Rok 2014 – podsumowanie nietypowe

Happy-New-Year-from-fireworks-image

Witajcie w Nowym Roku!

Mam nadzieję, że Sylwester się udał i że cały rok 2015 będzie dla Was pomyślny na wszelkie możliwe, a przede wszystkim filmowe, książkowe i muzyczne sposoby! A także, że nadal będziecie od czasu do czasu do mnie zaglądać 😉

Jako że rok 2014 za nami, przyda się małe podsumowanie tego, co się w nim działo.

Był to rok, w którym tak naprawdę wyklarowało się, o czym będzie ten blog. Zakładając go w 2013 roku, nie byłam tak dokładnie pewna, co będzie jego tematyką, wiedziałam jedynie, że chcę pisać. Pomału, pomału Przeglądarka stała się jednak blogiem recenzenckim i takim pozostanie, choć nie ukrywam, że marzy mi się blog reportażowo-felietonowy. Ale to nie będzie ten blog. Tutaj chcę pisać o filmach, książkach i muzyce, które w taki czy inny sposób mnie urzekły.

2014 był również rokiem, w którym mimo mojej silnej motywacj, na jakiś czas byłam zmuszona trochę ograniczyć blogową działalność – tak jak napomykałam w postach z wiosny i początku lata – zostałam dumną właścicielką mieszkania, co wiązało się niestety z dużą ilością problemów, które spiętrzyły się i pochłonęły mnóstwo czasu, nerwów i energii. Było warto, ale ten okres wspominam jako bardzo trudny. To wpłynęło na kilkumiesięczny zastój na Przeglądarce – mniejsza ilość postów, ich nieregularne pojawianie się i co za tym idzie: spora ilość pracy, którą musiałam włożyć, żeby oddzyskać czytelników.

A co się działo na blogu w tym roku? No właśnie… To już wiecie 😉 Możecie też to sprawdzić w archiwach z ubiegłego roku, do czego bardzo Was zachęcam.

Dziś, inaczej niż inni blogerzy, chciałabym Wam opisać choć odrobinę z tego, co czytała, oglądała i czego słuchała Przeglądarka, gdy nie miała czasu / nie mogła o tym pisać. Lub o czym nie napisała, bo się po prostu nie wyrobiła 😛

A więc zacznijmy:

FILMY:

WILCZE DZIECI / Ōkami Kodomo no Ame to Yuki

Wilcze dzieci

Reżyseria: Mamoru Hosoda

Historię swojej rodziny opowiada nam młoda dziewczyna imieniem Yuki, a jest ona naprawdę niezwykła, bowiem zarówno Yuki, jak i jej młodszy brat Ame są dziećmi ludzkiej kobiety i wilkołaka.

Przepiękne, nostalgiczne anime to o miłości, trudnym macierzyństwie, dorastaniu, a także poszukiwaniu własnej tożsamości i drodze do akceptacji siebie okraszona elementami japońskiego folkloru (legenda o człowieku wilku) i typowym dla japońskiej kultury, bardzo malowniczym ukazaniem przenikania się świata natury ze światem człowieka.

GROBOWIEC ŚWIETLIKÓW / Hotaru no haka

grobowiec swietlikow

Reżyseria: Isao Takahata

Kolejne anime i to dość stare, bo z 1988 roku, jednak oficjalną premierę w Polsce miało dopiero w roku 2014, może z powodu faktu, że wciąż pokutuje u nas przekonanie, że filmy animowane są dla dzieci, a ten ewidentnie nie jest do nich kierowany, mimo że jego bohaterami są dzieci.

Dla mnie było to drugie spotkanie z tym tytułem, bo oglądałam go już raz kilka lat temu.

Koniec II wojny światowej. W jednym z nalotów ginie matka kilkunastoletniego Seity i kilkuletniej Setsuko. Ich ojciec jako kapitan marynarki nie powrócił jeszcze do domu ani nie daje znaku życia. Dzieci zamieszkują u ciotki, która jednak nie jest wniebowzięta z tego powodu i daje im to mocno odczuć. Kierowany dumą Seita zabiera siostrzyczkę, by zamieszkać w jednym z opuszczonych schronów. Na początku jest sielankowo, trochę tak, jakby bawili się w dom, stopniowo jednak kończy im się jedzenie i pieniądze, a mała Setsuko zaczyna chorować.

