Przeglądarka na krańcu świata: Filipiny, odcinek 3

www.kobiecastrona.wordpress.com

wulkan Taal; źródło: Przeglądarka

Nie opowiedziałam Wam jeszcze o tym, czym podróżowałam na Filipinach, a było tego trochę.

Na przykład taka wycieczka na wulkan Taal (około 2-3 godziny samochodem od Manili) odbyła się przy użyciu trzech różnych środków transportu, których nie spotkacie w Polsce.

Zacznijmy od tego, że do miasta Tagaytay, w którym znajduje się wspomniany wulkan dotarliśmy po jakichś sześciu godzinach trzema rożnymi busami. Było to poniekąd związane z tym, że żaden z uczestników wycieczki nie był Filipińczykiem (trójka Brazylijczyków, Wenezuelczyk i ja). Już na dworcu autobusowym w Manili pokierowano nas do złego autobusu, który zamiast wspomnianych i spodziewanych 2 godzin jechał jakieś cztery i w rezultacie wywiózł nas Nikt Nie Wiedział Gdzie. Na szczęście było tam życie, więc zaczęliśmy pytać lokalsów, jak się dostać do Bulkang Taal (czyli wulkanu Taal). Propozycji padło wiele, zaś ich ceny przekraczały 200% kwoty, którą za tę samą trasę mieli zapłacić Filipińczycy.

Pierwszą z nich był osławiony jeepney. Osławiony oczywiście, jeśli ktoś miał cokolwiek wspólnego z Filipinami. Jest on nawet uznawany za symbol filipińskiej kultury. Jeepneye to małe samochody terenowe przerobione na busy. Pomalowane na jaskrawe kolory, pokryte lśniącą niczym zbroja blachą. Ozdobione światełkami i napisami dumnie mkną przez ulice Filipin. W środku jest ciasno, brudno i telepiąco, nie ma okien ani drzwi. Siedzenia obite są ceratą, cała konstrukcja ostro zalatuje prowizorką, a kierowca nie oddaje reszty (w szczególności cudzoziemcom), no ale myślisz sobie: multum ludzi tym jeździ codziennie, więc nie może to być śmiertelnym niebezpieczeństwem.

www.kobiecastrona.wordpress.com

Jeepney; źródło: Przeglądarka

www.kobiecastrona.wordpress.com

Pamiątka z przejażdżki jeepneyem

Niestety tym razem żaden napotkany jeepney (który trzeba złapać na poboczu zupełnie jak autostostop) nie wybierał się w pożądanym przez nas kierunku, więc kolejną opcją był tricycle, czyli motocykl z doczepioną dwuosobową gondolką. Niestety trycykliści żądali kwot horrendalnych, więc w końcu udało nam się wcisnąć do jakiegoś busika, który nie wiem jakim cudem, ale na każdym przystanku zabierał kolejne osoby, choć od momentu, gdy wsiedliśmy według mnie ilość osób mogących bezpiecznie podróżować już była przekroczona. Ale co rusz wsiadała a to licealistka, a to jakiś pan, a to pani z dwójką dzieci, z których każde posadziła sobie na jednym kolanie i ciągle jakimś cudem oni wszyscy się mieścili. Busik był dość rozklekotany, ale jak w każdym możliwym miejscu na Filipinach miał zainstalowaną klimatyzację i to całkiem niezłą (po powrocie do Polski bardzo mi tego brakuje w krakowskich tramwajach i autobusach).

Potem znów jakiś autobus i wreszcie, wreszcie byliśmy w Tagaytay! Przy czym byłam już tak zmęczona, że nagle powróciło moje przekleństwo z dzieciństwa, czyli choroba lokomocyjna, więc połowę tej wspaniałej przejażdżki spędziłam targana mdłościami, marząc o powrocie do domu i zastanawiając się, po cholerę dałam się na ten wypad namówić. W szczególności, gdy jedno z dzieci wspomnianej wcześniej pani zaczęło zdradzać chęć zwymiotowania, co wywnioskowałam z jej reakcji, polegającej na gorączkowym przegrzebywaniu torebki w poszukiwaniu foliowego woreczka, który następnie podetknęła malcowi pod twarz. A miało być tak pięknie.

No ale ostatecznie maluch jednak jakoś wytrzymał, ja też, i teraz tylko pozostało nam dotrzeć do wulkanu.

Tu powrócił temat trycykla i po dłuższych negocjacjach udało nam się skombinować dwa za akceptowalną cenę. Tak, jak wspominałam trycykle z reguły mają dwuosobową gondolkę, a że była nas piątka, jedno z nas musiało siedzieć z kierowcą. Na szczęście nie byłam to ja ;), gdyż nawet w gondoli myślałam, że ducha wyzionę ze strachu. Gondola wygląda jak na poczekaniu sklecona z blachy w warsztacie spawalniczym wujka (i pewnie tak właśnie powstała), a przez dziury w jej podłodze można obserwować nawierzchnię. Pan kierowca był w japonkach i bez kasku, zaś na wpół zdrapana naklejka, którą miał naklejoną w środku swego wehikułu jak na ironię głosiła dumnie: „Savety begins with me”. Trasa, którą mieliśmy do pokonania była biegnącą stromo w dół serpentyną z oznaczeniami „Dangerous curves!” na każdym z licznych zakrętów, a że wcześniej padał deszcz, jezdnia była dość mokra oraz śliska, więc było emocjonująco, choć całą drogę próbowałam sobie wmówić, że jestem przewrażliwioną na punkcie bezpieczeństwa europejską damulką i to nawet dość pomagało.

www.kobiecastrona,wordpress.com

Tricycle; źródło: Przeglądarka

www.kobiecastrona.wordpress.com

Trycykle występują też w wersji rowerowej, ale to już raczej na miejskie wycieczki

Trycykle dowiozły nas do przystani, gdzie mogliśmy otrzeć z twarzy podróżny pył oraz pechowe owady, które zginęły tragicznie w wyniku zderzenia czołowego z naszymi obliczami i wreszcie, wreszcie czekało na nas przeprawienie się na wulkan – wysepkę drogą morską, czyli przy pomocy takiej oto łódki:

www.kobiecastrona.wordpress.com

źródło: Przeglądarka

www.kobiecastrona.wordpress.com

wulkan Taal widziany z przystani; źródło: Przeglądarka

Wtedy w końcu poczułam, że było warto męczyć się tyle godzin, by zobaczyć te widoki, poczuć morską bryzę na twarzy (wymieszaną nieco ze spalinami wydzielanymi przez parkoczący wesoło silnik łódki). To była ta chwila: wiatr we włosach, zapach morza i zachód słońca. Najlepsza chwila mojego całego pobytu na Filipinach, ponieważ później niestety nie udało mi się już niczego poza Manilą zwiedzić.

www.kobiecastrona.wordpress.com

Widok z łódki

www.kobiecastrona.wordpress.com

źródło: Przeglądarka

A potem koniki. Wdrapanie się na samą górę wulkanu było w upale i wilgoci należy do trudnych zadań, więc do zwykło się wynajmować przewodników z końmi, które na swych grzbietach zawożą turystów na sam szczyt. Wcześniej jeździłam na koniu raz i był to duży koń pociągowy. Każdy krok takiego zwierza wiąże sie z dużymi turbulencjami dla osoby siedzącej na jego grzbiecie, jeśli nie jest ona obeznana z konną jazdą, więc miałam pewne obawy. Jednak filipińskie koniki są dostosowane do wzrostu Filipińczyków (i zbiegiem okoliczności również mojego). Są bardzo niskie i drobnej budowy. Istna miniaturka konia. Jazda na takim zwierzaku pod opieką przewodnika nie stanowi większego problemu nawet dla takiego laika jak ja.

www.kobiecastrona.wordpress.com

koniki i przewodnicy; źródło: Przeglądarka

Przy tej okazji muszę przyznać, że czułam się dziwnie, siedząc wygodnie na grzbiecie konia prowadzonego przez przewodnika, wspinającego się w upale pod górę, nie pierwszy raz zapewne tego dnia. Żal mi było tych ludzi, zarabiających w ten sposób na życie dzień w dzień, w ciężkich warunkach i za kiepskie pieniądze. Ich konie nie były wyposażone w piękne ozdobne siodła, jakby to było w w usługach turystycznych w Europie, lecz w zwykłe koce ułożone wartwami, czasem pospinane spinaczami do prania. W drodze do Tagaytay i w Tagaytay również po raz pierwszy zobaczyłam na własne oczy domy sklecone ze zwykłej blachy, biedę i brud, których nie sposób opisać. W Makati, biznesowej dzielnicy Manili, w której mieszkałam i pracowałam trudno było zauważyć coś takiego. Wystarczyło jednak tylko wystawić stopę poza Makati, by spotkać rodziny żyjące z małymi dziećmi w przejściach podziemnych pod ulicami miasta, czy schorowanych staruszków leżących na ulicach. I wspominam tu tylko o rzeczach, które widziałam na własne oczy, a tak naprawdę takiej biedy jest o wiele więcej: dziewczynki sprzedające się białym turystom by wspomóc finansowo rodzinę to norma na Filipinach, podobnie jak dzieci – narkomani. Tuż obok tego rosną niewzruszenie imponujące wieżowce i gigantyczne centra handlowe pełne ekskluzywnych sklepów. Kto w nich kupuje?

