PIĘĆDZIESIĄT TWARZY GREYA / Fifty shades of Grey

www.kobiecastrona.wordpress.com

źródło zdjęcia: Filmweb

Reżyseria: Sam Taylor – Johnson

Wszyscy wiedzą, o czym to. Wszyscy rozmawiają, nawet jeśli nie czytali/nie oglądali. Ci mniej oczytani i ci oczytani na tyle, by wiedzieć, że „Saga o Ludziach Lodu” stoi o wiele wyżej w hierarchii erotycznych czytadeł, nie wspominając o literaturze wyższych lotów, która nie odniosła nawet w połowie takiego sukcesu jak to coś.

No i właśnie ten fenomen skłonił mnie do zainwestowania czasu i pieniędzy w ekranizację „Pięćdziesięciu twarzy Greya”, choć z lektury książki zrezygnowałam po pierwszej stronie.  Swój udział miał również zachęcająco estetyczny trailer, sugerujący, że BYĆ MOŻE, BYĆ MOŻE o dziwo, film będzie lepszy od książkowego pierwowzoru. No bo to, że fabuła sztampowa, wcale nie musi przeważać o beznadziejności utworu. Obrazy wszak rządzą się innymi prawami, niż słowa. I nawet taka historia jak ta mogła być urzekającą bajką dla dorosłych. Ale nie była.

Mimo to obejrzałam  film z zainteresowaniem od początku do końca, gdyż jest kuriozalny niezmiernie. A jeśli tylko spojrzycie z przymrużeniem oka, to nawet można się na nim nieźle bawić.

Kuriozum #1: Gra aktorska

Początkowe sceny są zabójcze. Już pierwsze spotkanie bohaterów mające kipieć emocjami wypada fascynująco nienaturalnie. A to wszystko dzięki Dakocie (Drewnocie) Johnson. O ile Jamie Dornan jakoś się broni jako Christian Grey, odtwórczyni roli Anastasii Steele w większości scen wygląda jak opóźniona w rozwoju (jeśli już udaje jej się wdrożyć jakieś elementy gry aktorskiej, gdyż przeważnie sprawia wrażenie, jakby odtwarzała tekst scenariusza beznamiętnie niczym robot, wliczając w to ustawiczne, nachalne podgryzanie warg i ołówków, mające w zamierzeniu wyglądać seksownie). Serio, ta dziewczyna zasługuje na jakąś nagrodę. Na przykład: „Drewno Roku” albo coś w tym rodzaju.

Zastanawiam się, jakim cudem twórcy tak perfekcyjnie zaplanowanego marketingowo projektu mogli sobie pozwolić na taką wtopę w obsadzie?

A może to jest część misternego planu? Tylko co za efekt to miało osiągnąć? Teoria nr 2 jest taka, że żadna ciut wyżej aspirująca aktorka nie chciała przyjąć tej roli.

Kuriozum# 2: Bohaterowie

Ona – naiwna, niedoświadczona romantyczka. Obowiązkowo zakompleksiona, niemodnie ubrana i niezdarna.

On – bogaty, władczy i onieśmielający. Szaleńczo przystojny, ale emocjonalnie niedostępny, co ma związek z przeżytą w dzieciństwie głęboką traumą.

Z niewiadomych względów Pan Doskonały zwraca uwagę na potykające się o własne nogi Brzydkie Kaczątko o ufnym serduszku i z fatalnie ułożoną grzywką.

Nawiązują znajomość o silnym podtekście erotycznym itede.

Nie, to nie jest scenariusz serialu „Brzydula”, choć lekko zakrawa na plagiat tegoż.  Od „Brzyduli” różni go wątek mrocznej tajemnicy głównego bohatera, a mianowicie (UWAGA, SPOILER!) jego upodobania do seksu BDSM (oraz brak aparatu ortodontycznego głównej bohaterki, co w sumie mogłoby się tutaj przydać).  Jest to terytorium mi nieznane, więc nie będę się rozwodzić, czy to prawdziwe ukazanie tematyki czy nie (choć czytałam głosy, że nie), ale Pan Grey momentami zachowujący się jak zwyczajny zakochany chłopak, to znów po chwili przypominający sobie, że przecież jest niedostępnym dominantem, który nie lubi być dotykany i nie bawi się w czułości czasami wręcz przywodzi na myśl Dr. Jekylla i Mr. Hyde’a. Są więc odniesienia do literatury pięknej, czyli nie tak źle. Tylko chyba raczej niezamierzone.

Kuriozum # 3: Fabuła

Każda w miarę normalna, a zwłaszcza niedoświadczona dziewoja z główką nabitą romantycznymi mrzonkami już po usłyszeniu od faceta, że przed rozpoczęciem kontaktów seksualnych chce z nią podpisać jakąś umowę zaczęłaby mieć podejrzenia, iż jej wybranek odbiega nieco profilem psychologicznym od pana Darcy’ego. Zaś po ujrzeniu, co znajduje się za drzwiami tajemniczego Pokoju Zabaw zwinęłaby żagle z prędkością światła. A jednak tu się tak nie dzieje. Są pewne przesłanki (nieodzwierciedlone w grze aktorskiej), by przypuszczać, że to fatalne zauroczenie wyłączyło biedaczce mózg, ale instynkt samozachowawczy działa nawet u najbardziej prymitywnych organizmów. Więc nie wiem.

Poza tym połączenie marzeń szesnastolatki o przystojnym,  bogatym facecie w seksownym garniturze, który zabierze ją na wycieczkę prywatnym samolotem, będzie kupował drogaśne prezenty i wprowadzi w arkana ars amandi w królewskim łożu z satynową pościelą z fantazjami znudzonej podstarzałej kobitki, której małżonek (dodam, że z wąsem i mięśniem piwnym) od lat niezmiennie serwuje te same standardy pożycia małżeńskiego i nawet w głowie mu nie świta, że możnaby coś czasem ubarwić jest dosyć nietrafionym przedsięwzięciem.

Kuriozum #4: Sceny erotyczne

Muszę przyznać, że przerobienie czegoś tak niszowego, jak BDSM na popkulturową papkę było bardzo śmiałym pomysłem, co więcej, sądząc po sukcesie książki, to się udało.

Jeśli jednak chodzi o film, próby zadowolenia jak najszerszego grona odbiorców wywołały ciekawy efekt. Mamy bowiem sceny erotyczne z elementami sado-maso, które spróbowano ukazać w sposób ładny, romantyczny oraz niebulwersujący. Czyli pozbawiając je całej ich istoty. W rezultacie mamy migające, pocięte kadry, które zmieniają się równie szybko, jak się pojawiły, plus elementy humorystyczne w postaci klapsów oraz zdzierania z siebie koszuli przez pana Greya jakże naturalnym gestem.

Kuriozum #5: Muzyka

Muzyka jest tym czymś, co sprawia, że „Fifty Shades of Grey”  nie jest aż taki zły, jaki byłby bez niej. Fajnie zmiksowane popowe hity, jak „Crazy in Love” i „Haunted” Beyoncé czy piosenki takie jak „Love me like you do” Ellie Goulding i „Salted wound” Sii, wnoszą te minimum klimatu. Cała ścieżka dzwiękowa, oddzielona zupełnie od samego filmu jest według mnie naprawdę OK.