Jeden z najsmutniejszych filmów o wojnie, jakie widziałam i to nie ze względu na drastyczne sceny z frontu, które często widuje się w produkcjach o tej tematyce. Tu jest ich jak na lekarstwo. Ukazana jest natomiast jedna z tragedii, jaką powoduje wojna w zwykłym, codziennym życiu niezaangażowanego w nią cywila. Nie rany i wybuchy, lecz głód, sieroctwo i brak życzliwości ze strony innych, spowodowany faktem, że każdy tak naprawdę troszczy się jedynie o to, czy jemu i najbliższym czegoś nie zabraknie. Jednak największą przyczyną tragicznego zakończenia tej historii jest naiwna, dziecięca duma, którą kieruje się Seita przy podejmowaniu kluczowej dla siebie i siostry decyzji. Czas dzieciństwa jest okresem, w którym niemądre decyzje są naturalną częścią naszego rozwoju, gdy są przy nas dorośli, którzy mogą nami pokierować, jednak w przypadku zdanego tylko na siebie Seity, dziecinny błąd okazuje się mieć bardzo dorosłe konsekwencje.

KSIĄŻKI:

KURT VONNEGUT: „Armagedon w retrospektywie”

armagedon

Pośmiertnie wydany zbiorek opowiadań jednego z moich najulubieńszych autorów, wybrany i opatrzony bardzo ciepłą przedmową przez syna pisarza.

Opowiadania są przeróżne i utrzymane w różnej stylistyce, np. opowiadanie „Polowanie na jednorożca” napisane jest bardzo tradycyjną i poetycką prozą, która nie była akurat cechą charakterystyczną tego autora. Tematyką, która łączy te utwory jest wojna. Wiele z nich to anegdoty z frontu lub literacko przetworzone wspomnienia z okresu amerykańskiego nalotu na Drezno, w którym Vonnegut uczestniczył jako młody chłopak. I które bardzo się odcisnęło zarówno na jego psychice, jak i całej twórczości (jeśli ktoś z Was nie czytał jeszcze powieści „Rzeźnia numer pięć”, to zachęcam, wspaniała książka!). W tych opowiadankach, które są i zabawne i mądre i przepełnione wielkim wstydem pisarza za to, czego dopuścił się naród amerykański w czasie II wojny światowej widzimy nie tylko wspaniałego pisarza, ale też zwykłego człowieka, który wciąż próbuje rozprawić się ze swoją osobistą, ale także narodową i ogólnoludzką traumą, którą pozostawiła w nim najgorsza chyba wojna w naszej historii.

Kurt Vonnegut był pisarzem, który pisał naprawdę mnóstwo. Część publikował, część z różnych powodów (głównie autocenzuralnych) pozostawała w szufladzie. Mark Vonnegut przejrzał te teksty i zdecydował, że jednak warto je pokazać czytelnikom. I szczerze mówiąć uważam, że miał rację ;).

CASSANDRA CLARE: seria „Dary Anioła” i „Diabelskie maszyny”

Kiedyś Olga z bloga Wielki Buk zaprosiła mnie do zabawy Liebster Blog Award . Jednym z pytań było: „Jakie jest Twoje popkulturowe guilty pleasure?” Wtedy nie bardzo wiedziałam, co odrzec, ale teraz mam już odpowiedź na to pytanie: powieści Cassandry Clare! 🙂 (Wszystkie moje odpowiedzi możecie przeczytać TU)

miasto1

„Dary Anioła” to sześciotomowa seria fantasy dla młodzieży. Bohaterką jest szesnastoletnia Clary, która wiedzie całkiem zwyczajną nastoletnią egzystencję, dopóki nie dowiaduje się, że jest… Nocnym Łowcą. Kim są Nocni Łowcy? To specjalna rasa ludzi stworzonych dawno temu przez Anioła Rajzela poprzez zmieszanie krwi ludzkiej z anielską. Misją Nocnych Łowców jest ochrona ludzkości przed zagrożeniem ze strony demonów i innego rodzaju nikczemnych istot, które tylko czyhają, by wedrzeć się do naszego świata i zasiać w nim spustoszenie.

