MUSIMY POROZMAWIAĆ O KEVINIE / We need to talk about Kevin

www.kobiecastrona.wordpress.com

źródło zdjęcia: Filmweb

reżyseria: Lynne Ramsay

Instynkt macierzyński ma ponoć każda kobieta. Jest wrodzony. Potocznie to mocno rozwinięta potrzeba pomocy słabszym i bezbronnym, w naturze to ukierunkowanie funkcjonowania kobiety na takie, by zapewnić nowo narodzonemu dziecku przeżycie. Ponoć budzi się już w ciąży albo w chwili, gdy świeżo upieczona mama weźmie maleństwo na ręce. No i miłość macierzyńska. Nieporównywalna z żadną inną: bezwarunkowa, wszechogarniająca, anielsko cierpliwa, gotowa do wszelkich poświęceń.

Oto cechy macierzyństwa znane w każdej kulturze. Powie Wam to każda, czy to młoda, czy bardziej doświadczona mama.

A co, jeśli coś zaszwankuje w tym mechanizmie? Jeśli kobieta od początku ciąży czuje, że to nie to, że jednak tego dziecka nie chciała, że znalazła się w potrzasku, z którego nie ma ucieczki? Czy to może mieć jakiś wpływ na osobowość dziecka? Naukowcy do tej pory nie wiedzą, jak to działa. Jedno jednak jest pewne: może to mieć duży wpływ na późniejszy stosunek matki do dziecka.

Nadzieja jeszcze w tym, że kiedy w tej magicznej chwili po porodzie, kiedy nowo sprowadzona na świat bezbronna istotka spocznie w ramionach mamy, świat się zatrzęsie i do serca rodzicielki spłynie tak upragniona fala matczynej miłości.

Co, jeśli jednak i to się nie stanie? I co, jeśli malec niemal od chwili narodzin nie jest słodkim bobasem, tylko nieznośnym złośliwcem, którego nie sposób pokochać? Są to lęki i obawy, które w mniej lub bardziej świadomy sposób pojawiają się w umyśle każdej przyszłej mamy. Wypierane do podświadomości, odrzucane przez społeczeństwo, są pewnym rodzajem kulturowego tabu, o którym mało kobiet chce rozmawiać.

Tym bardziej, że czasem rzeczywiście ten lęk się ziszcza. Matka nie kocha dziecka. Co wtedy robi? Udaje. Przed sobą, przed maluchem, przed ojcem dziecka i resztą rodziny. Tylko że dziecko zawsze jakoś to wyczuwa, nawet jeśli zaprzeczamy jego wątpliwościom. Ono wie.

Kevin też wiedział. Czuł, że matka go nie chce i nie kocha. Tyle, że Kevin nie był zwyczajnym chłopczykiem, u którego tego typu trauma z dzieciństwa zaowocowałaby niskim poczuciem wartości, problemami w relacjach i koniecznością psychoterapii.

Kevin był sprytnym, wyrachowanym psychopatą, który od maleńkości całe swe życie podporządkował jedynemu gorącemu uczuciu, które wypełniało jego dziecięce serduszko: nienawiści do matki.

Przy ojcu słodki i niewinny, przy matce złośliwy, okrutny, momentami przerażający. Niewiarygodnie bystry, przenikliwy manipulator. Gra toczyła się przez wiele lat, a złe przeczucia Evy Katchadourian,  matki chłopca, rozbijały się o mur niezrozumienia ze strony męża, wręcz insynuującego jej obsesję, problemy psychiczne, a wreszcie nalegającego na rozwód. Dobrze sytuowana, z pozoru szczęśliwa rodzina zaczęła się rozpadać.

Do rozwodu jednak nie doszło. Uniemożliwiła go tragedia, której być może można było uniknąć. Może, gdyby mąż uwierzył Evie. „Musimy porozmawiać o Kevinie” jest opowieścią w formie thrillera. O początku czujemy napięcie, nawet podczas szczęśliwych momentów mamy wrażenie, że zaraz wydarzy się coś okropnego i czekamy aż wreszcie to „coś” się stanie. Tym bardziej, że opowieść zaczyna się jakby od końca. Widzimy samotną nieszczęśliwą kobietę, wykluczoną przez miejscową społeczność, obwinianą za coś okropnego, która w dodatku temu wykluczeniu pokornie się poddaje. Jakby sama czuła się winna i chciała tę winę odpokutować. Co to za wina?