No i to tyle w temacie. Trochę się popastwiłam, trochę ubawiłam, ale zagadka fenomenu tego zjawiska pozostaje, jak dla mnie, nierozwiązana.

Dziękuję za odwiedziny. Zachęcam do komentowania, krytykowania i dyskutowania. I zapraszam ponownie! 🙂

Advertisements

Carte Blanche

www.kobiecastrona.wordpress.com

źrodło zdjęcia: Filmweb

Reżyseria: Jacek Lusiński

Wyobraźcie sobie, że pewnego wieczora, kiedy czytacie książkę, pole widzenia zakłóca Wam denerwująca, nie chcąca zniknąć kropka. Przecieracie oczy, poprawiacie ustawienie nocnej lampki, ale kropka nadal jest.

Z czasem, stopniowo, kropka przeobraża się w coraz więcej przesłaniającą, powiększającą się plamę.

Diagnoza okulistyczna jest bezlitosna: nieuleczalne schorzenie polegające na stopniowym zawężaniu się pola widzenia aż do całkowitej utraty wzroku.

Dochodzi do Was, że niedługo nie zobaczycie już światła dnia, nie przeczytacie książki, nie obejrzycie filmu. Nie ujrzycie już nigdy swojego odbicia w lustrze, twarzy bliskich ani nawet tej wkurzającej pani z warzywniaka.

A praca? Co z nią?

Taka sytuacja przydarzyła się jednemu z lubelskich nauczycieli historii, Maciejowi Białkowi. Przez ponad dwa lata ukrywał przed dyrekcją szkoły i uczniami, że jest niewidomy.

Film Jacka Lusińskiego zainspirowany jest tą historią. W rolę historyka wcielił się Andrzej Chyra. Był on jednym z dwóch powodów, dla których poszłam na „Carte Blanche”. Bardzo cenię tego aktora, niezależnie, czy gra księdza czy perwersyjnego kochanka i tu również mnie nie zawiódł. Bardzo subtelnie zagrał postać Kacpra (filmowe imię głównego bohatera), dzięki czemu brak w tym obrazie patosu, w który przy opowiadaniu tego typu historii popaść całkiem łatwo.

Drugim był Lublin, moje studenckie miasto, które wspominam z łezką nostalgii, a jednocześnie uważam je za straszną szkaradę, więc byłam ciekawa, jak się zaprezentuje na ekranie.

Poza Chyrą wspaniale zagrali również Arkadiusz Jakubik (Wiktor, przyjaciel Kacpra), Dorota Kolak (dyrektorka szkoły) oraz młodzi aktorzy Eliza Rycembel (uczennica Klara) i Tomasz Ziętek (uczeń Madejski).

Film jest dobry, choć mógłby być lepszy, bardziej ambitny. Całość historii jak dla mnie jest dość przygnębiająca, choć opowiada o zwycięstwie siły ducha nad chorobą, która wydawałoby się, jest ostatecznym wyrokiem. Jednak uderza niezwykła samotność, niejako na własne życzenie głównego bohatera, który powierza swój sekret tylko jednej osobie, ukrywając swój stan przed całym światem, nawet przed kobietą, z którą planuje na poważnie związać swój los, czego poniesie później przykre konsekwencje.

Wątek miłosny (w rolę Ewy, ukochanej Kacpra, wciela się jak zwykle denerwująca, przynajmniej mnie,  Urszula Grabowska) wydaje się być tylko naszkicowany, niedostatecznie pogłębiony. Wszystko wydarza się bardzo szybko i trochę trudno mi jest uwierzyć, że można przed tak bliską osobą ukryć fakt, że się nie widzi. To naprawdę zakrawa na cud ;).

Ale „Carte Blanche” i tak wart jest obejrzenia, choćby z powodu sposobu, w jaki przedstawiona jest postępująca choroba bohatera: rozmyte obrazy, zanikające kolory, przydymione, zamazane kadry. Naprawdę można to sobie wyobrazić i się wczuć. Zrozumieć, co czuje taka osoba. Ogólnie wizualnie film prezentuje się bardzo dobrze, co na pewno zawdzięcza pięknym zdjęciom Witolda Płóciennika.

A Lublin? Wypadł bosko. Na prożno próbowałam rozpoznać w nim jakieś znajome miejsca, wszak spędziłam tam prawie całe studia (fakt, żenie bywam tam od 7 lat, nie licząc dworca PKS, więc mogłam nie zarejestrować tej spektakularnej zmiany), a trolejbusy wyglądają, jakby dopiero co zjechały z taśmy produkcyjnej.  To dopiero prawdziwy dowód na magię kina ;).

www.kobiecastrona.wordpress.com

źródło zdjęcia: Stopklatka

Małgorzata Musierowicz: „WNUCZKA DO ORZECHÓW” – recenzja złośliwa

www.kobiecastrona.wordpress.com

źródło zdjęcia: http://www.empik.com

Saga „Jeżycjada” Małgorzaty Musierowicz należy do klasyki lektur dziewczęcych mojego pokolenia.

Ciepłe, dowcipne, rodzinne, napisane z polotem i mądrze powieści o rodzinie Borejków oraz ich przyjaciół były lekarstwem na chandrę, złamane serce, konflikt pokoleń czy choćby nudę wielu nastolatek.

Mam ogromny sentyment do tych książek. Często wracam do starszych części, zwłaszcza, gdy mam zły humor albo jestem chora. Również z powodu tego sentymentu nadal kupuję kolejne części, choć już nie jestem ich, że się tak wyrażę, grupą docelową.

Ale w sumie nie wiem, kto nią teraz jest. Gdzieś tak bowiem od „Kalamburki” wzwyż (a może i nawet wcześniej, od „Córki Robrojka”, tyle że „Kalamburka” była zaskakującym przerywnikiem mocno się już rozwijającej złej passy) ewidentnie coś się popsuło. Do książek pani Musierowicz wdarł się siermiężny „boguojczyźniany” ton, kult Jana Pawła II i podział ludzkości na „my dobrzy” i „oni źli” narysowany grubą krechą. Dodam, że ci dobrzy to oczywiście Borejkowie i ich poplecznicy, a źli to cała reszta. Wizja świata raczej dla starszych pań z gatunku „moherowych”, a tematyka niby dla nastolatków: pierwsze miłości, dorastanie itede. Trudno mi sobie wyobrazić, co czuje 13-latka zabierająca się za taką „Wnuczkę do orzechów”, bo sama znam od dziecka pozostałe części i mam szerszy kontekst, ale wydaje mi się, że takie coś do młodzieży nie trafia.

Dwudziesta część jak dla mnie żywcem już pogrzebanej „Jeżycjady” dzieje się latem we wsi w okolicy znanych z poprzednich tomów Pobiedzisk. Główną bohaterką jest rozważne dziewczę imieniem Dorota, wychowywane przez dwie babcie i samotną matkę (tato dał nogę) w duchu podejrzliwości wobec mężczyzn oraz wszelkich romantycznych bzdur (mama z traumą nie szczędzi czasu i energii, by wbijać córce do głowy, że należy odcinać się od porywów serca i zdradzających oznaki zainteresowania facetów – to na pewno podstęp!).