Fakty te skrzętnie i z sobie tylko znanych powodów ukrywała przed Clary jej mama. Tymczasem mama znika w tajemniczych okolicznościach, a w życie Clary wkracza denerwujący i (oczywiście) nieziemsko przystojny Jace oraz jego przyjaciele, a za nimi całe zastępy demonów, czarownicy, sfory wilkołaków, klany wampirów i dwór faerie… Razem starają się odszukać mamę Clary, która okazuje się dosyć kluczową dla świata Nocnych Łowców postacią, podobnie, jak „główny zły” opowieści, Valentine Morgenstern, który okazuje się być nikim innym, jak… no właśnie nie powiem 😉

maszyny

„Diabelskie maszyny” są trzytomowym prequelem opowieści o „Darach Anioła”. Akcja dzieje się w XIX wieku w Anglii. Poznajemy pradziadków głównych bohaterów i ich zmagania z tajemniczym „Mistrzem”, którego zamierzeniem jest stworzyć natchnione demoniczną energią roboty zdolne pokonać Nocnych Łowców, do których żywi bardzo osobistą i wiele lat podsycaną urazę.

Te książki oczywiście nie są wielką literaturą, ale są naprawdę fajną, dziewczyńską rozrywką. Mocną stroną tych powieści jest cały magiczny świat stworzony przez autorkę: kultura Nocnych Łowców z ich wierzeniami, prawodawstwem, strukturą społeczną, ich sposób korzystania z magii (runy o różnych właściwościach, które rysują sobie na ciele, by wzmocnić swoją moc), świat Podziemny, czyli wspomniani czarownicy, wilkołacy, wampiry i faerie. Strona romansowa jest w obu seriach wątkiem przewodnim. Momentami denerwująca (ciągłe przeciwności losu!), momentami elektryzująca. To jednak, co najbardziej mi się tu podobało, to talent pisarki do tworzenia bardzo ciekawych, realistycznych i budzących mnóstwo sympatii postaci. Dotyczy to zwłaszcza bohaterów męskich. Obie serie pełne są naprawdę fajnych (i aż do przesady przystojnych) facetów.

Jeśli potrzebujecie rozrywki, o lekkiej i wciągającej, przygodowej fabule (z murowanym happy endem, o jakim Wam się nawet nie śniło) i uroczym, pełnym młodzieńczych uniesień wątku miłosnym, warto sięgnąć do tych książek i miło spędzić z nimi czas.

MUZYKA:

Tu mam dla Was tylko jedną pozycję, ponieważ cały rok, od mniej więcej marca zasłuchiwałam się piosenkami Sorry Boys.

Sorry_Boys_sorry_Sorry_2062534

Pomimo angielskiej nazwy i tekstów w języku angielskim wszyscy jego członkowie to Polacy. W skład wchodzi: Izabela Komoszyńska (śpiew, klawisze), Tomasz Dąbrowski (gitara), Piotr Blak (gitara, klawisze), Bartosz Mielczarek (gitara basowa), Maciej Gołyźniak (perkusja).

Zespół grający alternatywnego rocka z gatunku tych, co pod piosenkami na Youtubie mają komentarze:  „Nie wierzę, że to Polacy!” Niesprawiedliwa to opinia o nas samych, ale jak wiemy Polacy uważają za ujmę na honorze doceniać siebie, więc takie teksty uznaje się chyba za największy z możliwych komplement.

Jak na razie wydali dwie płyty: „Hard Working Classes” (2010) i wspomniane „Vulcano” (2013). Obie jak dla mnie są urzekające, a takie piosenki jak „Chance” i „Cancer Sign Love” z pierwszej płyty, czy „Phoenix”, „This New World” i „Evolution” z drugiej nieustająco powodują, że przechodzą mnie ciarki. Niesamowite, lekko oniryczne aranżacje, nieskazitelny i charyzmatyczny wokal Beli i intrygujące teksty sprawiają, że dla mnie ten zespół jest naprawdę jednym z bardziej fascynujących, jaki odkryłam w ostatnich kilku latach. Na razie nie są bardzo popularni, ale mają swoją grupę fanów i mam nadzieję, że będzie się ona powiększać :).

No dobrze, nie przynudzam już, bo strasznie się dziś rozpisałam! Jeszcze raz Szczęśliwego Nowego Roku, a na zakończenie wrzucam jeszcze piosenkę 🙂

Advertisements

Muzyczny listopad

Jesień jest taką porą roku, która generuje pewne zmiany w mojej psychice: nagle staję się zagorzałą wielbicielką eksperymentów kulinarnych (śliwki! dynie!:) ) a mój słuch znacznie bardziej wyostrza się na doznania muzyczne.