Snując mniej więcej takie rozmyślania dotarłam z całą resztą moich towarzyszy na szczyt wulkanu, który okazał się znacznie mniej interesujący niż sama nań wyprawa ( co nie zmienia faktu, że było warto).

www.kobiecastrona.wordpress.com

Oto, co znaleźliśmy na szczycie

A pomyślcie jeszcze, że musieliśmy wrócić w dokładnie w ten sam sposób… Ta wyprawa zajęła naprawdę trochę czasu ;). Ale wrażenia niezapomniane! 🙂

Advertisements

Przeglądarka na krańcu świata: Filipiny, odcinek 2

Witajcie w kolejnym odcinku o Filipinach 🙂 Dziś będzie trochę o kulinariach. Jadąc tu wiedziałam, że kuchnia filipińska jest uznawana za jedną z najpyszniejszych na świecie. Już sam fakt, że to kraj wyspiarski wzbudza nadzieje na pyszne ryby i owoce morza. I rzeczywiście: krewetki wszelkich rozmiarów, kraby i ryby (ulubienicą jest czerwona rybka o wdzięcznej nazwie lapu lapu) występują solo oraz jako dodatki do zup, makaronów, no i oczywiście obowiązkowo, jak to w Azji, do ryżu. Ciekawostką jest fakt, że Filipińczycy nie jedzą, jak wielu Azjatów pałeczkami, ale widelcem i… łyżką. Widelec służy do nakładania smacznych kąsków na łyżkę (jakoś mi to nie wychodzi i używam łyżki w charakterze noża;). Dość popularne jest też jedzenie rękami. Jeśli są owoce morza i ryż, a spore piętno kulturowe wywarła obecność Hiszpanów popularną potrawą jest tu paella. Wygląda całkiem hiszpańsko. Podobnie kiełbaski o nazwie chorizo wyglądają zupełnie podobnie, choć są znacznie ciemniejsze. Do ulubionych dań będących spuścizną hiszpańskich kolonizatorów jest także lechón, czyli upieczone w całości prosię. Mówiąc o kuchni filipińskiej nie można zapomnieć o bardzo ważnym jej elemencie, a mianowicie o daniu o nazwie balut. Jest to kacze jajko z w pełni rozwiniętym zarodkiem, który spożywa się w całości wraz z upierzeniem i dziobkiem (ciekawe, co na to profesor Chazan). Wszyscy ( a w szczególności mieszkający na Filipinach obcokrajowcy) próbują mnie tu namówić do spożycia tego rarytasu, ale jakoś się nie mogę przemóc :P.

www.kobiecastrona.wordpress.com

Balut (biedne kaczątko)
źródło zdjęcia: Filipiny-balut.blog.bluesky

Muszę się przyznać, że pomimo wspaniałości kuchni filipińskiej nie przypadła mi ona jakoś szczególnie do gustu. Znalazłam jednak coś dla siebie. Do takich potraw zalicza się pansit – rodzaj cieniutkiego makaronu, który przywędrował na Filipiny z  Chin, przygotowanego z dodatkiem warzyw i mięsa lub owoców morza. Mogę go jeść codziennie ;).

www.kobiecastrona.wordpress.com

Pansit

www.kobiecastrona.wordpress.com

Pansit
źródło zdjęcia: bestpinoytv.wordpress.com

Bardzo smakował mi omlet z miąższem bakłażana z dodatkiem mięsa krabowego (tortang talong). Przepyszny!

www.kobiecastrona.wordpress.com

Tortang talong
źródło zdjęcia: kusinamaster-recipes.com

Z napojów, które tu poznałam ciekawe są:

Taho: rodzaj gorącego napoju z dodatkiem tofu, cukru trzcinowego zmieszanego z syropem waniliowym i perełkami sago (coś a la tapioka, żelowate i w zasadzie bez wyraźnego smaku). Ogólnie smak napoju jak dla mnie przypomina karmel.

www.kobiecastrona.wordpress.com

Taho

Matcha – tea: tym razem wpływy japońskie. Napój z proszku z zielonej herbaty i mleka. Występuje też w postaci lodów: lekko gorzkawy, mleczny smak. Bardzo orzeźwiający i z powodzeniem zastępuje mi kawę, na którą jakoś nie mam tu większej ochoty.

www.kobiecastrona.wordpress.com

Matcha-tea – oczywście ze Starbunia. Spotkanie w Starbucks lub przechadzanie się po mieście z kubkiem Starbucksa w dłoni to w Manili szczyt lansiku 😉

Buko juice: sok z młodego kokosa. Można go kupić w kartoniku, ale najlepiej smakuje prosto z rozkrojonego owocu, który można kupić w każdej knajpie i na każdym targu.

www.kobiecastrona.wordpress.com

Buko juice

www.kobiecastrona.wordpress.com

Dlaczego warto pić sok z kokosa? (Don’t tell monkeys)

Filipiny to również kraj owoców tropikalnych, wśród których na prowadzenie wysuwa się mango. Tutaj jest ono żółte, a jego skórka przypomina skórkę gruszki. Jest odrobinę słodsze niż zielono-czerwone mango (tu nazywane mango ananasowym), które kupujemy w Polsce.

Ale pobyt w Manili to nie tylko okazja do popróbowania kuchni filipińskiej. To również okazja do spróbowania każdej kuchni azjatyckiej (i nie tylko!), bo przeróżnych restauracji jest bez liku. Tym sposobem odkryłam kuchnię wietnamską która bardzo przypadła mi do gustu.

www.kobiecastrona.wordpress.com

Kuchnia wietnamska – możesz sam doprawić dowolnie swoje danie, bo sosy: łagodny i bardzo ostry podawane są osobno w kokilkach

Na koniec mam dla Was jeszcze parę fotek (wybacznie niskie walory artystyczne niektórych 😉 )

www.kobiecastrona.worpress.com

Halo halo – deser z tropikalnych owoców, puddingu i kruszonego lodu. Filipińczycy kochają lód i spożywają go w zatrważających ilościach! 😉

www.kobiecastrona.wordpress.com

Rodzaj ciasta ryżowego o konsystencji kleistego budyniu: różne kolory zawdzięcza różnym dodatkom, np. zółta część jest z miąższem z ziaren kukurydzy, ciemnofioletowa z ekstraktem z fioletowego słodkiego ziemniaka ube

www.kobiecastrona.wordpress.com

Dragon Fruit – smakuje trochę jak kiwi, tylko mniej kwaśne

www.kobiecastrona.wordpress.com

Są i osobliwe przekąski

www.kobiecastrona.wordpress.com

Rybka pieczona pod pierzynką z soli – bardzo smaczna i łagodna w smaku, podobna do naszego pstrąga

www.kobiecastrona.wordpress.com

Rodzaj warzywnych snacków z dodatkiem kwaśnego sosu, podawanych jako przystawka

www.kobiecastrona.wordpress.com

KKK – sieć popularnych restauracji serwujących tradycyjne filipińskie jedzenie

www.kobiecastrona.wordpress.com

Wystawa jednej z japońskich restauracji w Manili

www.kobiecastrona.wordpress.com

Tak jak wspominałam w poprzednim wpisie: gdyby ktoś tęsknił za polskim jadłem – wystarczy udać się na Salcedo Market w Makati

Do przeczytania w kolejnym odcinku! 🙂

Przeglądarka na krańcu świata: Filipiny, odcinek 1.

www.kobiecastrona.wordpress.com

źródło zdjęcia: http://www.pinayonthemove.com

Witajcie!

Ostatnio trochę mnie wcięło, ale to dlatego, że od dwóch tygodni już przebywam na Filipinach, dokąd zawiodły mnie sprawy zawodowe.