Podróżując bryczką po lesie nasza Dorotka natyka się na zemdloną i ewidentnie kontuzjowaną kobiecą postać malowniczo spoczywającą wśród bujnego runa przy złamanym mostku. Postacią jest nikt inny jak Ida Pałys (z domu Borejko), która w lesie postanowiła wybiegać złość na małżonka. Ów miał czelność zwrócić jej uwagę, jakoby zdradzała swym zachowaniem objawy menopauzy.

Hoża dzieweczka w przypływie ludzkich odruchów udziela Idzie pierwszej pomocy i zabiera ją do rodzinnego domu, gdzie obie babcie co roku wynajmują pokój letnikom.

Tak rozpoczyna się historia, w której bierze udział Ida, jej siostrzeniec Ignacy Grzegorz Stryba (męczący i mało realistycznie przedstawiony nastolatek z problemem nadwrażliwości wynikającym z typowego już u Borejków geniuszu). Postacią dość kluczową jest również syn Idy Józef, odwieczny adwersarz wspomnianego Ignasia. Występują również dość licznie inni Borejkowie: Gabriela, Patrycja i Natalia, seniorzy rodu, młodszy syn Natalii Jędrek. Po raz pierwszy również aktywnie udziela się mąż Idy, Marek Pałys, postać dotąd enigmatyczna i średnio nacechowana osobowością. Wszyscy oni z lubością adorują się nawzajem, rozkoszując się swoim sielankowym towarzystwem, pozbawionym najmniejszych zgrzytów. Młodsze dzieci ubóstwiają starszych kuzynów, a dziadkowie w bezsenne noce zabawiają się snuciem wspomnień o dziecięcych psotach swoich córek. Jest słodko, słodko, słodko. Idealnie i nierealnie. Do wyrzygania. Prorodzinnie, że ha!

No ale we „Wnuczce do orzechów” chodzi o naszą  Dorotkę. Co z nią?

Wyobraźcie sobie, że dziewczyna od niemowlęctwa jest karmiona taką oto ideologią:

„Dosiulku, tylko uważaj! […] wprost WYPADA CI zachowywać trzeźwość umysłu i zdawać sobie sprawę z zagrożeń. MUSISZ być rozsądna! Nie dla Ciebie ufność, romantyzm i sentymenty, ja już naprawdę z góry wyczerpałam rodzinny limit naiwności. Pamiętaj, i to zawsze: przede wszystkim jesteś CZŁOWIEKIEM, a dopiero potem – kobietą. Instynkt rozrodczy zwodzi często ludzi na manowce. […]

Uwaga! Im ładniej kto gada, tym groźniejszy. […] Pamiętaj! ZAWSZE bądź podejrzliwa wobec wymownych!

Wiem, co teraz myślisz. Że mówiłam to już 1000 razy. Nie wzdychaj. Nie pozwolę, abyś i Ty została oszukana. To tak bardzo boli.” [str.42]

Oczywistym jest, że dziewczyna takowa, osiągnąwszy stosowny wiek pokwitania, zakocha się z marszu w pierwszym napotkanym przypadkiem nieznajomym chłopaku, pokładając w nim 100 % zaufania jeszcze, nim dojdzie do jakiejkolwiek rozmowy, zamiast na przykład żywić podejrzliwość do całego, nie tylko męskiego świata oraz wykształcić osobowość lękową, w kierunku paranoicznej. Zupełnie naturalna kolej rzeczy. Chociaż w sumie jest pewna ścisłość i uzasadnienie pojawienia się miłości bez uczestnictwa dialogu. Dialog, jak wiemy prowadzi do zguby.

Jak miłość, to tylko od pierwszego wejrzenia. Po co rozmowy, pytania, choćby o znak zodiaku? Lepiej spojrzeć sobie przeciągle w oczy i wszystko wiadomo. Następnym krokiem w znajomości jest wciśnięcie pierścienia na palec wybranki. Słowem: życie.

Kiedyś pani Musierowicz pisała o młodzieńczych zauroczeniach z dużą wrażliwością, mądrze, ale też i zabawnie. Realistycznie. To spora sztuka. Bohaterowie poznawali się, zanim doszło do stworzenia relacji. Od kilku zaś części, nic tylko spojrzenie i bach! miłość, a cała fabuła potem polega na dążeniu do kolejnego spotkania, w trakcie którego następuje wyznanie uczucia, nieraz też jedynie za pośrednictwem spojrzenia.  Jak wiemy, życie jest krótkie, więc po co gadać po próżnicy, skoro od razu można przejść do ślubu i płodzenia licznego potomstwa?

Równie licznego, jak kolejno powstające części, gdyż każda nowa powieść kończy się zapowiedzią będącej już w przygotowaniu następnej.  Jedno bowiem jest pewne: renoma Jeżycjady jest tak duża i tak duży jest sentyment starych czytelników, że nakład się sprzeda bez względu na jakość.

I wygląda na to, że o to teraz głównie chodzi. No i proszę: jednak przestało być słodko.

 

 

 

 

Blog Roku 2014

blogroku2014-logo2

Moi Drodzy,

Chciałabym Wam z przyjemnością oznajmić, że zgłosiłam się do konkursu Blog Roku 2014, w kategorii Tekst Roku z tekstem o filmie “Ona”, który możecie przeczytać TU. 🙂

Myślę, że to dobra okazja by zaprezentować blog trochę większej grupie osób i być może zdobyć kilku nowych czytelników 🙂

Będę się bardzo cieszyć, jeśli zechcecie oddać na mnie swój głos! 🙂

Już dziś o godzinie 15.00 rozpocznie się głosowanie SMSowe, które potrwa do 10.02.2015 i od niego zależeć będzie, czy zakwalifikuję się do kolejnego etapu. Szczegóły na stronie konkursu: BLOG ROKU 2014.

socialImgUn

Trzymajcie kciuki, głosujcie i oczywiście zaglądajcie na Przeglądarkę!

Dzięki i pozdrawiam!!! 🙂

Magda Szabó: “ZAMKNIĘTE DRZWI”

źródło zdjęcia: www.wydawnictwobona.pl

źródło zdjęcia: http://www.wydawnictwobona.pl

“Ta książka nie powstała dla Boga, który zna moje wnętrze, ani dla cieni mych bliskich, które są świadkami wszystkiego i śledzą godziny mojej przytomności i snu, lecz dla ludzi. Żyłam dotąd odważnie i mam nadzieję, że tak samo umrę, odważnie i bez kłamstwa, ale pod warunkiem, że to wypowiem: to ja zabiłam Emerenc. I nie ma tu nic do rzeczy to, że nie chciałam jej zniszczyć, lecz ją uratować.” 

Węgierska pisarka Magda Szabó po latach od śmierci swojej gospodyni domowej (nie służącej!) zasiada do maszyny do pisania, by spisać swoje o niej wspomnienia.

Powstaje zwykła – niezwykła historia o codziennym życiu: sprawunkach, sprzątaniu, porachunkach sąsiedzkich pewnej kamienicy i kilku okolicznych domów, w których oficjalnie dozorczynią, a praktycznie władczynią była Ona. Emerenc.

Surowa, nieprzejednana i szczera, pracowita za dwóch a może i trzech. Pełna godności, a jednocześnie bardzo prosta.