Nie, nie przytoczę teraz przepisu na ciasto ze śliwkami, które ostatnio wałkuję 😉
Za to podzielę się muzycznymi klimatami, w których ostatnio się lubuję. Każdy inny, więc co kto woli. A więc:
ZAZ: “Paris”
zaz paris
Pamiętam, gdy pierwszy raz usłyszałam wersję piosentki Edith Piaf: “Dans la rue” w wykonaniu dziewczyny, która coś tam, gdzieś tam kojarzyła mi się z galerii handlowych piosenką “Je veux” (która jednak nigdy nie powaliła mnie na łopatki). To było jak grom z jasnego nieba: ta ciepła jazzowa chrypka, niesamowita barwa, a przede wszystkim energia, energia i jeszcze raz energia. Folk, jazz, pop, chanson française w radosnej wybuchowej mieszance.
Od tego czasu minęły trzy lata, w międzyczasie wyszła koncertowa “Sans tsu tsou” (2011) oraz “Recto verso” (2013), nie tak kipiąca radością, jak debiutancka “Zaz” (2010), ale za to pięknie zróżnicowana.
A 10. listopada tego roku ukazał się trzecia studyjny album najbardziej energetycznej wokalistki we Francji, pt. “Paris”.
Piosenka francuska zawsze była bliska memu sercu, tym bardziej więc jestem zachwycona nowymi aranżacjami klasyków chanson française poświęconych Paryżowi, takich jak “Champs Elysees” (chyba mój ulubiony utwór na tej płycie 🙂 ) czy “J’ai deux amours” w wykonaniu mojej ulubionej piosenkarki francuskiej. Znów jazzowe i folkowe aranżacje z domieszką tanga, swingu i piosenki wodewilowej. Cudne trąbki, akordeon i harmonijka ustna oraz naprawdę udane duety z Charlesem Aznavourem oraz Kanadyjką Nikki Yanofsky (mój drugi numer jeden tego krążka).
Idealna muzyka na jesienny (a wkrótce i zimowy) wieczór z lampką wina.
Czysta energia, radość życia, uśmiech w głosie i przede wszystkim: niesamowity wokal. Zaz 🙂
zaz fotka
Fatoumata Diawara

Fatoumata Diawara 1_1377755387

Wspominałam niedawno na fanpage’u, że na początku tego miesiąca byłam na koncercie takowej pani.
Pani pochodzi z Mali, ogarniętego wojną państwa w Afryce Zachodniej, ale na co dzień mieszka i tworzy w Paryżu. Jest sympatyczną dziewczyną o czarującym uśmiechu, niezwykłej urodzie i równie niezwykłym głosie.
Tradycyjną afrykańską muzykę łączy z wpływami europejskimi, tworząc ciepłe, ale nieraz bardzo żywiołowe kompozycje. Teksty jej piosenek mówią m. in. o tym, jak wiele zła wyrządza wojna i nawołują do pokoju.
Do tego fantastycznie tańczy. Na koncercie, który odbył się podczas festiwalu Ars Cameralis w Sosnowcu porwała całą salę do tańca, w tym mnie!
fatoumata-diawara
Curly Heads, czyli nowe oblicze Dawida Podsiadło
curly
 
Mimo młodego wieku Dawid ma to, czego potrzeba do sukcesu: talent, dojrzałość sceniczną oraz doskonale wie, o co mu chodzi.
A od początku chodziło o Curly Heads, czyli indierockowy zespół, który tworzy wspólnie z: Oskarem Bałą (gitara).Tomaszem Szulińskim (gitara), Tomaszem Skutą (gitara basowa) i Damianem Lisem (perkusja).
Gdyby nie sukces solowej płyty Dawida, Curly Heads, choćby nie wiem jak się starali, zginęliby w morzu podobnych zespołów, albo nawet nie udałoby im się zdobyć kontraktu z żadną wytwórnią. Ilu jest takich chłopaków, co z kolegami piłują gitary w garażach i wydaje im się, że są kolejną Nirvaną/Pearl Jam/Joy Division/Myslovitz czy co tam jeszcze chcecie? X-factory wszelkiej maści są doskonałą miarą ilości tego typu bandów.
 