Pierwszy tydzień poświęciłam na wygrzebywanie się z jet lagu, kolejny już lepiej: pracuję i zwiedzam, więc zamierzam Wam trochę poopowiadać o tym mało znanym i bardzo egzotycznym kraju, jako że przede mną jeszcze prawie dwa tygodnie pobytu 🙂

Prawdę mówiąc o Filipinach do niedawna wiedziałam co najwyżej, że istnieją i że to gdzieś w Azji. Jeśli chodzi o moje plany podróżnicze, to nie znajdowały się one na żadnej z moich list, w których skład wchodzą takie kategorie jak: „Na pewno tam pojadę”, „Chcę tam pojechać” oraz „Fajnie by było, ale tak tylko gadam”.

No ale od czego są zrządzenia losu. Z racji tego, że firma, w której pracuję ma jedną ze swych siedzib w Manili, tak się złożyło, że właśnie spędzam cały czerwiec w tym upalnym, olbrzymim mieście. Wraz z sąsiadującymi miastami (Quezon City, Caloocan, Pasay, Makati, Pasig) Manila tworzy zespół miejski przekraczający liczbą ludności ¼ ludności całej Polski (ponad 11 milionów uśmiechniętych, ekstremalnie uprzejmych, zakochanych w klimatyzowanych wnętrzach i kawiarniach Starbucksa ludzi). Całe Filipiny to zresztą jeden z najbardziej zaludnionych krajów świata.

www.kobiecastrona.wordpress.com

Salcedo Market: targ w Makati, gdzie znajdziecie przeróżne produkty żywnościowe, a przy dobrych wiatrach nawet polskie pierogi 😉

 

www.kobiecastrona.wordpress.com

Salcedo Market

Jest więc tłoczno. Nie tylko ludzie, ale i budynki (w większości wieżowce, o których nie śniła Warszawka) tłoczą się na nieproporcjonalnie wąskich ulicach. Sytuacji nie poprawia fakt, że cena przejazdu taksówką jest tu zbliżona do ceny godzinnego biletu MPK w Krakowie (za dojazd z hotelu do biura, ok. 10-15 minut drogi płacę jakieś 4 złote), więc nikt się nie bawi w metro. Taksówki suną przez miasto długim sznurem i ustawiają się w rządku przed wyjściem z biurowców i centrów handlowych.

www.kobiecastrona.wordpress.com

Widok z mojego okna w hotelu (19.piętro)

Do tego gorąco, którego nie da się porównać z niczym, czego doświadczyłam w najgorętszych miejscach Europy. To jest inna definicja gorąca. Uczucie, które ogarnia mnie po wyjściu na zewnątrz jest identyczne z tym po wejściu do sauny. Gorąco i parno. Powietrze oblepia cię jak gorąca, mokra płachta. A słońce nie grzeje, lecz pali, więc filtr 50 SPF obowiązkowy. A zatem wszystkim uwielbiającym narzekać na upały w Polsce polecam wypad do Manili, będą mogli rozwinąć skrzydła.

www.kobiecastrona.wordpress.com

Znowu wieżowce 😛

Filipińczycy to naród stworzony przez Hiszpanów. W czasach prekolonialnych, czyli przed przybyciem Ferdynanda Magellana, wyspy Archipelagu Filipińskiego były zamieszkane przez liczne plemiona, które jednak nie tworzyły wspólnego państwa. Dopiero Hiszpanie podbijając kolejne wyspy stworzyli kolonię nazwaną Filipinami od imienia hiszpańskiego króla Filipa II Habsburga. Jeśli jednak myślicie, że każdy Filipińczyk włada biegle hiszpańskim jesteście w błędzie. Języki urzędowe to tagalog (tagalski) i angielski. Skąd angielski? Na wyspach nie zabrakło Amerykanów, którzy pojawili sie pod koniec XIX i zostali do końca II Wojny Światowej. To przyczyniło się do rozpowszechnienia się języka angielskiego. Wszyscy zatem mówią tu biegle po angielsku, choć ze specyficznym tagalskim akcentem. Sam zaś tagalog zawiera wiele zapożyczeń z hiszpańskiego. Mieszanka kulturowa jest więc duża, biorąc pod uwagę, że do powstania narodowości filipińskiej przyczyniło się wiele ingerencji ze strony różnych kolonizatorów. Wielu Filipińczyków nosi angielskie imiona i hiszpańskie nazwiska: np. Johnny Mendoza.

www.kobiecastrona.wordpress.com

widok na rzekę Pasig (o wyjątkowo nieciekawym zapachu 😛 )

Jest to naród niezwykle sympatyczny. Nie wiem, co takiego ci ludzie mają w sobie, chyba taką naturalną skłonność do uśmiechu od ucha do ucha, połączoną ze skromnością i poczuciem humoru, że po prostu nie da się ich nie polubić. I nie współczuć im, ponieważ poza granicami Manili, czy też biznesowej dzielnicy (a raczej miasta) Makati, gdzie mieszkam, kończą się piękne wieżowce i eleganckie centra handlowe, a zaczyna się bieda i warunki życia, których w Europie nie widuje się w najuboższych dzielnicach najuboższych państw.

Więcej o tym, a także o jedzeniu, pięknych miejscach, które widziałam, arcyciekawych i niezgodnych z zasadami bezpieczeństwa Unii Europejskiej środkach transportu i jeszcze paru innych sprawach opowiem w kolejnych odcinkach 🙂

C.D.N. …

 

 

 

Rok 2014 – podsumowanie nietypowe

Happy-New-Year-from-fireworks-image

Witajcie w Nowym Roku!

Mam nadzieję, że Sylwester się udał i że cały rok 2015 będzie dla Was pomyślny na wszelkie możliwe, a przede wszystkim filmowe, książkowe i muzyczne sposoby! A także, że nadal będziecie od czasu do czasu do mnie zaglądać 😉

Jako że rok 2014 za nami, przyda się małe podsumowanie tego, co się w nim działo.

Był to rok, w którym tak naprawdę wyklarowało się, o czym będzie ten blog. Zakładając go w 2013 roku, nie byłam tak dokładnie pewna, co będzie jego tematyką, wiedziałam jedynie, że chcę pisać. Pomału, pomału Przeglądarka stała się jednak blogiem recenzenckim i takim pozostanie, choć nie ukrywam, że marzy mi się blog reportażowo-felietonowy. Ale to nie będzie ten blog. Tutaj chcę pisać o filmach, książkach i muzyce, które w taki czy inny sposób mnie urzekły.

2014 był również rokiem, w którym mimo mojej silnej motywacj, na jakiś czas byłam zmuszona trochę ograniczyć blogową działalność – tak jak napomykałam w postach z wiosny i początku lata – zostałam dumną właścicielką mieszkania, co wiązało się niestety z dużą ilością problemów, które spiętrzyły się i pochłonęły mnóstwo czasu, nerwów i energii. Było warto, ale ten okres wspominam jako bardzo trudny. To wpłynęło na kilkumiesięczny zastój na Przeglądarce – mniejsza ilość postów, ich nieregularne pojawianie się i co za tym idzie: spora ilość pracy, którą musiałam włożyć, żeby oddzyskać czytelników.

A co się działo na blogu w tym roku? No właśnie… To już wiecie 😉 Możecie też to sprawdzić w archiwach z ubiegłego roku, do czego bardzo Was zachęcam.

Dziś, inaczej niż inni blogerzy, chciałabym Wam opisać choć odrobinę z tego, co czytała, oglądała i czego słuchała Przeglądarka, gdy nie miała czasu / nie mogła o tym pisać. Lub o czym nie napisała, bo się po prostu nie wyrobiła 😛

A więc zacznijmy:

FILMY:

WILCZE DZIECI / Ōkami Kodomo no Ame to Yuki

Wilcze dzieci

Reżyseria: Mamoru Hosoda

Historię swojej rodziny opowiada nam młoda dziewczyna imieniem Yuki, a jest ona naprawdę niezwykła, bowiem zarówno Yuki, jak i jej młodszy brat Ame są dziećmi ludzkiej kobiety i wilkołaka.

Przepiękne, nostalgiczne anime to o miłości, trudnym macierzyństwie, dorastaniu, a także poszukiwaniu własnej tożsamości i drodze do akceptacji siebie okraszona elementami japońskiego folkloru (legenda o człowieku wilku) i typowym dla japońskiej kultury, bardzo malowniczym ukazaniem przenikania się świata natury ze światem człowieka.