Jest to opowieść o trudnej przyjaźni dwóch równie niezależnych, ale reprezentujących zupełnie różne światy kobiet (młoda pisarka kontra stara, niewykształcona dozorczyni uznająca jedynie pracę fizyczną). Początkowo pełna powściągliwości i wzajemnych uprzedzeń, stopniowo przekształca się w specyficzną zażyłość i przywiązanie przypominające relację matka – córka. Nieprzenikniona niczym tafla jeziora Emerenc powoli pozwala pisarce na wejście do swojego świata, w którym za surowym obliczem skrywają się sekrety i traumy, których wystarczyłoby i na pięć żyć, niezłomna życiowa mądrość, jakiej nie sposób wynieść ze szkoły, ale też i głęboka, skrzętnie skrywana samotność. Ostatecznie nawet decyduje się dopuścić „Magduszkę” do swej największej tajemnicy, niedostępnej dotąd dla nikogo. Ukrytej za szczelnie zamkniętymi drzwiami pokoju, do którego nie ma wstępu żaden gość.

„Zamknięte drzwi” to wyrazisty, bardzo pogłębiony psychologicznie, wypływający z głebi serca portret wyjątkowej kobiety, swoiste requiem, które pisarka tworzy, by uczcić pamięć jednej z najważniejszych w swym życiu osób, a którą w swoim odczuciu w nieodwracalny sposób zawiodła. Trochę spowiedź, trochę hołd.

Powieść napisana jest staroświecką, schludną prozą, w której nie ma miejsca na ani jedno zbędne słowo, czułostkowość czy patos, a jednocześnie przez tę powściągliwość niezwykle celną i przenikliwą. To właśnie ten styl jest według mnie najmocniejszą stroną tej książki. Magdę Szabó poznałam dzięki młodzieżowej powieści „Tajemnica Abigel”, w której urzekła mnie swoją oszczędną, a zarazem plastyczną stylistyką, ale w „Zamkniętych drzwiach” wzbija się chyba na szczyt swoich możliwości.

To mogłaby być zwykła sentymentalna, autobiograficzna powiastka. Nie jest taka.

Jest mocna, gorzka, szorstka, ale pełna głębi. Zupełnie jak Emerenc.

źrodło zdjęcia: http://www.digart.pl/

źrodło zdjęcia: http://www.digart.pl/

WYSPA KUKURYDZY / Simindis kundzuli – recenzja przedpremierowa

źródło zdjęcia: www.solopan.com.pl

źródło zdjęcia: http://www.solopan.com.pl

Reżyseria: Giorgi Ovarshvili Początek lat dziewięćdziesiątych, wiosna. Wezbrana po zimie surowa rzeka Inguri, jak co roku przynosi z Kaukazu ławice urodzajnej gleby, tworząc efemeryczne wysepki. Jak co roku mieszkańcy tych terenów starają się wykorzystać ten podarunek przyrody na własny użytek. Jednym z nich jest abchaski rolnik Abga (Ilyas Salman), staruszek, dla którego jedna z tych wysepek zdaje się być skrawkiem długo szukanej ziemi obiecanej. Bez wahania zabiera się więc za budowanie prowizorycznej chatki i obsiewanie pola kukurydzy. W pracy pomaga mu dorastająca wnuczka (Mariam Buturishvili).

źródło zdjęcia: http://www.screendaily.com/

źródło zdjęcia: http://www.screendaily.com

Obserwujemy jak Abga bez pośpiechu i w skupieniu wykonuje proste, podstawowe czynności: kopanie ziemi, budowanie schronienia, łowienie ryb, niby odwieczne, wpisane w stałe koło natury rytuały niezmiennie zapewniające przetrwanie ludziom tak teraz, jak i tysiąc lat temu. Tylko że tego roku wiosna jest inna, niż wszystkie. Maleńki ląd znajduje się na terenie, do którego rości sobie prawa zarówno Gruzja, jak i pragnąca niepodległości Abchazja. Od lat przenikające się kultury stają nagle po przeciwnych stronach barykady.

Pracujący na wyspie rolnik i jego młodziutka wnuczka co chwilą obserwują przepływające opodal patrole, raz gruzińskie, raz abchaskie. Mimo iż życie toczy się swoim nieśpiesznym nurtem, którego prawa dyktuje surowa, lecz jakże dobrze znana Matka Natura, rzeka jest bogata w ryby, na lądzie dojrzewa nie tylko kukurydza, ale także i wnuczka, nie jest bezpiecznie.

Zwłaszcza gdy pewnego dnia na wyspę trafia ranny gruziński żołnierz (Irakli Samushia),  a młodziutka dziewczyna przeżywa swoje pierwsze w życiu zauroczenie…

Film jest surowy i ascetyczny, jak i przyroda, na łonie której toczy się jego akcja. Prawie nie ma tu dialogów ani muzyki, jedynie odgłosy natury: szum deszczu, wycie wichury, plusk rzeki, pohukiwanie ptaków. Taki zabieg wymaga niezwykłej dbałości o szczegóły oraz wspaniałych zdjęć, których tu nie brakuje.

I ta ascetyczność środków wyrazu okazuje się dużą siłą. Film jest minimalistyczny w formie, a mimo to budzi żywe, głębokie emocje, niczym jakaś stara baśń lub tajemnicza przypowieść o pradawnych czasach. Początkowo tchnie spokojem, wzbudzając pierwotną tęsknotę za spokojnym, prostym życiem z dala od zgiełku cywilizacji, polityki i wielkomiejskiego pędu, potem pojawiające się coraz częściej na rzece patrole żołnierzy stopniowo potęgują w widzu poczucie zagrożenia. Jednak ostatnie zdanie w tej opowieści ma jednak przyroda, która postanawia odebrać to, co podarowała, zamykając coroczny cykl i jednocześnie zaczynając nowy, a sposób w jaki do tego dochodzi był dla mnie niezwykle poruszający. Nie zrozumiałam decyzji Abgi, nie mam pojęcia dlaczego postąpił tak, a nie inaczej. Być może Wy znajdziecie na to odpowiedź po obejrzeniu filmu, którego polska premiera planowana jest na 30.01.2015.

Obraz Giorgi Ovarshvili zdobył już wiele nagród, w tym Grand Prix Kryształowy Glob na prestiżowym festiwalu w Karlovych Varach w 2014 roku. Jest również kandydatem do tegorocznego Oscara. Szczerze mówiąc nie wiem, czy ma na niego jakieś szanse – nie jest to kino ani trochę spektaktularne. Co nie zmienia faktu, że jest to przepiękna, choć jakże prosta opowieść.

Za możliwość przedpremierowego obejrzenia filmu serdecznie dziękuję jego polskiemu dystrybutorowi, firmie SOLOPAN 🙂

Dziękuję za odwiedziny. Zachęcam do komentowania, krytykowania i dyskutowania. I zapraszam ponownie! 🙂

BASEN / Swimming pool

źródło zdjęcia: Filmweb

źródło zdjęcia: Filmweb

Reżyseria: François Ozon

Sarah Morton (Charlotte Rampling), brytyjska autorka poczytnych kryminałów potrzebuje odmiany. Jest znużona ciągłym pisaniem o morderstwach, śledztwach i kryminalistach. Ma ochotę stworzyć coś innego, jednak jej wydawca nawet nie chce słyszeć o żadnej zmianie – powieści Sarah przynoszą mu niezłe zyski, których utraty nie zamierza ryzykować wypływając na nieznane grunty. Proponuje pisarce wyjazd do swojego domu w Prowansji, gdzie będzie mogła zrobić sobie małe wakacje, a jednocześnie kontynuować pracę na nad kolejną książką z cyklu, który przyniósł jej sławę i pieniądze.

