudny. To wpłynęło na kilkumiesięczny zastój na Przeglądarce – mniejsza ilość postów, ich nieregularne pojawianie się i co za tym idzie: spora ilość pracy, którą musiałam włożyć, żeby oddzyskać czytelników.

A co się działo na blogu w tym roku? No właśnie… To już wiecie 😉 Możecie też to sprawdzić w archiwach z ubiegłego roku, do czego bardzo Was zachęcam.

Dziś, inaczej niż inni blogerzy, chciałabym Wam opisać choć odrobinę z tego, co czytała, oglądała i czego słuchała Przeglądarka, gdy nie miała czasu / nie mogła o tym pisać. Lub o czym nie napisała, bo się po prostu nie wyrobiła 😛

A więc zacznijmy:

FILMY:

WILCZE DZIECI / Ōkami Kodomo no Ame to Yuki

Wilcze dzieci

Reżyseria: Mamoru Hosoda

Historię swojej rodziny opowiada nam młoda dziewczyna imieniem Yuki, a jest ona naprawdę niezwykła, bowiem zarówno Yuki, jak i jej młodszy brat Ame są dziećmi ludzkiej kobiety i wilkołaka.

Przepiękne, nostalgiczne anime to o miłości, trudnym macierzyństwie, dorastaniu, a także poszukiwaniu własnej tożsamości i drodze do akceptacji siebie okraszona elementami japońskiego folkloru (legenda o człowieku wilku) i typowym dla japońskiej kultury, bardzo malowniczym ukazaniem przenikania się świata natury ze światem człowieka.

GROBOWIEC ŚWIETLIKÓW / Hotaru no haka

grobowiec swietlikow

Reżyseria: Isao Takahata

Kolejne anime i to dość stare, bo z 1988 roku, jednak oficjalną premierę w Polsce miało dopiero w roku 2014, może z powodu faktu, że wciąż pokutuje u nas przekonanie, że filmy animowane są dla dzieci, a ten ewidentnie nie jest do nich kierowany, mimo że jego bohaterami są dzieci.

Dla mnie było to drugie spotkanie z tym tytułem, bo oglądałam go już raz kilka lat temu.

Koniec II wojny światowej. W jednym z nalotów ginie matka kilkunastoletniego Seity i kilkuletniej Setsuko. Ich ojciec jako kapitan marynarki nie powrócił jeszcze do domu ani nie daje znaku życia. Dzieci zamieszkują u ciotki, która jednak nie jest wniebowzięta z tego powodu i daje im to mocno odczuć. Kierowany dumą Seita zabiera siostrzyczkę, by zamieszkać w jednym z opuszczonych schronów. Na początku jest sielankowo, trochę tak, jakby bawili się w dom, stopniowo jednak kończy im się jedzenie i pieniądze, a mała Setsuko zaczyna chorować.

Jeden z najsmutniejszych filmów o wojnie, jakie widziałam i to nie ze względu na drastyczne sceny z frontu, które często widuje się w produkcjach o tej tematyce. Tu jest ich jak na lekarstwo. Ukazana jest natomiast jedna z tragedii, jaką powoduje wojna w zwykłym, codziennym życiu niezaangażowanego w nią cywila. Nie rany i wybuchy, lecz głód, sieroctwo i brak życzliwości ze strony innych, spowodowany faktem, że każdy tak naprawdę troszczy się jedynie o to, czy jemu i najbliższym czegoś nie zabraknie. Jednak największą przyczyną tragicznego zakończenia tej historii jest naiwna, dziecięca duma, którą kieruje się Seita przy podejmowaniu kluczowej dla siebie i siostry decyzji. Czas dzieciństwa jest okresem, w którym niemądre decyzje są naturalną częścią naszego rozwoju, gdy są przy nas dorośli, którzy mogą nami pokierować, jednak w przypadku zdanego tylko na siebie Seity, dziecinny błąd okazuje się mieć bardzo dorosłe konsekwencje.

KSIĄŻKI:

KURT VONNEGUT: „Armagedon w retrospektywie”

armagedon

Pośmiertnie wydany zbiorek opowiadań jednego z moich najulubieńszych autorów, wybrany i opatrzony bardzo ciepłą przedmową przez syna pisarza.