GROBOWIEC ŚWIETLIKÓW / Hotaru no haka

grobowiec swietlikow

Reżyseria: Isao Takahata

Kolejne anime i to dość stare, bo z 1988 roku, jednak oficjalną premierę w Polsce miało dopiero w roku 2014, może z powodu faktu, że wciąż pokutuje u nas przekonanie, że filmy animowane są dla dzieci, a ten ewidentnie nie jest do nich kierowany, mimo że jego bohaterami są dzieci.

Dla mnie było to drugie spotkanie z tym tytułem, bo oglądałam go już raz kilka lat temu.

Koniec II wojny światowej. W jednym z nalotów ginie matka kilkunastoletniego Seity i kilkuletniej Setsuko. Ich ojciec jako kapitan marynarki nie powrócił jeszcze do domu ani nie daje znaku życia. Dzieci zamieszkują u ciotki, która jednak nie jest wniebowzięta z tego powodu i daje im to mocno odczuć. Kierowany dumą Seita zabiera siostrzyczkę, by zamieszkać w jednym z opuszczonych schronów. Na początku jest sielankowo, trochę tak, jakby bawili się w dom, stopniowo jednak kończy im się jedzenie i pieniądze, a mała Setsuko zaczyna chorować.

Jeden z najsmutniejszych filmów o wojnie, jakie widziałam i to nie ze względu na drastyczne sceny z frontu, które często widuje się w produkcjach o tej tematyce. Tu jest ich jak na lekarstwo. Ukazana jest natomiast jedna z tragedii, jaką powoduje wojna w zwykłym, codziennym życiu niezaangażowanego w nią cywila. Nie rany i wybuchy, lecz głód, sieroctwo i brak życzliwości ze strony innych, spowodowany faktem, że każdy tak naprawdę troszczy się jedynie o to, czy jemu i najbliższym czegoś nie zabraknie. Jednak największą przyczyną tragicznego zakończenia tej historii jest naiwna, dziecięca duma, którą kieruje się Seita przy podejmowaniu kluczowej dla siebie i siostry decyzji. Czas dzieciństwa jest okresem, w którym niemądre decyzje są naturalną częścią naszego rozwoju, gdy są przy nas dorośli, którzy mogą nami pokierować, jednak w przypadku zdanego tylko na siebie Seity, dziecinny błąd okazuje się mieć bardzo dorosłe konsekwencje.

KSIĄŻKI:

KURT VONNEGUT: „Armagedon w retrospektywie”

armagedon

Pośmiertnie wydany zbiorek opowiadań jednego z moich najulubieńszych autorów, wybrany i opatrzony bardzo ciepłą przedmową przez syna pisarza.

Opowiadania są przeróżne i utrzymane w różnej stylistyce, np. opowiadanie „Polowanie na jednorożca” napisane jest bardzo tradycyjną i poetycką prozą, która nie była akurat cechą charakterystyczną tego autora. Tematyką, która łączy te utwory jest wojna. Wiele z nich to anegdoty z frontu lub literacko przetworzone wspomnienia z okresu amerykańskiego nalotu na Drezno, w którym Vonnegut uczestniczył jako młody chłopak. I które bardzo się odcisnęło zarówno na jego psychice, jak i całej twórczości (jeśli ktoś z Was nie czytał jeszcze powieści „Rzeźnia numer pięć”, to zachęcam, wspaniała książka!). W tych opowiadankach, które są i zabawne i mądre i przepełnione wielkim wstydem pisarza za to, czego dopuścił się naród amerykański w czasie II wojny światowej widzimy nie tylko wspaniałego pisarza, ale też zwykłego człowieka, który wciąż próbuje rozprawić się ze swoją osobistą, ale także narodową i ogólnoludzką traumą, którą pozostawiła w nim najgorsza chyba wojna w naszej historii.

Kurt Vonnegut był pisarzem, który pisał naprawdę mnóstwo. Część publikował, część z różnych powodów (głównie autocenzuralnych) pozostawała w szufladzie. Mark Vonnegut przejrzał te teksty i zdecydował, że jednak warto je pokazać czytelnikom. I szczerze mówiąć uważam, że miał rację ;).

CASSANDRA CLARE: seria „Dary Anioła” i „Diabelskie maszyny”

Kiedyś Olga z bloga Wielki Buk zaprosiła mnie do zabawy Liebster Blog Award . Jednym z pytań było: „Jakie jest Twoje popkulturowe guilty pleasure?” Wtedy nie bardzo wiedziałam, co odrzec, ale teraz mam już odpowiedź na to pytanie: powieści Cassandry Clare! 🙂 (Wszystkie moje odpowiedzi możecie przeczytać TU)

miasto1

„Dary Anioła” to sześciotomowa seria fantasy dla młodzieży. Bohaterką jest szesnastoletnia Clary, która wiedzie całkiem zwyczajną nastoletnią egzystencję, dopóki nie dowiaduje się, że jest… Nocnym Łowcą. Kim są Nocni Łowcy? To specjalna rasa ludzi stworzonych dawno temu przez Anioła Rajzela poprzez zmieszanie krwi ludzkiej z anielską. Misją Nocnych Łowców jest ochrona ludzkości przed zagrożeniem ze strony demonów i innego rodzaju nikczemnych istot, które tylko czyhają, by wedrzeć się do naszego świata i zasiać w nim spustoszenie.

Fakty te skrzętnie i z sobie tylko znanych powodów ukrywała przed Clary jej mama. Tymczasem mama znika w tajemniczych okolicznościach, a w życie Clary wkracza denerwujący i (oczywiście) nieziemsko przystojny Jace oraz jego przyjaciele, a za nimi całe zastępy demonów, czarownicy, sfory wilkołaków, klany wampirów i dwór faerie… Razem starają się odszukać mamę Clary, która okazuje się dosyć kluczową dla świata Nocnych Łowców postacią, podobnie, jak „główny zły” opowieści, Valentine Morgenstern, który okazuje się być nikim innym, jak… no właśnie nie powiem 😉

maszyny

„Diabelskie maszyny” są trzytomowym prequelem opowieści o „Darach Anioła”. Akcja dzieje się w XIX wieku w Anglii. Poznajemy pradziadków głównych bohaterów i ich zmagania z tajemniczym „Mistrzem”, którego zamierzeniem jest stworzyć natchnione demoniczną energią roboty zdolne pokonać Nocnych Łowców, do których żywi bardzo osobistą i wiele lat podsycaną urazę.

Te książki oczywiście nie są wielką literaturą, ale są naprawdę fajną, dziewczyńską rozrywką. Mocną stroną tych powieści jest cały magiczny świat stworzony przez autorkę: kultura Nocnych Łowców z ich wierzeniami, prawodawstwem, strukturą społeczną, ich sposób korzystania z magii (runy o różnych właściwościach, które rysują sobie na ciele, by wzmocnić swoją moc), świat Podziemny, czyli wspomniani czarownicy, wilkołacy, wampiry i faerie. Strona romansowa jest w obu seriach wątkiem przewodnim. Momentami denerwująca (ciągłe przeciwności losu!), momentami elektryzująca. To jednak, co najbardziej mi się tu podobało, to talent pisarki do tworzenia bardzo ciekawych, realistycznych i budzących mnóstwo sympatii postaci. Dotyczy to zwłaszcza bohaterów męskich. Obie serie pełne są naprawdę fajnych (i aż do przesady przystojnych) facetów.

Jeśli potrzebujecie rozrywki, o lekkiej i wciągającej, przygodowej fabule (z murowanym happy endem, o jakim Wam się nawet nie śniło) i uroczym, pełnym młodzieńczych uniesień wątku miłosnym, warto sięgnąć do tych książek i miło spędzić z nimi czas.

MUZYKA:

Tu mam dla Was tylko jedną pozycję, ponieważ cały rok, od mniej więcej marca zasłuchiwałam się piosenkami Sorry Boys.

Sorry_Boys_sorry_Sorry_2062534

Pomimo angielskiej nazwy i tekstów w języku angielskim wszyscy jego członkowie to Polacy. W skład wchodzi: Izabela Komoszyńska (śpiew, klawisze), Tomasz Dąbrowski (gitara), Piotr Blak (gitara, klawisze), Bartosz Mielczarek (gitara basowa), Maciej Gołyźniak (perkusja).

Zespół grający alternatywnego rocka z gatunku tych, co pod piosenkami na Youtubie mają komentarze:  „Nie wierzę, że to Polacy!” Niesprawiedliwa to opinia o nas samych, ale jak wiemy Polacy uważają za ujmę na honorze doceniać siebie, więc takie teksty uznaje się chyba za największy z możliwych komplement.