I rzeczywiście, po przyjeździe do Francji Sarah jest zachwycona: zarówno przestronnym domem z ogrodem i basenem, jak i malowniczym, opustoszałym poza sezonem miasteczkiem. Początkowo delektuje się pogodą, spokojem i samotnością, hołdując swym małym rytuałom: codziennie śniadanie w maleńkiej kafejce, gdzie zawiera znajomość z kelnerem o imieniu Franc, potem zakupy, a po południu pisanie.

Do momentu, gdy do domu nieoczekiwanie nie przyjeżdża młodziutka córka wydawcy, Julie (Ludivine Sagnier). Dziewczyna jest całkowitym przeciwieństwem Sarah, spokojnej, wiodącej wręcz ascetyczny tryb życia starszej pani, która lubi, gdy wszystko płynie według dawno ustalonego rytmu. Julie jest żywiołową, bezpośrednią nimfetką, bez pardonu epatuje cielesnością i każdego wieczoru sprowadza do domu innego faceta, bynajmniej nie przejmując się obecnością gościa.

Początkowo pełna wrogości relacja dwóch kobiet, które dzieli duża różnica nie tylko pokoleniowa, ale też temperamentowa, stopniowo przeradza się w fascynację Sarah niesforną młodą dziewczyną. Do tego stopnia, że postać Julie staje się inspiracją do nowej, zupełnie innej niż dotychczasowe powieści…

François Ozon należy do moich ulubionych reżyserów, a jednak jeden z jego najważniejszych filmów obejrzałam dopiero wczoraj. Ciekawe to uczucie, kiedy zna się późniejsze dzieła jakiegoś twórcy, a potem nagle sięga się po jedno z pierwszych i widzi zalążki tego, co jest już tak dobrze znane.

Ozon ma swoje ideés fixes, których się trzyma i które w przeróżne sposoby eksploatuje w swoich filmach. Jest to na pewno kobiecość we wszystkich jej wymiarach: psychologicznym, fizycznym i seksualnym. Jakby próbował przeniknąć to, co dla niego nieprzeniknione, podejrzeć przez uchylone drzwi, podejść możliwie jak najbliżej czegoś, co i tak na zawsze pozostanie poza jego zasięgiem. Robi to z wdziękiem i dużą dozą fascynacji, choć niektóre jego postaci wydają się bardziej tworem fantazji, niż kobietą z krwi i kości. Tak jest z Julie, kolejną nieszczęśliwą, zranioną przez ojca, wyuzdaną Lolitą, których więcej można spotkać w literaturze i kinie, niż w prawdziwym zyciu. Jednak jest to najciekawsza rola w tym filmie, z dużym polotem zagrana przez młodą aktorkę, która od początku skupiła na sobie całą moją uwagę.

„Basen” to mieszanka gatunków: kino psychologiczne przeplata się tu z kryminałem w sposób nieuchwytny i naturalny. Mamy tu też bardzo ciekawy przykład przenikania się świata literatury z rzeczywistością – wątek, który powróci ponownie, ale już całkiem inaczej w filmie „U niej w domu”. Sarah pisząc nowy kryminał poznaje Julie, która wydaje się intruzem i przeszkadzaczem w pracy. Potem jednak wypadki toczą się w taki sposób, że w końcu nie wiemy, czy obserwujemy życie pisarki, czy wkraczamy do fabuły pisanej właśnie książki. Co tu jest prawdą, a co fikcją literacką?

Odpowiedź na to pytanie pozostaje do osobistej decyzji każdego widza. A może reżyser wciąga nas w jakąś z góry zaplanowaną grę? Jeśli dotąd nie widzieliście – zobaczcie.

 

Dziękuję za odwiedziny. Zachęcam do komentowania, krytykowania i dyskutowania. I zapraszam ponownie! 🙂

Rok 2014 – podsumowanie nietypowe

Happy-New-Year-from-fireworks-image

Witajcie w Nowym Roku!

Mam nadzieję, że Sylwester się udał i że cały rok 2015 będzie dla Was pomyślny na wszelkie możliwe, a przede wszystkim filmowe, książkowe i muzyczne sposoby! A także, że nadal będziecie od czasu do czasu do mnie zaglądać 😉

Jako że rok 2014 za nami, przyda się małe podsumowanie tego, co się w nim działo.

Był to rok, w którym tak naprawdę wyklarowało się, o czym będzie ten blog. Zakładając go w 2013 roku, nie byłam tak dokładnie pewna, co będzie jego tematyką, wiedziałam jedynie, że chcę pisać. Pomału, pomału Przeglądarka stała się jednak blogiem recenzenckim i takim pozostanie, choć nie ukrywam, że marzy mi się blog reportażowo-felietonowy. Ale to nie będzie ten blog. Tutaj chcę pisać o filmach, książkach i muzyce, które w taki czy inny sposób mnie urzekły.

2014 był również rokiem, w którym mimo mojej silnej motywacj, na jakiś czas byłam zmuszona trochę ograniczyć blogową działalność – tak jak napomykałam w postach z wiosny i początku lata – zostałam dumną właścicielką mieszkania, co wiązało się niestety z dużą ilością problemów, które spiętrzyły się i pochłonęły mnóstwo czasu, nerwów i energii. Było warto, ale ten okres wspominam jako bardzo trudny. To wpłynęło na kilkumiesięczny zastój na Przeglądarce – mniejsza ilość postów, ich nieregularne pojawianie się i co za tym idzie: spora ilość pracy, którą musiałam włożyć, żeby oddzyskać czytelników.

A co się działo na blogu w tym roku? No właśnie… To już wiecie 😉 Możecie też to sprawdzić w archiwach z ubiegłego roku, do czego bardzo Was zachęcam.

Dziś, inaczej niż inni blogerzy, chciałabym Wam opisać choć odrobinę z tego, co czytała, oglądała i czego słuchała Przeglądarka, gdy nie miała czasu / nie mogła o tym pisać. Lub o czym nie napisała, bo się po prostu nie wyrobiła 😛

A więc zacznijmy:

FILMY:

WILCZE DZIECI / Ōkami Kodomo no Ame to Yuki

Wilcze dzieci

Reżyseria: Mamoru Hosoda

Historię swojej rodziny opowiada nam młoda dziewczyna imieniem Yuki, a jest ona naprawdę niezwykła, bowiem zarówno Yuki, jak i jej młodszy brat Ame są dziećmi ludzkiej kobiety i wilkołaka.

Przepiękne, nostalgiczne anime to o miłości, trudnym macierzyństwie, dorastaniu, a także poszukiwaniu własnej tożsamości i drodze do akceptacji siebie okraszona elementami japońskiego folkloru (legenda o człowieku wilku) i typowym dla japońskiej kultury, bardzo malowniczym ukazaniem przenikania się świata natury ze światem człowieka.