Opowiadania są przeróżne i utrzymane w różnej stylistyce, np. opowiadanie „Polowanie na jednorożca” napisane jest bardzo tradycyjną i poetycką prozą, która nie była akurat cechą charakterystyczną tego autora. Tematyką, która łączy te utwory jest wojna. Wiele z nich to anegdoty z frontu lub literacko przetworzone wspomnienia z okresu amerykańskiego nalotu na Drezno, w którym Vonnegut uczestniczył jako młody chłopak. I które bardzo się odcisnęło zarówno na jego psychice, jak i całej twórczości (jeśli ktoś z Was nie czytał jeszcze powieści „Rzeźnia numer pięć”, to zachęcam, wspaniała książka!). W tych opowiadankach, które są i zabawne i mądre i przepełnione wielkim wstydem pisarza za to, czego dopuścił się naród amerykański w czasie II wojny światowej widzimy nie tylko wspaniałego pisarza, ale też zwykłego człowieka, który wciąż próbuje rozprawić się ze swoją osobistą, ale także narodową i ogólnoludzką traumą, którą pozostawiła w nim najgorsza chyba wojna w naszej historii.

Kurt Vonnegut był pisarzem, który pisał naprawdę mnóstwo. Część publikował, część z różnych powodów (głównie autocenzuralnych) pozostawała w szufladzie. Mark Vonnegut przejrzał te teksty i zdecydował, że jednak warto je pokazać czytelnikom. I szczerze mówiąć uważam, że miał rację ;).

CASSANDRA CLARE: seria „Dary Anioła” i „Diabelskie maszyny”

Kiedyś Olga z bloga Wielki Buk zaprosiła mnie do zabawy Liebster Blog Award . Jednym z pytań było: „Jakie jest Twoje popkulturowe guilty pleasure?” Wtedy nie bardzo wiedziałam, co odrzec, ale teraz mam już odpowiedź na to pytanie: powieści Cassandry Clare! 🙂 (Wszystkie moje odpowiedzi możecie przeczytać TU)

miasto1

„Dary Anioła” to sześciotomowa seria fantasy dla młodzieży. Bohaterką jest szesnastoletnia Clary, która wiedzie całkiem zwyczajną nastoletnią egzystencję, dopóki nie dowiaduje się, że jest… Nocnym Łowcą. Kim są Nocni Łowcy? To specjalna rasa ludzi stworzonych dawno temu przez Anioła Rajzela poprzez zmieszanie krwi ludzkiej z anielską. Misją Nocnych Łowców jest ochrona ludzkości przed zagrożeniem ze strony demonów i innego rodzaju nikczemnych istot, które tylko czyhają, by wedrzeć się do naszego świata i zasiać w nim spustoszenie.

Fakty te skrzętnie i z sobie tylko znanych powodów ukrywała przed Clary jej mama. Tymczasem mama znika w tajemniczych okolicznościach, a w życie Clary wkracza denerwujący i (oczywiście) nieziemsko przystojny Jace oraz jego przyjaciele, a za nimi całe zastępy demonów, czarownicy, sfory wilkołaków, klany wampirów i dwór faerie… Razem starają się odszukać mamę Clary, która okazuje się dosyć kluczową dla świata Nocnych Łowców postacią, podobnie, jak „główny zły” opowieści, Valentine Morgenstern, który okazuje się być nikim innym, jak… no właśnie nie powiem 😉

maszyny

„Diabelskie maszyny” są trzytomowym prequelem opowieści o „Darach Anioła”. Akcja dzieje się w XIX wieku w Anglii. Poznajemy pradziadków głównych bohaterów i ich zmagania z tajemniczym „Mistrzem”, którego zamierzeniem jest stworzyć natchnione demoniczną energią roboty zdolne pokonać Nocnych Łowców, do których żywi bardzo osobistą i wiele lat podsycaną urazę.

Te książki oczywiście nie są wielką literaturą, ale są naprawdę fajną, dziewczyńską rozrywką. Mocną stroną tych powieści jest cały magiczny świat stworzony przez autorkę: kultura Nocnych Łowców z ich wierzeniami, prawodawstwem, strukturą społeczną, ich sposób korzystania z magii (runy o różnych właściwościach, które rysują sobie na ciele, by wzmocnić swoją moc), świat Podziemny, czyli wspomniani czarownicy, wilkołacy, wampiry i faerie. Strona romansowa jest w obu seriach wątkiem przewodnim. Momentami denerwująca (ciągłe przeciwności losu!), momentami elektryzująca. To jednak, co najbardziej mi się tu podobało, to talent pisarki do tworzenia bardzo ciekawych, realistycznych i budzących mnóstwo sympatii postaci. Dotyczy to zwłaszcza bohaterów męskich. Obie serie pełne są naprawdę fajnych (i aż do przesady przystojnych) facetów.