Jak na razie wydali dwie płyty: „Hard Working Classes” (2010) i wspomniane „Vulcano” (2013). Obie jak dla mnie są urzekające, a takie piosenki jak „Chance” i „Cancer Sign Love” z pierwszej płyty, czy „Phoenix”, „This New World” i „Evolution” z drugiej nieustająco powodują, że przechodzą mnie ciarki. Niesamowite, lekko oniryczne aranżacje, nieskazitelny i charyzmatyczny wokal Beli i intrygujące teksty sprawiają, że dla mnie ten zespół jest naprawdę jednym z bardziej fascynujących, jaki odkryłam w ostatnich kilku latach. Na razie nie są bardzo popularni, ale mają swoją grupę fanów i mam nadzieję, że będzie się ona powiększać :).

No dobrze, nie przynudzam już, bo strasznie się dziś rozpisałam! Jeszcze raz Szczęśliwego Nowego Roku, a na zakończenie wrzucam jeszcze piosenkę 🙂

Miss Scrooge

Święta idą, na Rynku Krakowskim kiermasz bożonarodzeniowy trwa na całego, pachną choinki, a zewsząd słychać dźwięki tradycyjnych kolęd, jak  na przykład „Last Christmas”.

W takiej oto scenerii, szczypana przez mróz w policzki śpieszyłam się na spotkanie w Nowej Prowincji, na które byłam już trochę spóźniona. Pędziłam więc przed siebie nie rozglądając się zbytnio na boki, gdy wtem!… z mroku spowijającego Planty wychynęła ku mnie postać męska z jakimś karteluchem w ręce oraz uśmiechem na twarzy.

„Greenpeace!!!” pomyślałam w popłochu, powiedziałam szybko: „NIE, NIE, NIE, NIE!” i nie oglądając się popędziłam dalej, unosząc za sobą: „A tak sympatycznie pani wygląda!” Oraz lekko spóźnione zrozumienie tego, co zostało wypowiedziane wcześniej: „Cześć, chciałbym Ci zaproponować swoją twórczość…”

Tak właśnie to wyglądało. Moralniak ogarnął mnie dosyć szybko, zwłaszcza, że „A tak sympatycznie pani wygląda” jest dosyć sprytnym i skutecznym sposobem na wzbudzenie go. Chłopak łazi po mrozie, uśmiecha się miło i ma nadzieję na zaciekawienie kogoś swoją twórczością, zapewne literacką. Jest to odważne, ale i przykre zarazem, że artysta (lub ktoś, kto się za niego uważa) musi tak się prosić o zainteresowanie jak żebrak. Okazanie go nic nie kosztuje. …a ja, podła, krzyknęłam tylko „nie-nie-nie!” i uciekłam kłusem.

Poczułam się jak jakiś Scrooge z „Opowieści wigilijnej” o pokrytym wieczną zmarzliną sercu. Nieprzyjemne to uczucie towarzyszyło mi dobrą chwilę.

Oczywiście moja reakcja była wypadkową wielu wcześniejszych, przykrych doświadczeń, kiedy zatrzymałam się jednak naiwnie, a potem przez pół godziny wysłuchiwałam oferty reklamowej, która mnie nie interesowała, byłam indagowana czy wiem, ile imion ma Jehowa, namawiana na kurs językowy za jedyne 999,99 zł za semestr, kupno perfum, past do zębów, nakłaniana przez Greenpisiorów, by oddawać im co miesiąc pół pensji et cetera. Wszystko to spowodowało, że gdy ktoś mnie zaczepia na ulicy i jeszcze do tego się uśmiecha, robię się mocno podejrzliwa. Bo jak ktoś się uśmiecha to coś chce.

To mi przypomniało pewien artykuł z listopadowego numeru „Wysokich Obcasów Extra” pt. „Daj się poznać”, w którym Jarosław Murawski opisuje swój eksperyment, jak to próbował poznawać kobiety na ulicy lub w kawiarni, a wszystkie uciekały lub za całą reakcję miały wyniosłe miny. Przyczyn (tudzież winy) upatrywał oczywiście tylko w kobietach, no i jeszcze w postkomunistycznej nieufności. Z tą nieufnością postkomunistyczną się zgodzę, jest to duży problem Polaków. Ale moje zdarzenie nasunęło mi refleksję, że znak współczesności także się odcisnął na mentalności kobiecej (i na męskiej zresztą też). Kiedy do kobiety podchodzi na ulicy sympatyczny, trzeźwy mężczyzna o perłowym uśmiechu to raczej nie po to, by jej powiedzieć komplement i zaprosić na kawę. W jakichś 99,9% chce jej coś sprzedać lub namówić na datek. Więc lepiej brać nogi za pas.

Trochę smutne… Bo zawsze może się zdarzyć ten 0,01%, który jest niegroźnym marzycielem rozdającym swoje wiersze na Plantach.

Moda na cudzoziemca?

Moda na cudzoziemca?

Być może to przypadek, ale mnóstwo kobiet wokół mnie: znanych osobiście lub tylko z widzenia, jest w związku z obcokrajowcem. Nie wiem, czy tak jest też w innych krajach, ale w Polsce to na pewno fenomen na dużą skalę i zaczęłam się zastanawiać, jaki jest tego powód? Czy Polacy nie podobają się Polkom? A może na odwrót: to Polki nie spełniają oczekiwań Polaków? W rozmowie z pewnym znajomym usłyszałam teorię, że to kwestia… mody i dziewczyny wybierają cudzoziemców, bo fajnie się takim chłopakiem pochwalić. Ale czy ktoś naprawdę byłby w skłonny wybrać partnera ze względu na modę? Przecież to nie smartfon. Całkiem możliwe, że jest to wypadkowa przemian społecznych w Polsce, a może też tylko i wyłącznie faktu, że dzięki Internetowi i tanim liniom lotniczym mamy po prostu większy wybór.

Postanowiłam zasięgnąć języka u źródła i dowiedzieć się, jak to było w konkretnych przypadkach.

Cztery dziewczyny: Justyna, Marysia, Weronika i Żaneta zgodziły się opowiedzieć mi swoje historie: jak to jest żyć z obcokrajowcem i co uważają o polskich mężczyznach. Spodziewałam się wyciągnąć wnioski na temat kondycji płci brzydszej w Polsce, ale tak naprawdę przekonałam się w praktyce, że, jak głosi psychologiczna mądrość, każda opowieść zdradza znacznie więcej na temat opowiadającego, niż na jakiekolwiek inne tematy. Jakie są więc współczesne Polki i jak widzą relacje, partnerstwo i swoją rolę w życiu? No i w końcu: dlaczego ten obcokrajowiec?

Justyna – lat 31, pracuje w międzynarodowej firmie w Beirucie, jej partner jest Irlandczykiem.

Ktoś kiedyś powiedział, że na pewno na świecie jest ta twoja druga połówka, więc dlaczego większość ludzi wiąże się mieszkańcami tego samego powiatu, miasta, kraju? 

Johna poznałam w Polsce, w pubie, przyjechał z kolegami na Euro 2012. Rozmawialiśmy zaledwie dwadzieścia minut, a potem wymieniliśmy się mailami i zaczęliśmy pisać. Wkrótce okazało się, że otrzymałam ofertę pracy w Bejrucie, a on po prostu stwierdził, że mnie odwiedzi. I przyjechał, na inny kontynent! Żaden Polak nie zrobił dla mnie czegoś takiego.

Mam mało doświadczeń z polskimi mężczyznami, bo większość moich chłopaków była z zagranicy. Chyba Polacy postrzegali mnie jako osobę szaloną i nazbyt wyemancypowaną (lubię podróżować sama). Moją pasję podróżniczą uważali za przejaw tego, że nie będę chciała się ustatkować, założyć rodziny, mieć dzieci. Z Johnem nadajemy na tych samych falach, bo też kocha podróżowanie, a przy tym jego poczucie humoru jest równie zabawne, jak u Polaków. To również kwestia tego, że nie jestem typową Polką: mężczyzna nie jest dla mnie centrum życia, a jedynie jednym z jego elementów. Zawsze miałam wrażenie, że polscy faceci czują się bardziej wartościowi, gdy kobieta jest w jakiś sposób od nich zależna. Są bardzo przywiązani do tradycyjnych ról w związkach. Z tego, co obserwuję, Polki podobają się mężczyznom z Zachodu, bo wydają im się bardzo ciepłe, rodzinne, kobiece. Według Polaków już nie: my, kobiety, szybciej się emancypujemy, niż oni do tego dojrzewają. Może tak naprawdę to faceci lgną teraz do rodziny, a my chcemy stawiać na siebie i swój rozwój, więc stąd to przesunięcie? Nasi chłopcy w takim razie będą musieli wyruszyć na Wschód, bo tam kobiety są mniej wyzwolone (śmiech).