Rock nie jest muzyką, której słucham na co dzień – ten etap dawno za mną, zwłaszcza że uważam go za gatunek muzyki, w której wielką kreatywnością wykazać się nie można, wszystko już było, co najwyżej mogą się pojawiać pewne wariacje, a wraz z nimi szumne nowe nazwy, tak jak indie rock właśnie. Nie wiem, czym się on różni od innych wariantów alternatywnego rocka, serio, nie słyszę różnicy. 
To, co natomiast słyszę na “Ruby Dress Skinny Dog”, to młodzieńczy żar, ból istnienia, namiętność, autentyczność. I pięknie przemyślane kompozycje. To nie są chłopcy, którzy coś tam próbują, naśladując sławne zespoły. Oni już znaleźli swój styl.
Ci, którzy pokochali nastrojowy wokal Dawida z solowej “Comfort and happiness” mogą się lekko zdziwić jego drapieżną i emocjonalnie rozedrganą stroną mocy. Ale mnie się podoba, w szczególności w moich ulubionych piosenkach: “Diadre” i “Till you got me”. Ta płyta świetnie pobudza i świetnie się przy niej tańczy. Można się też przy niej upić i rozpamiętywać nieszczęśliwe miłości.
Szkoda tylko, że, jak zapowiedział sam wokalista, ten dawny spokojny Dawid już nie wróci – też go lubiłam. Ale długa kariera jeszcze przed nim, więc kto wie, czy z czasem nie zmieni zdania. Jedno jest pewne: jeśli w zeszłym roku zastanawiałam się, czy on przetrwa na rynku muzycznym (możecie o tym przeczytać TU), to teraz nie mam najmniejszych wątpliwości. Przetrwa, a nawet czekam kiedy Curly Heads stanie się nazwą rozpoznawaną poza granicami Polski. Powodzenia, chłopaki!
pokolenie-curly-heads-1414682646165-crop_lede
 
 
 
 

Björk: Biophilia live

bjork

Björk odkryłam, kiedy miałam 16 lat i to było jak objawienie.

Pewnego słonecznego czerwcowego popołudnia ni stąd ni zowąd dobiegły mnie dźwięki tej oto piosenki:

Jedna z najbardziej magicznych piosenek stworzonych przez Björk i chyba jedna z najbardziej magicznych piosenek, jakie w ogóle istnieją.

Świat zawirował, a moje gusta muzyczne (słuchałam wtedy Nirvany 😀 ) wykonały brawurowe salto.

Od tamtej chwili „Brzózka” pozostawała numerem jeden niezmiennie przez wiele lat, moją ukochaną płytę „Post” znałam na pamięć (i nadal znam!), a z filmu „Tańcząc w ciemnościach” wyszłam na miękkich nogach i milczałam jak zaklęta do końca wieczoru.

Tak było do ukazania się płyty „Medulla”. Wiem, że to wybitny projekt i jestem pod wrażeniem tego, co udało się Björk osiągnąć a capella i tylko przy akompaniamencie chórów, ale cały ten album wydał mi się posępny i rozwlekły.

To był ten moment, kiedy z wielkim szacunkiem do dotychczasowych dokonań mojej ukochanej wokalistki, całkiem subiektywnie przestałam stawiać ją na piedestale.

To samo dotyczy płyty „Biophilia” oraz koncertu live, którego zapis miałam okazję oglądać dzień po jego polskim kinowym debiucie, czyli 18 października.

Cały projekt jest szczegółowo zaplanowanym widowiskiem audiowizualnym poświęconym pięknu natury. Wokalistce na scenie towarzyszy islandzki chór żeński, a pomiędzy piosenkami lub w ich trakcie możemy obserwować wizualizacje i króciutkie filmiki naukowe obrazujące dynamizm przyrody.

Oprócz utworów z najnowszej płyty, piosenkarka pokusiła się o nowe aranżacje kilku starszych piosenek, głównie z płyty „Post” („Possibly maybe”, „Isobel”), czy „Hidden place” z „Vespertine”.

Nie wiem, czego się spodziewałam, może tego swojego dawnego dziecięcego zachwytu, ale koncert nie powalił mnie na łopatki.

Oczywiście nadal jest to Björk – wybitna, jedyna w swoim rodzaju artystka o czarodziejskim głosie, z którym potrafi eksperymentować jak nikt inny i który chyba nie zna granic.

Ale te aranżacje, te naukowe wstawki i wizualizacje w ogóle nie były dla mnie porywające, a nawet powiedziałabym: zbędne.

W Björk dla mnie najbardziej zachwycający jest właśnie sam jej głos oraz urokliwy, nieco dziecięcy sposób bycia.