Historię Evy i jej rodziny odkrywamy z retrospekcji. Najpierw poznajemy szczęśliwą zakochaną parę, która potem staje się rodzicami malucha sprawiającego z początku zwyczajne problemy, potem coraz bardziej trudnego. Ale tylko wobec matki. Widzimy jej tłumioną niechęć, rażące błędy wychowawcze, rozpaczliwe próby zmuszenia się do pokochania dziecka,  ale i toczącą się między nią a synem wyrachowaną grę, która w przedziwny sposób ich łączy. Cały czas coś jest nie tak. Z niedowierzaniem obserwujemy zarówno jej zachowanie wobec Kevina, jak i wirtuozerską wręcz perfidię chłopca. Aż do momentu kulminacyjnego.

Film dotyka bardzo ciekawej tematyki, odwracając fakty uważane za oczywistość: bezwarunkową miłość matki oraz niewinność dziecka, a jednak czegoś w nim zabrakło, mimo świetnych ról Tildy Swinton i Ezry Millera. Zabrakło uwypuklenia tych momentów, w których Eva próbowała jakoś wyrazić swoje obawy, ukazania ich wyraźniej. Po zakończeniu czułam niedosyt. Temat został poruszony, ale nie wyczerpany, pozostał tak jakby lekko rozmyty.

O wiele ciekawiej podeszła do niego pisarka Dorris Lessing w książce „Piąte dziecko” – to już nie thriller, lecz niepokojąca historia rodzinna. Krótka, lecz przejmująca powieść, która na długo zostaje w pamięci.

Swoją drogą film „Musimy porozmawiać o Kevinie” również powstał na podstawie powieści Lionela Shrivera o tym samym tytule, napisanej w formie listów Evy do męża. Na pewno chętnie ją przeczytam – może tam znajdę to, czego zabrakło w ekranizacji. Film nie do końca mi się podobał, ale na pewno zachęcił mnie do przeczytania książki.

Advertisements

10 thoughts on “MUSIMY POROZMAWIAĆ O KEVINIE / We need to talk about Kevin

      • Bo to nieoczywisty film. Już dawno go oglądałam, ale jednak – pod względem emocjonalnym – zapada w pamięć. Zastanawiające, na ile to sama matka wmawia sobie, że z jej synem jest coś nie tak, a na ile to rzeczywiście on sam z siebie (albo z powodu emocji [nie]świadomie przekazywanych przez matkę) jest taki.
        To, która interpretacja jest ciekawsza czy w jakiś sposób bardziej przekonująca, zależy chyba nie tylko od widza, ale i od konkretnego momentu w jego życiu. Tak mi się zdaje.
        Osobiście, jak odbiorca, lubię napięcie między kilkoma możliwymi interpretacjami, taki moment, kiedy napotyka się na trudność, niejasność, wieloznaczność. To wprowadza niepewność. No ale nie każdy tego oczekuje od filmów, literatury czy malarstwa.

        Słoneczności!

      • Wydaje mi się, że niemożliwe jest, by matka nie obwiniała siebie w takiej sytuacji, choć jej wina w rzeczywistości może być różna. Mamy tylko w pewnym stopniu wpływ na to, jakie są/będą nasze dzieci i to jest w pewnym sensie pocieszające 😉

        Pozdrowienia serdeczne! 🙂

      • Hm, nie każda matka będzie samą siebie obwiniać – może chcieć wierzyć, że rodzimy się z jakimiś cechami, że podążamy za naszym przeznaczeniem itd.
        Nie wiem, czy mamy aż taki wpływ na to, jakie będą nasze dzieci – niczego nie można przewidzieć, jeśli chodzi o drugiego człowieka, ba! jeśli chodzi o nas samych. Bo i sami siebie zaskakujemy ; ) No ale może to tylko ja nie jestem taką optymistką w kwestii relacji międzyludzkich ; )

        Przesyłam słoneczności! : )

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s