A John? On żartuje, że chętnie zostanie w domu z dziećmi, żebym ja mogła sobie robić tę swoją karierę. Męczy mnie o ślub, wesele. Ja tego nie potrzebuję, ale on ma czterdzieści lat, więc to już taki wiek (śmiech). Podoba mu się, że jestem samodzielna i umiem się sama o siebie zatroszczyć, interesuje go moje zdanie.

Nieporozumienia są, wiadomo. Przede wszystkim problemy komunikacyjne (śmiech). Strasznie go bawią moje gafy językowe, do tego stopnia, że twierdzi, iż nie zamierza mnie poprawiać, bo ma z tego taką zabawę.  A z poważniejszych rzeczy: ja jestem jednak jeszcze naznaczona końcem komunizmu, biedą okresu przemian ustrojowych. On ma lekki stosunek do pieniędzy – po prostu jest z bogatszego kraju, a ja na tę samą rzecz musiałam zawsze więcej pracować, więc nie wydaję pieniędzy tak lekką ręką. Ale jakichś wielkich różnic kulturowych nie widzę, w końcu Irlandia to też katolicki kraj.

Marysia, 32 lata – od roku mieszka w Mediolanie ze swoim chłopakiem.

Jak to się złożyło, że jestem z Włochem? Cóż, nie udało mi się znaleźć ukochanego w ojczyźnie (śmiech) i jako że lubię brać sprawy w swoje ręce, postanowiłam poszerzyć zakres poszukiwań przy pomocy Internetu. Poznałam go na portalu społecznościowym.

Wiadomo, że jest to trudne: wyjechać za facetem do obcego kraju. Na każdym kroku potrzebne są kompromisy: musisz zostawić swoją tradycję, przyzwyczajenia, znaleźć drogę pośrodku między kulturami. To dotyczy wszystkiego, począwszy od kuchni, po sposób, w jaki spędzasz święta Bożego Narodzenia. To takie częściowe wyrzeczenie się siebie na rzecz czegoś innego, co dostajesz w zamian. W jednej strony coś tracisz, a z drugiej zyskujesz poszerzenie horyzontów.

U nas jest pomieszanie ról tradycyjnych z partnerstwem. Cały czas nad tym pracujemy. Zresztą dopiero teraz dostałam pracę, a jak jesteś w domu, a twój facet pracuje, to wiadomo. On tak czy siak stara się pomagać w pracach domowych, chętnie gotuje. Ale trudno jest wprowadzić role partnerskie, bo kobieta się domyśli, co trzeba zrobić, a facet nie bardzo. Nie wiem, czy to dlatego, że nie chce się domyślić, czy że mama zawsze wszystko za niego robiła. Ja w każdym razie mam na to taki sposób, że instruuję go, co ma robić (śmiech).

Najśmieszniejsze jest, jak mówisz osobom z Polski, że jesteś z obcokrajowcem i robi to na nich wrażenie (śmiech). Albo jak dowiadują się, że mieszkasz w wielkim mieście typu Mediolan i mówią: WOOOOW. Tak jakbyś mieszkając w Krakowie codziennie chodziła do muzeum.

Nie mam zbyt wielu doświadczeń z Polakami, ale cudzoziemcy na pewno traktują kobiety z większym szacunkiem. Przy nich czujesz, że jesteś kobietą. Wiadomo, kto jest kto: ty jesteś kobietą, a to jest twój partner, który daje ci mnóstwo uczucia, a nie, że nie wiesz o co chodzi: czy to przyjaźń, czy kochanie, czy się na ciebie spojrzał i co to może oznaczać. Rzuca się w oczy szarmanckość. Nie musi być wielkiego powodu, byś dostała od mężczyzny kwiaty. W Polsce to wielki wyczyn. Teraz dużo się czyta o kryzysie męskości w Polsce i ja się mogę pod tym podpisać: mężczyźni nie wiedzą, czego oczekują od kobiety, a jeśli wiedzą, to nie są tego świadomi: z jednej strony masz być ich kumplem, z drugiej kokietować, w ogóle nie wiadomo, o co chodzi.

Inna sprawa to to, że tutaj mężczyźni boją się małżeństwa, a i jest większe przyzwolenie społeczne na zwlekanie z tym. W Polsce, jak chcesz z kimś żyć, musisz się pobrać, masz wręcz nóż na gardle. U nas jednak społeczeństwo jest trochę zacofane przez te zawirowania historyczne, które wciąż pamiętamy.

Weronika  – 31 lat. Od kilku lat w związku „na odległość” z Hiszpanem. Ona mieszka w Krakowie, on w Madrycie, widują się raz na kilka miesięcy.

Nie wyszło mi z żadnym Polakiem, po prostu. Żaden nie odpowiadał mi charakterologicznie. Poza tym Paco potrafi gotować, sprzątać, prać, a żaden ze znanych mi Polaków nie wykazywał inwencji twórczej w tym temacie (śmiech). Bo u nas jest po partnersku, a nawet można powiedzieć, że role są odwrócone. On mówi, że mógłby zająć się wychowaniem dzieci, a ja bym mogła kontynuować karierę. Nie oczekuje ode mnie tradycyjności, wręcz przeciwnie i to właśnie mi się podoba.

Nigdy się ze sobą nie nudzimy, to na pewno. Potrzebujemy więcej czasu, by się nawzajem odkrywać, bardzo się od siebie różnimy. Wiadomo, że ludzie zawsze różnią się od siebie, ale u nas dochodzą jeszcze różnice kulturowe. Ale dla mnie wszystko, co hiszpańskie jest atrakcyjne, podobnie jak dla niego to, co polskie.

Trudne jest to, że jest to związek na odległość. Widzimy się raz na trzy miesiące, na co dzień nie mamy bezpośredniego kontaktu, tylko telefon, Internet. Wkurza mnie to, że on nie mówi po angielsku, bo to na pewno pomogłoby ustabilizować naszą sytuację – moglibyśmy gdzieś razem wyjechać do pracy. Wiadomo, jaka jest sytuacja na rynku pracy w Hiszpanii, więc pomimo, że mówię biegle po hiszpańsku, nie wyjadę tam, bo musiałabym być na utrzymaniu Paco, a na to nie mam najmniejszej ochoty.

Muszę przyznać, że przy Hiszpanach Polacy wypadają cienko (śmiech). Przede wszystkim nie spotkałam w Polsce faceta, który byłby tak czuły i wrażliwy, interesował się w takim stopniu moim życiem. Sprawia, że czuję się kobietą, motywuje mnie do działania. Naprawdę, kiedy mam zły nastrój, nie ma dla mnie lepszego motywatora, niż on. Poza tym obcokrajowcy są przystojniejsi, bardziej zadbani, ale to już, że tak powiem, wartość dodana. Czasem to nawet dochodzi do ekstremum i są wręcz gogusiowaci, ale mój Paco nas szczęście taki nie jest.

Jakichś różnic kulturowych, które mogłyby przeszkadzać w byciu razem nie widzę. Ciekawe jest jego podejście do jedzenia: ja do tego nie przykładam większej wagi, a dla Paco każdy posiłek jest świętością i musi być celebrowany. Poza tym Hiszpanie lubią odkładać wszystko na ostatnią chwilę, co często owocuje tym, że na dużo na tym tracą.

Żaneta, 32 lata. Od kilku lat mieszka ze swoim partnerem we Włoszech w turystycznej miejscowości nad morzem Atlantyckim.

Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych. Nie było moją intencją zawieranie bliższej znajomości, amen!

 Przy wyborze partnera kieruję się charakterem i wydaje mi się, że zawsze wybierałam podobne osoby. Nie przeceniałabym tu narodowości. Na pewno nie szukałam na siłę obcokrajowca, to był zupełny przypadek. Zawsze miałam fantastycznych polskich chłopców. Moje związki z nimi trwały długo, z różnych powodów się rozstaliśmy, ale ogólnie mam bardzo dobre zdanie. Może na początku są bardziej powściągliwi, ale absolutnie nie uważam, że obcokrajowcy są w czymś lepsi. Z kolei Włosi na początku są bardziej romantyczni, wylewni, bardziej się starają.

Na pewno ciekawe jest to, że zmieniasz kraj i możesz skonfrontować swój sposób widzenia świata, coś, co dotąd było dla ciebie oczywiste z inną wizją i to poszerza horyzonty. Ta różnica w sposobie postrzegania może też mieć stronę negatywną: wiadomo, że w kwestiach spornych twój partner nie rozumie tak łatwo twego punktu widzenia ani tego, z czego on wynika, jak osoby tej samej, narodowości. Oczywiście wraz z upływem czasu poznajecie się i rozumiecie coraz lepiej, więc ten problem stopniowo zanika.