GROBOWIEC ŚWIETLIKÓW / Hotaru no haka

grobowiec swietlikow

Reżyseria: Isao Takahata

Kolejne anime i to dość stare, bo z 1988 roku, jednak oficjalną premierę w Polsce miało dopiero w roku 2014, może z powodu faktu, że wciąż pokutuje u nas przekonanie, że filmy animowane są dla dzieci, a ten ewidentnie nie jest do nich kierowany, mimo że jego bohaterami są dzieci.

Dla mnie było to drugie spotkanie z tym tytułem, bo oglądałam go już raz kilka lat temu.

Koniec II wojny światowej. W jednym z nalotów ginie matka kilkunastoletniego Seity i kilkuletniej Setsuko. Ich ojciec jako kapitan marynarki nie powrócił jeszcze do domu ani nie daje znaku życia. Dzieci zamieszkują u ciotki, która jednak nie jest wniebowzięta z tego powodu i daje im to mocno odczuć. Kierowany dumą Seita zabiera siostrzyczkę, by zamieszkać w jednym z opuszczonych schronów. Na początku jest sielankowo, trochę tak, jakby bawili się w dom, stopniowo jednak kończy im się jedzenie i pieniądze, a mała Setsuko zaczyna chorować.

Jeden z najsmutniejszych filmów o wojnie, jakie widziałam i to nie ze względu na drastyczne sceny z frontu, które często widuje się w produkcjach o tej tematyce. Tu jest ich jak na lekarstwo. Ukazana jest natomiast jedna z tragedii, jaką powoduje wojna w zwykłym, codziennym życiu niezaangażowanego w nią cywila. Nie rany i wybuchy, lecz głód, sieroctwo i brak życzliwości ze strony innych, spowodowany faktem, że każdy tak naprawdę troszczy się jedynie o to, czy jemu i najbliższym czegoś nie zabraknie. Jednak największą przyczyną tragicznego zakończenia tej historii jest naiwna, dziecięca duma, którą kieruje się Seita przy podejmowaniu kluczowej dla siebie i siostry decyzji. Czas dzieciństwa jest okresem, w którym niemądre decyzje są naturalną częścią naszego rozwoju, gdy są przy nas dorośli, którzy mogą nami pokierować, jednak w przypadku zdanego tylko na siebie Seity, dziecinny błąd okazuje się mieć bardzo dorosłe konsekwencje.

KSIĄŻKI:

KURT VONNEGUT: „Armagedon w retrospektywie”

armagedon

Pośmiertnie wydany zbiorek opowiadań jednego z moich najulubieńszych autorów, wybrany i opatrzony bardzo ciepłą przedmową przez syna pisarza.

Opowiadania są przeróżne i utrzymane w różnej stylistyce, np. opowiadanie „Polowanie na jednorożca” napisane jest bardzo tradycyjną i poetycką prozą, która nie była akurat cechą charakterystyczną tego autora. Tematyką, która łączy te utwory jest wojna. Wiele z nich to anegdoty z frontu lub literacko przetworzone wspomnienia z okresu amerykańskiego nalotu na Drezno, w którym Vonnegut uczestniczył jako młody chłopak. I które bardzo się odcisnęło zarówno na jego psychice, jak i całej twórczości (jeśli ktoś z Was nie czytał jeszcze powieści „Rzeźnia numer pięć”, to zachęcam, wspaniała książka!). W tych opowiadankach, które są i zabawne i mądre i przepełnione wielkim wstydem pisarza za to, czego dopuścił się naród amerykański w czasie II wojny światowej widzimy nie tylko wspaniałego pisarza, ale też zwykłego człowieka, który wciąż próbuje rozprawić się ze swoją osobistą, ale także narodową i ogólnoludzką traumą, którą pozostawiła w nim najgorsza chyba wojna w naszej historii.

Kurt Vonnegut był pisarzem, który pisał naprawdę mnóstwo. Część publikował, część z różnych powodów (głównie autocenzuralnych) pozostawała w szufladzie. Mark Vonnegut przejrzał te teksty i zdecydował, że jednak warto je pokazać czytelnikom. I szczerze mówiąć uważam, że miał rację ;).

CASSANDRA CLARE: seria „Dary Anioła” i „Diabelskie maszyny”

Kiedyś Olga z bloga Wielki Buk zaprosiła mnie do zabawy Liebster Blog Award . Jednym z pytań było: „Jakie jest Twoje popkulturowe guilty pleasure?” Wtedy nie bardzo wiedziałam, co odrzec, ale teraz mam już odpowiedź na to pytanie: powieści Cassandry Clare! 🙂 (Wszystkie moje odpowiedzi możecie przeczytać TU)

miasto1

„Dary Anioła” to sześciotomowa seria fantasy dla młodzieży. Bohaterką jest szesnastoletnia Clary, która wiedzie całkiem zwyczajną nastoletnią egzystencję, dopóki nie dowiaduje się, że jest… Nocnym Łowcą. Kim są Nocni Łowcy? To specjalna rasa ludzi stworzonych dawno temu przez Anioła Rajzela poprzez zmieszanie krwi ludzkiej z anielską. Misją Nocnych Łowców jest ochrona ludzkości przed zagrożeniem ze strony demonów i innego rodzaju nikczemnych istot, które tylko czyhają, by wedrzeć się do naszego świata i zasiać w nim spustoszenie.

Fakty te skrzętnie i z sobie tylko znanych powodów ukrywała przed Clary jej mama. Tymczasem mama znika w tajemniczych okolicznościach, a w życie Clary wkracza denerwujący i (oczywiście) nieziemsko przystojny Jace oraz jego przyjaciele, a za nimi całe zastępy demonów, czarownicy, sfory wilkołaków, klany wampirów i dwór faerie… Razem starają się odszukać mamę Clary, która okazuje się dosyć kluczową dla świata Nocnych Łowców postacią, podobnie, jak „główny zły” opowieści, Valentine Morgenstern, który okazuje się być nikim innym, jak… no właśnie nie powiem 😉

maszyny

„Diabelskie maszyny” są trzytomowym prequelem opowieści o „Darach Anioła”. Akcja dzieje się w XIX wieku w Anglii. Poznajemy pradziadków głównych bohaterów i ich zmagania z tajemniczym „Mistrzem”, którego zamierzeniem jest stworzyć natchnione demoniczną energią roboty zdolne pokonać Nocnych Łowców, do których żywi bardzo osobistą i wiele lat podsycaną urazę.

Te książki oczywiście nie są wielką literaturą, ale są naprawdę fajną, dziewczyńską rozrywką. Mocną stroną tych powieści jest cały magiczny świat stworzony przez autorkę: kultura Nocnych Łowców z ich wierzeniami, prawodawstwem, strukturą społeczną, ich sposób korzystania z magii (runy o różnych właściwościach, które rysują sobie na ciele, by wzmocnić swoją moc), świat Podziemny, czyli wspomniani czarownicy, wilkołacy, wampiry i faerie. Strona romansowa jest w obu seriach wątkiem przewodnim. Momentami denerwująca (ciągłe przeciwności losu!), momentami elektryzująca. To jednak, co najbardziej mi się tu podobało, to talent pisarki do tworzenia bardzo ciekawych, realistycznych i budzących mnóstwo sympatii postaci. Dotyczy to zwłaszcza bohaterów męskich. Obie serie pełne są naprawdę fajnych (i aż do przesady przystojnych) facetów.