Jeśli potrzebujecie rozrywki, o lekkiej i wciągającej, przygodowej fabule (z murowanym happy endem, o jakim Wam się nawet nie śniło) i uroczym, pełnym młodzieńczych uniesień wątku miłosnym, warto sięgnąć do tych książek i miło spędzić z nimi czas.

MUZYKA:

Tu mam dla Was tylko jedną pozycję, ponieważ cały rok, od mniej więcej marca zasłuchiwałam się piosenkami Sorry Boys.

Sorry_Boys_sorry_Sorry_2062534

Pomimo angielskiej nazwy i tekstów w języku angielskim wszyscy jego członkowie to Polacy. W skład wchodzi: Izabela Komoszyńska (śpiew, klawisze), Tomasz Dąbrowski (gitara), Piotr Blak (gitara, klawisze), Bartosz Mielczarek (gitara basowa), Maciej Gołyźniak (perkusja).

Zespół grający alternatywnego rocka z gatunku tych, co pod piosenkami na Youtubie mają komentarze:  „Nie wierzę, że to Polacy!” Niesprawiedliwa to opinia o nas samych, ale jak wiemy Polacy uważają za ujmę na honorze doceniać siebie, więc takie teksty uznaje się chyba za największy z możliwych komplement.

Jak na razie wydali dwie płyty: „Hard Working Classes” (2010) i wspomniane „Vulcano” (2013). Obie jak dla mnie są urzekające, a takie piosenki jak „Chance” i „Cancer Sign Love” z pierwszej płyty, czy „Phoenix”, „This New World” i „Evolution” z drugiej nieustająco powodują, że przechodzą mnie ciarki. Niesamowite, lekko oniryczne aranżacje, nieskazitelny i charyzmatyczny wokal Beli i intrygujące teksty sprawiają, że dla mnie ten zespół jest naprawdę jednym z bardziej fascynujących, jaki odkryłam w ostatnich kilku latach. Na razie nie są bardzo popularni, ale mają swoją grupę fanów i mam nadzieję, że będzie się ona powiększać :).

No dobrze, nie przynudzam już, bo strasznie się dziś rozpisałam! Jeszcze raz Szczęśliwego Nowego Roku, a na zakończenie wrzucam jeszcze piosenkę 🙂

Przyjemne filmy na zimowe wieczory

zima gil

Zima oficjalnie przybyła już wczoraj, a wraz z nią dłuuuugie wieczory i Święta, czyli trochę laby i czasu spędzonego z rodziną, nieraz na wspólnym oglądaniu filmów właśnie. W związku z czym postanowiłam przedstawić Wam kilka sympatycznych, lekkich, ale niegłupich propozycji filmowych, przy których będziecie się przede wszystkim dobrze bawić, odgonicie trochę zimową chandrę (w zaistniałych warunkach pogodowych do złudzenia przypominającą jesienną 😉 ) ale też nie zemdli Was od nadmiaru słodkości.

Z nowości, które możecie jeszcze obejrzeć w kinie:

LOVE, ROSIE

love rosie

Reżyseria: Christian Ditter, na podstawie powieści Cecelii Ahern: „Na końcu tęczy”

Propozycja dla par, na wyjście z siostrą/mamą/przyjaciółką.

Uroczy melodramat z mocno rozbudowanym wątkiem komediowym. Historia dwójki przyjaciół: Alexa i Rosie, którzy znają się od kołyski i najpewniej tylko i wyłącznie z tego powodu ciężko im się zorientować, czy to jest przyjaźń, czy raczej kochanie. Mijają lata, oboje dorastają, a dziecięce problemy zastępują te bardziej poważne: stracone szanse, niechciane macierzyństwo, nieudane związki, ale jeden punkt pozostaje stały i niezachwiany wśród życiowych zawirowań. Ich przyjaźń. Jeden z bardziej wzruszających filmów, jakie widziałam przez ostatnich kilka lat. Para głównych bohaterówjest naprawdę przeurocza, a przy tym bardzo fajnie zagrana przez Lily Collins oraz Sama Claflina (Finnick z „Igrzysk Śmierci”;) ). Warto się na ten film wybrać, żeby trochę się pośmiać, czasem przez łzy.

ZA JAKIE GRZECHY, DOBRY BOŻE? / Qu’est-ce qu’on a fait au Bon Dieu?

za jakie grzechy

Reżyseria: Phillippe de Chauveron

Film dla całej rodziny.