A reszta, jak śpiewa Mademoiselle Karen, jest nieważna 🙂

 

 

żródło zdjęcia: http://www.electronicbeats.net/

Nie zrywa się kwiatów I De tu ventana a la mía

de_tu_ventana_a_la_mia-cartel

W ubiegłą sobotę (29. marca) w Krakowie dobiegł końca 14. Tydzień Kina Hiszpańskiego, jeden z najpopularniejszych festiwali filmowych w Polsce, organizowanych w siedmiu miastach (Warszawa, Łódź, Katowice, Poznań, Wrocław, Kraków, Gdańsk). Jako wielka fanka hiszpańskiej kinematografii nie mogłam przegapić takiego wydarzenia 🙂

Dziś opowiem Wam o filmie, który urzekł mnie najbardziej, ale na pewno wrócę jeszcze do innych pozycji przeglądu.

 

NIE ZRYWA SIĘ KWIATÓW

Reżyseria: Paula Ortiz, muzyka: Avshalom Caspi, zdjęcia: Migue Amoedo

 

„Niektóre historie miłosne są jak maki:

Czerwone,

 Kruche,

 Ulotne…

A mimo to chwytają za gardło.”

Tak zaczyna się film i takie właśnie są trzy historie w nim opowiedziane: niczym utkane z cieniutkiej koronki, trochę jakby ze snu, a zarazem pełne głębokiej nostalgii, która przenika w każdą szczelinę świadomości, tak  jak wilgoć w mglisty, deszczowy dzień.

Każda z nich dzieje się w innym okresie: w latach dwudziestych, czterdziestych i siedemdziesiątych  dwudziestego wieku. Łączy je region Aragonia: piękny i surowy, jak tajemnicza kraina rodem z baśni.

Rok 1923.

Granica hiszpańsko – francuska. Młodziutka i chorowita Violeta (Leticia Dolera) przygotowuje się do studiów na Sorbonie. W zagubionym wśród gór ogrodzie wuja, znanego profesora biologii, bada przepoczwarzanie się gąsienic Chrysalis oraz właściwości kwiatów. I nagle efemeryczna jak życie motyla pierwsza miłość wywraca do góry nogami jej bezpieczny świat. Jednak wzniosłość bez uprzedzenia kończy się gorzko i nieodwracalnie. Pozostają listy jako nagroda pocieszenia, tylko czy prawdziwa?

Rok 1941.

Początek dyktatury Franco. W palącym słońcu, wśród złocistych pól pszenicy smaganych wiatrem, Inés (Maribel Verdú) wypatruje ukochanego Paco. Jednak polityczne zawirowania tamtych czasów nie idą w parze z osobistym szczęściem. Niemal od razu po ślubie życie Ines zmienia się w przesycone tęsknotą i strachem czekanie. Na wizytę w więzieniu, na mającą się urodzić córeczkę, na wieści – być może te najgorsze.

Rok 1975.

Jesień frankizmu i jesień życia Luisy (Luisa Gavasa). Samotna, hipochondryczna, wycofana. Żyje swoimi wymyślonymi chorobami i pasją do kina niemego, a jedyną bliską jej osobą jest Isabel, przyjaciółka, z którą mieszka. No i może sprzedawca z pasmanterii, który nieśmiało próbuje zdobyć jej względy. Ale on nie pasuje do roli amanta z filmowych marzeń Luisy. Jako że życie lubi płatać figle, hipochondryczka nagle okazuje się być naprawdę chora: zdiagnozowano u niej raka piersi. I wtedy staje się jasne, że nie można tak po prostu umrzeć, nie przeżywszy prawdziwej miłości. A przynajmniej pocałunku: takiego, jak w starych filmach…

Reżyserski debiut Pauli Ortiz wprost bombarduje doznaniami zmysłowymi: cudowne zdjęcia oraz równie cudowna muzyka, pełna mistycznej symboliki przyroda są piękną otoczką dla trzech historii, z których każda mogłaby wydarzyć się każdej kobiecie, ale sposób ich przedstawienia jest tak urzekający, że w istocie chwytają za gardło. Delikatny, może odrobinę melodramatyczny, ale bez zgubnej przesady. W sam raz, by poruszyć.

Największe wrażenie zrobiła na mnie opowieść o Luisie i jest to chyba najsmutniejsza część filmu. Pozostałe dwie bohaterki były młode i pomimo, że doznały cierpień, życie wciąż miało dla nich wiele szans w zanadrzu. Luisa zaś to kobieta, która nagle zrozumiała, że już na wszystko za późno i że czas biegnie tylko w jedną stronę. Bardzo podobała mi się rola Luisy Gavasy, a zwłaszcza zagrana przez nią bardzo emocjonująca scena finalna, która sprawiła, że obecni podczas seansu Hiszpanie wstawali, by bić brawo.