Jeśli potrzebujecie rozrywki, o lekkiej i wciągającej, przygodowej fabule (z murowanym happy endem, o jakim Wam się nawet nie śniło) i uroczym, pełnym młodzieńczych uniesień wątku miłosnym, warto sięgnąć do tych książek i miło spędzić z nimi czas.

MUZYKA:

Tu mam dla Was tylko jedną pozycję, ponieważ cały rok, od mniej więcej marca zasłuchiwałam się piosenkami Sorry Boys.

Sorry_Boys_sorry_Sorry_2062534

Pomimo angielskiej nazwy i tekstów w języku angielskim wszyscy jego członkowie to Polacy. W skład wchodzi: Izabela Komoszyńska (śpiew, klawisze), Tomasz Dąbrowski (gitara), Piotr Blak (gitara, klawisze), Bartosz Mielczarek (gitara basowa), Maciej Gołyźniak (perkusja).

Zespół grający alternatywnego rocka z gatunku tych, co pod piosenkami na Youtubie mają komentarze:  „Nie wierzę, że to Polacy!” Niesprawiedliwa to opinia o nas samych, ale jak wiemy Polacy uważają za ujmę na honorze doceniać siebie, więc takie teksty uznaje się chyba za największy z możliwych komplement.

Jak na razie wydali dwie płyty: „Hard Working Classes” (2010) i wspomniane „Vulcano” (2013). Obie jak dla mnie są urzekające, a takie piosenki jak „Chance” i „Cancer Sign Love” z pierwszej płyty, czy „Phoenix”, „This New World” i „Evolution” z drugiej nieustająco powodują, że przechodzą mnie ciarki. Niesamowite, lekko oniryczne aranżacje, nieskazitelny i charyzmatyczny wokal Beli i intrygujące teksty sprawiają, że dla mnie ten zespół jest naprawdę jednym z bardziej fascynujących, jaki odkryłam w ostatnich kilku latach. Na razie nie są bardzo popularni, ale mają swoją grupę fanów i mam nadzieję, że będzie się ona powiększać :).

No dobrze, nie przynudzam już, bo strasznie się dziś rozpisałam! Jeszcze raz Szczęśliwego Nowego Roku, a na zakończenie wrzucam jeszcze piosenkę 🙂

Wesołych Świąt !!!

Wesołych-Świąt-3

 

Drodzy, Kochani Czytelnicy Bloga!

Już jutro Wigilia, więc chciałabym Wam bardzo serdecznie życzyć Wspaniałych Świąt Bożego Narodzenia, z dala od pośpiechu i codziennych stresów .

Życzę Wam, aby był to szczególny okres, czy to ze względu na jego wymiar religijny, czy też rodzinny – pełen pokoju, wyciszenia i bliskości.

A także: łasuchowania, leniuchowania i wspaniałych, wymarzonych prezentów! 🙂

Wesołych Świąt!!! 

Wasza Przeglądarka

kartka-mala

Przyjemne filmy na zimowe wieczory

zima gil

Zima oficjalnie przybyła już wczoraj, a wraz z nią dłuuuugie wieczory i Święta, czyli trochę laby i czasu spędzonego z rodziną, nieraz na wspólnym oglądaniu filmów właśnie. W związku z czym postanowiłam przedstawić Wam kilka sympatycznych, lekkich, ale niegłupich propozycji filmowych, przy których będziecie się przede wszystkim dobrze bawić, odgonicie trochę zimową chandrę (w zaistniałych warunkach pogodowych do złudzenia przypominającą jesienną 😉 ) ale też nie zemdli Was od nadmiaru słodkości.

Z nowości, które możecie jeszcze obejrzeć w kinie:

LOVE, ROSIE

love rosie

Reżyseria: Christian Ditter, na podstawie powieści Cecelii Ahern: „Na końcu tęczy”

Propozycja dla par, na wyjście z siostrą/mamą/przyjaciółką.

Uroczy melodramat z mocno rozbudowanym wątkiem komediowym. Historia dwójki przyjaciół: Alexa i Rosie, którzy znają się od kołyski i najpewniej tylko i wyłącznie z tego powodu ciężko im się zorientować, czy to jest przyjaźń, czy raczej kochanie. Mijają lata, oboje dorastają, a dziecięce problemy zastępują te bardziej poważne: stracone szanse, niechciane macierzyństwo, nieudane związki, ale jeden punkt pozostaje stały i niezachwiany wśród życiowych zawirowań. Ich przyjaźń. Jeden z bardziej wzruszających filmów, jakie widziałam przez ostatnich kilka lat. Para głównych bohaterówjest naprawdę przeurocza, a przy tym bardzo fajnie zagrana przez Lily Collins oraz Sama Claflina (Finnick z „Igrzysk Śmierci”;) ). Warto się na ten film wybrać, żeby trochę się pośmiać, czasem przez łzy.

ZA JAKIE GRZECHY, DOBRY BOŻE? / Qu’est-ce qu’on a fait au Bon Dieu?

za jakie grzechy

Reżyseria: Phillippe de Chauveron

Film dla całej rodziny.

Francuska komedia rasistowska 😉

Ultrakonserwatywni rodzice mają nie lada orzech do zgryzienia: trzy z ich czterech córek wyszły za mąż kolejno za: Araba, Żyda i Chińczyka. Nie wiadomo, który gorszy. I o czym tu rozmawiać przy rodzinnym obiedzie, skoro wszystkie tematy okazują się drażliwe? Wszelkie nadzieje na normalnego, katolickiego zięcia pokładają więc w najmłodszej latorośli. I rzeczywiście. Ostatnia córeczka znajduje porządnego, katolickiego chłopca, tyle że… czarnoskórego. W dodatku aktora. Tego już naprawdę zbyt wiele!

Humor nie jest bardzo wyszukany, za to śmiechu co niemiara. Wszyscy tu są rasistami: Francuzi nie znoszą imigrantów, imigranci też ledwo trawią siebie nawzajem, a faux pas i kulturowe przytyki padają na każdym kroku. Ciekawostka: film ten nie został wyświetlony z Stanach Zjednoczonych ani Wielkiej Brytanii z powodu niepoprawności politycznej. Ale przedmiotem żartu są tu sam rasizm i uprzedzenia skrywane pod płaszczykiem dobrego wychowania właśnie, więc jak dla mnie: więcej takiej niepoprawności silwuple 😉

Filmy trochę już przykurzone, ale niezmiennie prześwietne:

ZAPLĄTANI / Tangled

zaplatani

Czyli Roszponka by Walt Disney.