Francuska komedia rasistowska 😉

Ultrakonserwatywni rodzice mają nie lada orzech do zgryzienia: trzy z ich czterech córek wyszły za mąż kolejno za: Araba, Żyda i Chińczyka. Nie wiadomo, który gorszy. I o czym tu rozmawiać przy rodzinnym obiedzie, skoro wszystkie tematy okazują się drażliwe? Wszelkie nadzieje na normalnego, katolickiego zięcia pokładają więc w najmłodszej latorośli. I rzeczywiście. Ostatnia córeczka znajduje porządnego, katolickiego chłopca, tyle że… czarnoskórego. W dodatku aktora. Tego już naprawdę zbyt wiele!

Humor nie jest bardzo wyszukany, za to śmiechu co niemiara. Wszyscy tu są rasistami: Francuzi nie znoszą imigrantów, imigranci też ledwo trawią siebie nawzajem, a faux pas i kulturowe przytyki padają na każdym kroku. Ciekawostka: film ten nie został wyświetlony z Stanach Zjednoczonych ani Wielkiej Brytanii z powodu niepoprawności politycznej. Ale przedmiotem żartu są tu sam rasizm i uprzedzenia skrywane pod płaszczykiem dobrego wychowania właśnie, więc jak dla mnie: więcej takiej niepoprawności silwuple 😉

Filmy trochę już przykurzone, ale niezmiennie prześwietne:

ZAPLĄTANI / Tangled

zaplatani

Czyli Roszponka by Walt Disney.

Dla dzieciaków, rodziców i wszystkich, którzy skrywają w sobie duszę dziecka 😉

Tak, wiem, że bajki Disneya są antyfeministyczne, przekazują szkodliwe stereotypy itede. Ale ja je kocham. Serce nie sługa;) A ten wyjątkowo. Ma wszystko, co do szczęścia potrzebne, czyli:

*wątek psychologiczny: toksyczna matka i pragnąca odciąć pępowinę niepokorna córka

*wątek romansowy: piękne i niewinne dziewczę + loverboy z gatunku Słodki Drań

*wątek komediowy: głównie uosabiany przez postaci poboczne, a zwłaszcza bohaterskiego konia Maximusa o dziwnie psim usposobieniu oraz całą zgraję miejscowych rzezimieszków o tzw. trudnej urodzie

*kino akcji: niezliczone pościgi i sceny walki z patelnią w charakterze zabójczej broni

*wątek musicalowy: piosenki, piosenki, piosenki (no dobra, za tym zwykle nie przepadam, ale tutaj są całkiem OK)

*coś, o czym marzy każda dziewczynka, a mianowicie: WŁOSY GŁÓWNEJ BOHATERKI. Dłuższe, niż do ziemi i po prostu boskie :D. Dodam, że przez cały film nasza Roszponka potyka się o swe pukle tylko jeden – jedyny raz, oczywiście w kluczowym momencie.

JESZCZE DALEJ NIŻ PÓŁNOC / Bienvenue chez Les Ch’tis

jeszcze dalej niż północ

Kolejna komedia francuska i jednocześnie film dla każdego.

To już klasyka w reżyserii niezawodnego Dany’ego Boona (zwykle również występującego w swoich produkcjach).

Zdominowany przez marudną żonę naczelnik poczty z południa Francji ma tylko jeden cel: dostać przeniesienie na Lazurowe Wybrzeże i wreszcie uszczęśliwić swą piękniejszą połowę. W tym celu ucieka się do przeróżnych, niekoniecznie uczciwych forteli, skutkiem których jest przeniesienie i owszem, ale na daleką, skutą lodem Północ, której prymitywni mieszkańcy posługują się przedziwnym, niczym nie przypominającym „normalnego” francuskiego dialektem… gdzieś w okolice Lille.

Znów opowieść o stereotypach, o typowej francuskiej ignorancji, która nie ogranicza się do podziału świata na „Francja” i „Niefrancja”, ale idzie jeszcze dalej (niż północ 😀 ) i pokazuje, że nawet wewnątrz kraju mieszkaniec danego regionu wiedzę o innych częściach swej ojczyzny ma raczej na poziomie „mniej niż zero”, ale dla równowagi przesądów i uprzedzeń bez liku.

Jest to też historia męskiej przyjaźni, a gagi językowe ubawią każdego, nie tylko osoby władające językiem Victora Hugo, gdyż w polskim tłumaczeniu bardzo zgrabnie zaadaptowano tu elementy gwary śląskiej.

Trochę ambitniej, ale nadal zabawnie:

ZAKOCHANI WIDZĄ SŁONIE / Voksne mennesker 

zakochani widza slonie

Reżyseria: Dagur Kári

Słodko-gorzki komediodramat pełen skandynawskiej powściągliwości, utrzymany w czerni i bieli.