To, co mi się tutaj najbardziej rzuca w oczy to bardzo wyraźny podział ról. Mam wrażenie, że we Włoszech bardziej się myśli płcią: jestem kobietą, a dopiero później osobą. Rola kobiety jest na pierwszym miejscu. A kobieta przede wszystkim ma być trzepiącą rzęsami, kręcącą loki kokietką na obcasach. W towarzystwie widać wyraźne podziały: kobiety w swoim gronie rozmawiają o kosmetykach, a mężczyźni o samochodach i sprawach poważnych. Jeśli kobieta wypowie się na poważniejszy temat, to wszyscy robią wielkie oczy.

U mnie w domu na szczęście nie ma na to miejsca. Jest partnersko, dzielimy się obowiązkami. Uważam, że kobiety więcej pracują w życiu niż mężczyźni, bo poza pracą zawodową robią też inne rzeczy, więc nie pozwalam sobie niczego narzucać. Jak ktoś próbuje coś takiego zrobić, to się buntuję.

Ogólnie, jak obserwuję pary włoskie, to bardziej mi się podoba model polski. Polacy są wierni. Pasja, romantyczne porywy są fajne, ale niekoniecznie, gdy jest to mąż innej kobiety, ojciec rodziny. A oni tu się strasznie zdradzają, co chwila dzieją się jakieś dramaty, morderstwa z zazdrości, o których słyszy się w telewizji. To chyba ta druga, ciemna strona tego gorącego temperamentu. Na tym tle widać, że chłopcy polscy mają wiele zalet.

 

Wysłuchała Aga G

Imiona bohaterów zostały zmienione

 

Bułgarskie impresje all inclusive

Image

Bułgarskie impresje all inclusive

Jeździcie na wycieczki all inclusive? Ja nie, więc kiedy raz się już zdarzyło, potraktowałam to jako egzotyczną przygodę.

Człowiek (czytaj: autorka), który zwykle sam lub ze znajomymi organizuje sobie wakacje od A do Z, czyli transport, jedzenie i noclegi w świecie all inclusive może się poczuć, jak z innej bajki. Naprawdę!

A więc zaczynamy:

Impresja pierwsza: Organizacja

Przede wszystkim: o nic nie musisz się martwić. Hotel, jedzenie, transport zapewnione. Zapomnij o planowaniu, jak z lotniska dotrzeć do centrum miasta, sprawdzaniu cen biletów, czasu przejazdu, opinii o hostelach w internecie i tak dalej. Wystarczy zapłacić za wycieczkę w biurze podróży. Od teraz twoje jedyne zmartwienie to, czy do momentu wyjazdu biuro nie zbankrutuje, bo z tym to bywa różnie w ostatnich czasach…

„Ach, cudownie – pomyślałam – prawdziwy wypoczynek pierwszy raz w życiu, zero taszczenia tobołów przez pół miasta w żarze lejącym się z nieba, tylko dlatego, że z autobusu z lotniska, jak zapewniała pani na przystanku, do ulicy, przy której mieści się hostel jest tylko pięć minut pieszo (no, chyba, że ktoś trochę zabłądzi…). Wreszcie osobny pokój w hotelu, a nie wieloosobowy w hostelu dzielony z chrapiącym w niebogłosy dziadkiem, w przerwach od chrapania cierpiącym na nerwicę natręctw objawiającą się rozpakowywaniem i pakowaniem w kółko walizki w środku nocy.

Raz się żyje. Wspólnie z koleżanką wybrałyśmy Bułgarię, Złote Piaski. Trochę lenistwa do góry brzuchem na plaży nie zaszkodzi. W życiu trzeba spróbować wszystkiego!

Impresja druga: Ludzie

Już na lotnisku wkraczamy w świat rodzinek z dziećmi i emerytów. W kolejce do odprawy pan za mną (ojciec dwóch rozbrykanych szkrabów w wieku od 2 do 5 lat) dobitnie zwraca uwagę pewnej siebie pani, która wtarabaniła się bez kolejki, bo „ona ma małe dzieci”. Pani kwituje to wzruszeniem ramion i wydęciem ust.

– Tam było napisane, że można. – wskazuje nieokreślone miejsce pomalowanym na czerwono paznokciem.

Niestety ta sama pani siedzi za nami w samolocie. Trzymany na kolanach synek kopie uporczywie w siedzenie mojej koleżanki.

– Musi się pani przesiąść. – doradza dumna mama. – Inaczej będzie panią kopał.

Po lądowaniu w Burgas roztaczają nad nami opiekę rezydenci. Rezydent, przystojny młodzieniec w krawaciku i hipsterskich okularkach, macha ku nam tabliczką z nazwą naszego biura podróży i uśmiecha się, prezentując komplet godnych pozazdroszczenia zębów. Niczym żywcem wyjęty z folderku. Jego koleżanka, równie urodziwa, choć nieco mniej hipsterska, prowadzi nas do autokaru, który rozwiezie nas po hotelach. Niestety transfer będzie długi, około trzy godziny, jak się okazuje, co wprawia niektórych w kiepski nastrój, choć informacja była podawana przy zakupie wycieczki i na stronie internetowej.

– Czy w moim hotelu będą Polacy? – dopytuje przypominający morsa, starszy jegomość zajmujący miejsce przede mną.

– Nie, ale to też ma swoje zalety. – uśmiecha się szeroko rezydentka.

– Ciekawe jakie? –  znacząco i retorycznie pyta on, krzyżując ramiona.

Jedziemy. Jedziemy. Nic się nie dzieje. Jedziemy. Słoneczne pejzaże, morze miga spomiędzy zieleni i przydrożnych reklam.

A tymczasem w autokarze nawiązują się pierwsze turnusowe przyjaźnie.

Do Pana Morsa przysiada się dwóch wygolonych chłopaków z reklamówką pełną butelek z piwem. Jak to mówią: ciągnie swój do swego. Chociaż drzemię, dobiegają mnie co ciekawsze strzępki dialogu, a właściwie to monologu bardziej elokwentnego z łysych.

– Napije się pan piwka?

– Nie, nie, tabletki biorę, dziękuję.

– A! To rozumiem. …Polki to ładne są, proszę pana. Naprawdę! W Polsce bez spiny można ładną babkę znaleźć. Ale w sumie to Turczynki też są ładne. I Czeszki. Tak, Czeszki! W sumie to… wszędzie są ładne kobiety. Tak, tak – tu słychać szczęk otwieranej butelki, kolejnej – A ogląda pan „Jeden z Dziesięciu”? Największy lewy dopływ Wisły: Bylica! Wiem, bo płynie obok domu mojej babci.

Zapada chwila ciszy, przerywana otwieraniem kolejnych butelek z piwem.

„Facetom to dobrze… – nachodzi mnie refleksja. – Ja to po jednym piwku muszę iść pięć razy do toalety. A ten już trzecie pije i nic!”

– A pan walczył w AK? Albo w powstaniu? – nie poddaje się w zagajaniu łysy.

– No co pan, pan myśli, że ja mam sto lat?! Ja pięćdziesiąty szósty rocznik jestem!

– Aaaa to przepraszam.

Klops, nastrój padł, jak i konwersacja.

Jedziemy. Już trzecią godzinę. W pięknym mieście Warna manifestacja antyrządowa na głównej ulicy, więc musimy zrobić objazd, nadkładając drogi.

Kierowca wystawia za drzwi pierwszą turę wczasowiczy, tłumacząc im mętnie przy pomocy gestów, że są bardzo blisko hotelu, wystarczy skręcić, o: tam!

– Ale gdzie my mamy iść, no niech pan nas zaprowadzi! – domaga się jakaś kobieta. – W którą stronę?

– Kierunek Kaukaz – posępnie doradza Pan Mors.

To przelewa czarę goryczy u pani siedzącej za mną. Dzwoni do rezydenta.

– Proszę pana, ten transfer to za długo trwa! To są jakieś żarty! Proszę pana, niech pan nam zagwarantuje kolację! W rozpisce jest napisane, że kolacja w hotelu do dwudziestej, a my na pewno nie zdążymy. To są wolne żarty, proszę pana!

– ….

– Proszę pana, pan niech się nie tłumaczy, bo pan mi minuty nabija! Tylko niech pan zagwarantuje kolację. I proszę mi minut nie nabijać! Do widzenia!

