Tragiczni faceci nigdy passé?

do-damaszku_proj_joanna_howanska

Muszę to w końcu przyjąć do wiadomości: nie rozumiem teatru. Nikt nie jest doskonały, więc choć żaden normalny, uznający się za w miarę kulturalnego człowiek zapewne się do tego nie przyzna, ja to zrobię: nie rozumiem współczesnego teatru. Czasem chodzę. Z ciekawości. Potem nigdy nie wiem, czy przedstawienie, które obejrzałam było dobre czy złe. Nie mam pojęcia. Wiem tylko, czy mi się podobała gra aktorów, i to wszystko.

Na przykład taka sztuka Strindberga: „Do Damaszku”. Reżyseria Jan Klata, czyli powinna być, według tego, co głosi opinia publiczna, ZAJEBISTA. Ja myślałam, że prędzej umrę, niż dotrwam do końca, a wysiłki zrozumienia przesłania pogłębiły tylko migrenę, z którą na nią przyszłam.

Oczywiście nic wcześniej nie przeczytałam na temat o czym to będzie itd., bo po co sobie zawczasu kształtować odbiór. W dramacie jako gatunku literackim nie gustuję, więc tytuł nie obił mi się wcześniej o uszy. Czyli: ignorancja totalna.

Teraz dokształciłam się i wiem, że Strindberg napisał tę sztukę pod koniec dziewiętnastego wieku. Co oznacza, że w jego czasach miała kompletnie inny wydźwięk. Nowatorski i pewnie łamiący konwenanse.

Ja, w dwudziestym pierwszym wieku, w Teatrze Starym w Krakowie, myślałam sobie: „O Booooże, kolejna historia wybitnego, tragicznego i przeklętego artysty, wszystko we własnym mniemaniu tegoż, żałosnego kolesia, który z nudów wymyśla sobie chore wizje, bo w życiu nie musiał zajmować się niczym poza samym sobą”. Oczywiście obowiązkowo jest on mężczyzną. Obowiązkowo spotyka kobietę. Tajemniczą, oczywiście. Piękną. Stwarza ją, nadaje jej imię, cechy charakteru etcetera. Fakt, że ona już istnieje, jakoś się nazywa i ma swoją osobowość jest bez znaczenia.  Tak naprawdę może istnieć tylko w kontekście jego, artysty – totalnego performera. Nuda nuda nuda. Ludzie. Ile jeszcze takich historii. Dlaczego kobieta zawsze jest jakąś femme fatale ku zgubie mężczyzny lub ratującą go anielicą?

Próby uwspółcześnienia tej historii nie powiodły się zanadto według mnie, może przez brak scenografii, przez co dosyć często nie wiadomo, o co w ogóle chodzi. U Strindberga głównym wątkiem były poszukiwania duchowe, różne aspekty chrześcijaństwa. Tu ledwo się dało cokolwiek wyczuć w tym temacie (może to i lepiej, bo i tak w Polsce wszystko ocieka religią, kleistą niczym guma guar). Po prostu żałosny facet (w tej roli Marcin Czarnik) chodzi po scenie, ma dziwne jazdy i każdemu, kogo spotyka (niewykluczone, że osoby te są wytworami jego wyobraźni) opowiada swoje niezbyt ekscytujące problemy. Sztuka sama w sobie, jak to bywa z dobrą literaturą, na pewno ma wydźwięk ponadczasowy, ale w tej interpretacji uwydatnia tylko, jak bardzo panom pokroju głównego bohatera już podziękujemy. Jeśli reżyser to miał na myśli, to mu się udało.

Ale nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła pozytywów. A więc: przynajmniej zobaczyłam Segdę na żywo. I Globisza, który był równie świetny, co obrzydliwy jako Żebrak wygryzający sobie mięso z przedramienia (!). Ale i tak najlepsza była Justyna Wasilewska jako Ingeborga/Ewa. Bardzo zdolna dziewczyna. I ten głos! Pozazdrościć…

I tym optymistycznym akcentem…

Advertisements