Ciepły, acz lekko dziwaczny. Spodoba się wielbicielom europejskiego kina i subtelnego poczucia humoru. Natomiast fani klasycznych komedii romantycznych mogą się mocno rozczarować. Daniel to artysta-graficiarz o silnie rozwiniętym syndromie Piotrusia Pana, permanentnych pustkach na koncie i ustawicznych kłopotach z urzędem pracy. Życie dzieli na realizację swoic graficiarskich zleceń, na pograniczu prawa i nieraz pod osłoną nocy i spotkania z najlepszym przyjacielem Dziadkiem (najsympatyczniejsza postać w całej opowieści), marzącym o karierze sędziego piłkarskiego i do przesady nieśmiałego w kontaktach z kobietami. Pewnego dnia poznają również uroczą dziewczynę pracującą w pobliskiej piekarni, Franc. Cała trójka ma problemy z wejściem w dorosłe życie i przystosowaniem się do panujących norm społecznych, każde na swój sposób. Wkrótce Daniel i Franc zakochują się w sobie, a Dziadek… cóż, musi podjąć decyzję, czy nadal chce być przyjacielem kogoś, kto podwędził mu sprzed nosa dziewczynę, którą „on pierwszy zauważył”.

Fabuła podzielona jest na krótkie epizody, na początku pełne dowcipnych scen i dialogów, z czasem coraz bardziej poważne. Akcja biegnie kilkutorowo: mamy losy Daniela i Franc, którzy w końcu stają przed progiem dorosłości bez możliwości odwrotu, perypetie nieporadnego Dziadka, ale i historię sędziego, z którym Daniel ma na pieńku. On z kolei próbuje się wyrwać z uporządkowanego i do bólu poprawnego życia.

Lekko intrygujący, mądry i w bardzo specyficzny sposób zabawny film.

GRANATOWYPRAWIECZARNY / AzulOscuroCasiNegro

granatowy

Reżyseria: Daniel Sanchéz Arévalo

Jak mogłabym zapomnieć o kinie hiszpańskim? Imposible! 😉

Jest to dramat z typowym dla Hiszpanów wyczuciem absurdu.

Znów mamy grupkę młodych ludzi, którzy stają u progu dorosłego życia, a ich głównym dylematem są ambicje kontra możliwości lub ograniczenia, wyobrażenia o tym, jacy chcieliby być i konfrontacja z rzeczywistością.

Jorge po ukończeniu studiów uparcie i bezskutecznie próbuje znaleźć lepszą pracę, niż profesja portiera, którą niejako odziedziczył po ojcu, teraz mocno schorowanym po wylewie i całkowicie zdanym na opiekę syna. Brat Jorge, Antonio niespecjalnie wspiera go w zajmowaniu się ojcem, gdyż właśnie odsiaduje wyrok w więzieniu. Tam poznaje swoją dziewczynę Paulę, której marzeniem jest zajść w ciążę po to, by dostać przeniesienie do innej celi, gdzie współwięźniarki nie będą się nad nią znęcać. Wskutek pewnej braterskiej umowy Jorge nawiązuje z Paulą dość specyficzną relację. Przyjaciel Jorge, Israel odkrywa homoseksualne skłonności ojca, co prowadzi go do zrozumienia zaskakującej (i wcale nie chcianej) prawdy o samym sobie. Jest też Natalia, spotkana po dłuższej rozłące przyjaciółka Jorge. Wspólnie odkrywają, że różnice społeczne, które w dzieciństwie nie były przeszkodą, w dorosłym życiu nieraz sprawiają, że ludziom rozchodzą się drogi…

Lekko ironiczna opowieść o walce z losem, z samym sobą, o dojrzewaniu do samoakceptacji.

Jest to zdecydowanie najmniej śmieszny z filmów, które dziś Wam polecam, co nie oznacza, że jest ciężki. Wiele razy się uśmiechniecie lub nawet roześmiejecie, a opowiadana historia jest tak nietypowa, że będzie ciekawą wyprawą w nieznane i odskocznią od sztampowych hollywoodzkich scenariuszy, do których jesteśmy aż za bardzo przyzwyczajeni.

Mam nadzieję, że coś tu dla siebie wybierzecie.  A jeśli nie, mam w zanadrzu jeszcze kilka propozycji 😉

dziewczynka okno

 

Dziękuję za odwiedziny. Zachęcam do komentowania, krytykowania i dyskutowania. I zapraszam ponownie! 🙂