Dla dzieciaków, rodziców i wszystkich, którzy skrywają w sobie duszę dziecka 😉

Tak, wiem, że bajki Disneya są antyfeministyczne, przekazują szkodliwe stereotypy itede. Ale ja je kocham. Serce nie sługa;) A ten wyjątkowo. Ma wszystko, co do szczęścia potrzebne, czyli:

*wątek psychologiczny: toksyczna matka i pragnąca odciąć pępowinę niepokorna córka

*wątek romansowy: piękne i niewinne dziewczę + loverboy z gatunku Słodki Drań

*wątek komediowy: głównie uosabiany przez postaci poboczne, a zwłaszcza bohaterskiego konia Maximusa o dziwnie psim usposobieniu oraz całą zgraję miejscowych rzezimieszków o tzw. trudnej urodzie

*kino akcji: niezliczone pościgi i sceny walki z patelnią w charakterze zabójczej broni

*wątek musicalowy: piosenki, piosenki, piosenki (no dobra, za tym zwykle nie przepadam, ale tutaj są całkiem OK)

*coś, o czym marzy każda dziewczynka, a mianowicie: WŁOSY GŁÓWNEJ BOHATERKI. Dłuższe, niż do ziemi i po prostu boskie :D. Dodam, że przez cały film nasza Roszponka potyka się o swe pukle tylko jeden – jedyny raz, oczywiście w kluczowym momencie.

JESZCZE DALEJ NIŻ PÓŁNOC / Bienvenue chez Les Ch’tis

jeszcze dalej niż północ

Kolejna komedia francuska i jednocześnie film dla każdego.

To już klasyka w reżyserii niezawodnego Dany’ego Boona (zwykle również występującego w swoich produkcjach).

Zdominowany przez marudną żonę naczelnik poczty z południa Francji ma tylko jeden cel: dostać przeniesienie na Lazurowe Wybrzeże i wreszcie uszczęśliwić swą piękniejszą połowę. W tym celu ucieka się do przeróżnych, niekoniecznie uczciwych forteli, skutkiem których jest przeniesienie i owszem, ale na daleką, skutą lodem Północ, której prymitywni mieszkańcy posługują się przedziwnym, niczym nie przypominającym „normalnego” francuskiego dialektem… gdzieś w okolice Lille.

Znów opowieść o stereotypach, o typowej francuskiej ignorancji, która nie ogranicza się do podziału świata na „Francja” i „Niefrancja”, ale idzie jeszcze dalej (niż północ 😀 ) i pokazuje, że nawet wewnątrz kraju mieszkaniec danego regionu wiedzę o innych częściach swej ojczyzny ma raczej na poziomie „mniej niż zero”, ale dla równowagi przesądów i uprzedzeń bez liku.

Jest to też historia męskiej przyjaźni, a gagi językowe ubawią każdego, nie tylko osoby władające językiem Victora Hugo, gdyż w polskim tłumaczeniu bardzo zgrabnie zaadaptowano tu elementy gwary śląskiej.

Trochę ambitniej, ale nadal zabawnie:

ZAKOCHANI WIDZĄ SŁONIE / Voksne mennesker 

zakochani widza slonie

Reżyseria: Dagur Kári

Słodko-gorzki komediodramat pełen skandynawskiej powściągliwości, utrzymany w czerni i bieli.

Ciepły, acz lekko dziwaczny. Spodoba się wielbicielom europejskiego kina i subtelnego poczucia humoru. Natomiast fani klasycznych komedii romantycznych mogą się mocno rozczarować. Daniel to artysta-graficiarz o silnie rozwiniętym syndromie Piotrusia Pana, permanentnych pustkach na koncie i ustawicznych kłopotach z urzędem pracy. Życie dzieli na realizację swoic graficiarskich zleceń, na pograniczu prawa i nieraz pod osłoną nocy i spotkania z najlepszym przyjacielem Dziadkiem (najsympatyczniejsza postać w całej opowieści), marzącym o karierze sędziego piłkarskiego i do przesady nieśmiałego w kontaktach z kobietami. Pewnego dnia poznają również uroczą dziewczynę pracującą w pobliskiej piekarni, Franc. Cała trójka ma problemy z wejściem w dorosłe życie i przystosowaniem się do panujących norm społecznych, każde na swój sposób. Wkrótce Daniel i Franc zakochują się w sobie, a Dziadek… cóż, musi podjąć decyzję, czy nadal chce być przyjacielem kogoś, kto podwędził mu sprzed nosa dziewczynę, którą „on pierwszy zauważył”.

Fabuła podzielona jest na krótkie epizody, na początku pełne dowcipnych scen i dialogów, z czasem coraz bardziej poważne. Akcja biegnie kilkutorowo: mamy losy Daniela i Franc, którzy w końcu stają przed progiem dorosłości bez możliwości odwrotu, perypetie nieporadnego Dziadka, ale i historię sędziego, z którym Daniel ma na pieńku. On z kolei próbuje się wyrwać z uporządkowanego i do bólu poprawnego życia.

Lekko intrygujący, mądry i w bardzo specyficzny sposób zabawny film.

GRANATOWYPRAWIECZARNY / AzulOscuroCasiNegro

granatowy

Reżyseria: Daniel Sanchéz Arévalo

Jak mogłabym zapomnieć o kinie hiszpańskim? Imposible! 😉

Jest to dramat z typowym dla Hiszpanów wyczuciem absurdu.

Znów mamy grupkę młodych ludzi, którzy stają u progu dorosłego życia, a ich głównym dylematem są ambicje kontra możliwości lub ograniczenia, wyobrażenia o tym, jacy chcieliby być i konfrontacja z rzeczywistością.

Jorge po ukończeniu studiów uparcie i bezskutecznie próbuje znaleźć lepszą pracę, niż profesja portiera, którą niejako odziedziczył po ojcu, teraz mocno schorowanym po wylewie i całkowicie zdanym na opiekę syna. Brat Jorge, Antonio niespecjalnie wspiera go w zajmowaniu się ojcem, gdyż właśnie odsiaduje wyrok w więzieniu. Tam poznaje swoją dziewczynę Paulę, której marzeniem jest zajść w ciążę po to, by dostać przeniesienie do innej celi, gdzie współwięźniarki nie będą się nad nią znęcać. Wskutek pewnej braterskiej umowy Jorge nawiązuje z Paulą dość specyficzną relację. Przyjaciel Jorge, Israel odkrywa homoseksualne skłonności ojca, co prowadzi go do zrozumienia zaskakującej (i wcale nie chcianej) prawdy o samym sobie. Jest też Natalia, spotkana po dłuższej rozłące przyjaciółka Jorge. Wspólnie odkrywają, że różnice społeczne, które w dzieciństwie nie były przeszkodą, w dorosłym życiu nieraz sprawiają, że ludziom rozchodzą się drogi…

Lekko ironiczna opowieść o walce z losem, z samym sobą, o dojrzewaniu do samoakceptacji.

Jest to zdecydowanie najmniej śmieszny z filmów, które dziś Wam polecam, co nie oznacza, że jest ciężki. Wiele razy się uśmiechniecie lub nawet roześmiejecie, a opowiadana historia jest tak nietypowa, że będzie ciekawą wyprawą w nieznane i odskocznią od sztampowych hollywoodzkich scenariuszy, do których jesteśmy aż za bardzo przyzwyczajeni.

Mam nadzieję, że coś tu dla siebie wybierzecie.  A jeśli nie, mam w zanadrzu jeszcze kilka propozycji 😉

dziewczynka okno

 

Dziękuję za odwiedziny. Zachęcam do komentowania, krytykowania i dyskutowania. I zapraszam ponownie! 🙂