Nie jest to jedyna przepełniona czara…

– Lać mi się chce! – oznajmia łysy. – O ja pierdzielę. Musi być postój, natychmiast!

Podchodzi do kierowcy.

– Toilet open?

Kierowca, starszy, śniady facet o groźnych brwiach, odmrukuje coś po bułgarsku. Powiedzmy, że:

– тя не трябва да се пие![1]

– Toilet?

Kierowca milczy. Pewnie szuka rozpaczliwie jakichś angielskich słów w głowie.

– Toilet?! Toilet open? – nie daje za wygraną łysy.

– There is no toilet! – otrzymuje w końcu triumfalną odpowiedź.

– O ja pierdzielę, no nie wytrzymam, człowieku!

– Co tam, Marcinek? – odzywa się któryś z kolegów na końcu autobusu.

– Pierd***, z nikim nie gadam, bo zaraz pęknę! – Marcinek na to.

W końcu szczęśliwie dojeżdżamy do naszego hotelu. Koleżanka i ja wysiadamy, jako jedyne. Reszta toczy się dalej… Ale to już nie nasza bajka.

Impresja trzecia: Otyłość

Prawdę mówiąc moją pierwszą myślą po wejściu do restauracji w hotelu było: ile tu otyłych ludzi! Pierwszy raz widziałam takie ich skupisko w jednym miejscu. Najgorsze było widzieć, że otyłość jest rodzinna a może zaraźliwa: otyli rodzice karmili na potęgę niewinne, otyłe dzieci, beztrosko skazując je na szereg problemów ze zdrowiem i samooceną w przyszłości.

Czyżby all inclusive wybierał określony typ ludzi? Na przykład: przeciwnicy aktywności fizycznej. Biorąc pod uwagę, że w okolicy była tylko plaża lub hotelowe przyjemności (jedzenie, telewizja, ewentualnie masaż) – całkiem możliwe.

Po czym poznać Polaka w restauracji hotelowej? Odpowiedź jest prosta: nakłada sobie wszystkiego z górką, ściga się z innymi, żeby zdążyć sobie nałożyć przed nimi i ogólnie wygląda, jakby w życiu nic nie jadł. Echa komunizmu zakorzenione wciąż jeszcze w pokoleniach, które może, może coś tam jak przez mgłę pamiętają z dzieciństwa z tamtych czasów? Czy po prostu brak kultury?

Restauracja w naszym hotelu (trzy gwiazdki) stanowiła rodzaj bufetu/ szwedzkiego stołu. Przy wejściu brało się talerz i nakładało ile dusza zapragnie. Jedzenie było znośne. Każdy mógł coś wybrać dla siebie. Ale na pewno nie były to rajskie frykasy, których biedny Polak zza żelaznej kurtyny w życiu nie smakował i dlatego musiał się ich najeść za granicą. Co ja mówię? Najeść? Nawżerać!

Ale tak właśnie zachowywała się większość rodaków. Hotel był pełen Polaków i Rosjan, których z wyglądu ciężko rozróżnić. Jednak był jeden ważny wyznacznik: szaleństwo na stołówce. Przepychanie, pośpiech, nakładanie sobie gór jedzenia. Rosjanie raczej stronili od tego.

Na śniadanie podawano między innymi parówki i jajka sadzone. Osobiście widziałam pana, który wniebowzięty zasuwał do stolika z piramidą jajek sadzonych i stertą parówek. Ktoś naprawdę jest w stanie zjeść tyle? A może w Polsce tego nie ma?

Impresja czwarta: Plażowanie, opalanie

Przyznam, że plażowe szaleństwo delikatnie mnie dotknęło. Ale delikatnie. Byłam z koleżanką, której bardzo zależało, by się opalić, więc jechałam z nią na tym wózku, choć od stóp do głów wysmarowana kremem z filtrem 30. Było to całkiem przyjemne, zwłaszcza kiedy kupiłyśmy przenośny parasol do wbijania w piasek i mogłam sobie spokojnie siedzieć w cieniu, w moim pięknym turkusowym bikini i przy akompaniamencie szumu fal delektować się lekturą szwedzkiego kryminału.

Ale opalanie to cała filozofia. Więcej, można by rzec: styl życia. Z fascynacją obserwowałam kobiety układające się w przedziwne pozy, dalekie od wygody, byle tylko słońce równomiernie mogło docierać w każdy zakamarek skóry. Niektóre z nich były już bardzo mocno opalone, inne, czerwone do tego stopnia, że zamiast na słońce wysłałabym je raczej do lekarza. Ale ciągle im było mało.

W hotelu ciągle się widziało spieczone na raka postaci obwiązane ręcznikami bądź pareo, z dumą obnoszące purpurowe ciała poznaczone białymi śladami w miejscach, gdzie skórę zasłaniał fragment kostiumu i czerwone jak pomidory twarze o upieczonych na skwarek nosach.

Dlaczego bycie opalonym jest takie ważne? I czy to w ogóle jest aż takie ładne? Co rusz nachodziła mnie myśl, że ta cała opalenizna to nic innego, jak zwykłe, silniejsze lub słabsze w poparzenia słoneczne i tyle.

W Bułgarii ciągle da się wyczuć ślady komunizmu. Trudno powiedzieć w czym to się przejawia, ale atmosfera jest trochę jak w starym, niewietrzonym magazynie, gdzie zalega jeszcze kurz z minionych epok. Ale nie na plaży. Na plaży nowoczesność, której Polska może pozazdrościć: Bułgarki opalają się topless. A im starsze, tym chętniej!

Obserwowałam je sobie: starsze panie, brązowe i pomarszczone jak rodzynki, pękate grubaski i śniade czarnowłose piękności, żadna nie miała najmniejszych oporów przed beztroskim wystawianiem biustu na słońce.

Szkoda, że w Polsce tego nie ma i ciągle króluje u nas fałszywa pruderia. No i znamienne, że Polka przesadnie wyczulona na mankamenty swej urody (prawdziwe lub wymyślone) za nic w świecie ich nie ujawni. Nie raz zwróciłam na to uwagę za granicą: tam dziewczyny są znacznie bardziej za pan brat ze swoimi ciałami, akceptują je takimi, jakie one są, a nie skupiają się na tym, jakie być powinny. Rzuca się to w oczy w Hiszpanii, Francji, a teraz okazuje się, że także i w Bułgarii. Dlaczego nie w Polsce? Oto jest pytanie.

Po krótkim namyśle postanowiłyśmy z koleżanką pójść w ślady Bułgarek. Olé!

Impresja piąta: Chwila refleksji

Co by nie powiedzieć o moich eksperymentalnych wakacjach, z pewnością miałam na nich czas dla siebie. W odróżnieniu od minionych eskapad, które były fantastyczne pod względem zwiedzania, nie wróciłam z nich bardziej zmęczona niż przed.

Miałam całe sześć dni, by spacerować po złocistej plaży, rozmyślać o życiu i pierdołach wpatrując się w relaksująco błękitne morze i nigdzie się nie śpieszyć. Każdy tego potrzebuje od czasu do czasu. A już zwłaszcza znużony obowiązkami pracownik korporacji. No, może odrobinę współtowarzyszami wycieczki, którzy męczyli rezydenta fochami i wymyślonymi problemami. („Czy panu żona podaje zimne jajka sadzone na śniadanie?! Otóż tu są podawane zimne!” „A wczoraj od piętnastej do siedemnastej nie było kablówki! Ja jeżdżę po świecie, od lat, byłem w Grecji i Egipcie, i nigdzie dotąd to się nie zdarzyło!”)

Uff… Ale powracając do szumu fal… Nic przyjemniejszego niż mieć czas, by delektować się drobnymi przyjemnościami i doznaniami: gorącym dotykiem słońca na skórze, wymieszanym z zapachem kremu do opalania, miętową świeżością mojito pitego w chilloutowym barze na plaży, wpatrywaniem się w sunące po niebie chmury przez szybki okularów przeciwsłonecznych. I tak dalej…

Takie smaczki są oczywiście niezależne od tego, czy nasze wakacje są all inclusive, czy nie, ale jak mówi pewna reklama: bezcenne!

A eskapady z ciężkim plecakiem i mapą (na której się nie znam) w ręku? Wycieczki z promocji Ryanaira z li i jedynie bagażem podręcznym? Ganianie pieszo po europejskich stolicach od dziewiątej rano do dziewiętnastej, od muzeum, do muzeum? To chyba bardziej mój świat, ich urokom na pewno nigdy nie powiem: „nie”.

Image


[1] Trzeba było tyle nie pić!