Jest to kolejny obraz, który, choćby ukradkiem, ale jednak, pokazuje, że społeczeństwo hiszpańskie wciąż liże rany po wojnie domowej i faszystowskim reżimie. Może historyczna trauma jest właśnie tym czymś, co łączy tak kulturowo odmienną Polskę z Hiszpanią. Zawsze zastanawiam się nad fenomenem niekwestionowanej wzajemnej sympatii, jaką wzbudzają w sobie Polacy i Hiszpanie. Może to właśnie to;).

Oryginalny tytuł  („De tu ventana a la mía”) oznacza „Z twojego okna w moje” i pierwszy raz w życiu muszę przyznać, że polska wersja mi wydaje się o wiele lepiej pasować do natury filmu. Jest znacznie bardziej wymowna.

Na zakończenie wrzucam kilka utworów ze ścieżki dźwiękowej, którą jestem absolutnie oczarowana. Autorem jest izraelski kompozytor Avshalom Caspi, stąd zapewne inspiracje muzyką Żydów sefardyjskich. Między innymi „Debajo del limón”, piosenka wykonywana przez Alisa jest adaptacją starej pieśni sefardyjskiej.

Enjoy 🙂

Dejwid oł Dejwid…

dawid podsiadło

Lubię kameralne koncerty. W zasadzie tylko takie. Imprezy w stylu Coke Live czy Opener przerastają mnie natężeniem hałasu, tłoku i chaosu. Nawet Festiwal Muzyki Filmowej jest nieco ponad moje siły.

Lubię, kiedy publiczność siedzi cicho i chłonie muzykę oraz atmosferę. W milczeniu.

Taka właśnie wizja powstała w mojej głowie, gdy zobaczyłam na mieście plakaty informujące o koncercie Dawida Podsiadło w krakowskich Fortach Kleparz. Jego piosenki zawsze uważałam za kameralne i relaksujące, a do tego skierowane do odbiorcy sporo starszego niż sam wykonawca.

Dlatego przeżyłam lekki szok, kiedy 27. października przyszłam na koncert i rozejrzałam się po publiczności.

Dziewczyny. Młode, ładne. Średnia wieku 16+. Nawet moja 24-letnia siostra, która była tam ze mną, wydawała się nieco za stara jak na panujące warunki.

Ale najlepsze zaczęło się, kiedy po ponad godzinie opóźnienia zapełnionego bardzo nieumiejętnie zapowiedzianym supportem, na scenie pojawił się długo oczekiwany gwiazdor.

Nagle wśród publiczności rozniósł się niewyobrażalny wprost jazgot. Piski. Wrzaski. Rwanie włosów z głowy. Słowem: ekstaza. Coś à la koncerty Beatlesów u szczytu kariery. Aż dziw, że na scenę nie spadł deszcz staników.

Tak się złożyło, że stałam dość blisko sceny i pod głośnikiem. Do tego za moimi plecami stała wyjątkowo aktywna i obdarzona donośnym głosikiem piszcząca fanka. Poziom hałasu przekroczył znacznie moje możliwości percepcji. Przez większą część koncertu wyobrażałam sobie brutalne sposoby na sprawienie, by dziewczę zamknęło buzię na kłódkę. Na pociechę, z tej pechowej miejscówki miałam widok na czuwającego pod sceną bardzo urodziwego pana ochroniarza o wyjątkowo nostalgicznym, jak na ochroniarza, wyrazie twarzy.

Tak więc, już przed pierwszą piosenką moje mrzonki o kameralności rozmyły się, a raczej utonęły w morzu wrzasku.

Choć sam Dawid taki się właśnie wydaje: kameralny. Rachityczny młodzieniec o godnej pozazdroszczenia czuprynie, całkiem skromny (i oby mu to z czasem nie przeszło) oraz sympatyczny. W przerwach między piosenkami opowiada flegmatycznie anegdoty i rzuca dyskretnymi żartami. Tańczy nieco w stylu Iana Curtisa z Joy Division. W sumie wygląda na takiego, co to w szkole uchodził za outsidera i dziewczyny raczej się w nim nie bujały. No chyba, że takie same outsiderki jak on.

Piosenek o miłości też ma mało. Powiedziałabym, że nie przepada za tą tematyką. A tu proszę. Tyle fanek. I to piszczących.

Ale dobrze, bo chłopak zasługuje. Śpiewa świetnie, muzykę ma niezłą, widać, że wie, co robi i bardzo dobrze, że się podoba. Nie jest to może jakaś bardzo odkrywcza muzyka: ambitny pop, w którym  pobrzmiewają inspiracje Coldplayem, coś tam z Sigur Rós też się znajdzie. Ale dobre inspiracje nie są złe, zwłaszcza jeśli warunki wokalne pozwalają na wiele.

Oby tylko znalazł trochę więcej publiczności, która widzi (i słyszy) coś oprócz ładnego chłopca z fajnymi włosami. Ale to pokaże czas i jego odporność na popularność.

 

Marika vs. smok

marika

Dziś muzycznie.

Mam ostatnio wiele stresów, więc postanowiłam relaksować się przy pomocy muzyki.

Na początek Marika. Nie jestem zagorzałą fanką całości jej twórczości (np. reaggae średnio do mnie przemawia), ale trzeba jej przyznać, że potrafi dać kopa energetycznego. A i teksty ma często bardzo dobre. Do mojej bazy podnoszących na duchu utworów na pewno należą jej: Moje serce i Uplifter.

Lubię też Smoki, choć one średnio podnoszą na duchu… ze swoim enigmatycznym tekstem i niepokojącą muzyką.

W zeszłym tygodniu odkryłam płytkę Chilli Zet Live Sessions: Marika, nagraną w maju 2013 przy współudziale muzyków z zespołu Spokoarmia  (dla oszczędnych dostępna w całości na Youtubie;). Są to nastrojowe akustyczne aranżacje przeplatane dialogami Mariki z muzykami nagrywającymi z nią w studio. Według mnie dialogi psują całość i lepiej by było, gdyby zostały wycięte. W szczególności jeden, naprawdę beznadziejny:

– A ja wiele razy słyszę: „O czym są Smoki?” Takie pytanie. – mówi Marika.

– O smokach, hehehe. – błyskotliwie rzuca jeden z muzyków.

– No właśnie nie o smokach. O dziewczynach. – próbuje tłumaczyć Marika.  – O silnych dziewczynach, które…

– O feministkach!!! – przerywa muzyk triumfalnie, rechocząc jak pijaczek spod sklepu całodobowego.

– Właśnie  nie, nie o feministkach. Nie o żadnych feministkach. –  broni się Marika (widać feministki to najgorsze, co może  być! Najlepiej się kategorycznie odcinać od tej szkodliwej ideologii).

Muzyk (bodajże gitarzysta) dalej rechocze zadowolony ze swej elokwencji i w końcu konkluduje odkrywczo (pewnie chodził na polski w szkole):

– Ja sobie mogę interpretować jak chcę! Hehehehe.

Tu Marika odzywa się w te słowa: – Bo feministka moim zdaniem to jest wyrażanie jakiegoś poglądu, prawda? A silna kobieta może być kobietą zupełnie niefeministyczną.

– To jest twoje zdanie, które szanuję, ale się z nim nie zgadzam!!! ( + Hehehe)

– Smoki są o silnych kobietach, które doskonale radzą sobie w męskim świecie, ale niekoniecznie tego chcą. Że wolą czasem wejść w rolę niefeministyczną, nie tę wypracowaną przez sufrażystki.

– Hehehe – koleżka na to, elokwentnie. – I tak mnie nie przekonasz!!! Hehehehe, he he.

I tak dalej w tym klimacie. Ja bym to na miejscu Mariki wycięła. No bo aż w uszy boli słuchać, jak mądra dziewczyna polega w dyskusji z zakutą pałą, która w dodatku nie dysponuje żadnymi argumentami poza głupawym rechotem… Zdecydowanie feminizm w to coś, co należy zamiatać pod dywan… Byle nadal utrzymać takie status quo.

Ale ale. Pomimo tego incydentu, płytka jest OK, fajnie zaaranżowana, fajnie zaśpiewana: subtelnie i kameralnie. Teksty są dobre i dają do myślenia. I chociaż sięgnęłam po nią w celu dodania sobie energii, moimi ulubionymi utworami na niej są właśnie nieszczęsne Smoki oraz jeszcze mniej wesoła Bezsenność.