Muzyczny listopad

Jesień jest taką porą roku, która generuje pewne zmiany w mojej psychice: nagle staję się zagorzałą wielbicielką eksperymentów kulinarnych (śliwki! dynie!:) ) a mój słuch znacznie bardziej wyostrza się na doznania muzyczne.

Nie, nie przytoczę teraz przepisu na ciasto ze śliwkami, które ostatnio wałkuję 😉
Za to podzielę się muzycznymi klimatami, w których ostatnio się lubuję. Każdy inny, więc co kto woli. A więc:
ZAZ: “Paris”
zaz paris
Pamiętam, gdy pierwszy raz usłyszałam wersję piosentki Edith Piaf: “Dans la rue” w wykonaniu dziewczyny, która coś tam, gdzieś tam kojarzyła mi się z galerii handlowych piosenką “Je veux” (która jednak nigdy nie powaliła mnie na łopatki). To było jak grom z jasnego nieba: ta ciepła jazzowa chrypka, niesamowita barwa, a przede wszystkim energia, energia i jeszcze raz energia. Folk, jazz, pop, chanson française w radosnej wybuchowej mieszance.
Od tego czasu minęły trzy lata, w międzyczasie wyszła koncertowa “Sans tsu tsou” (2011) oraz “Recto verso” (2013), nie tak kipiąca radością, jak debiutancka “Zaz” (2010), ale za to pięknie zróżnicowana.
A 10. listopada tego roku ukazał się trzecia studyjny album najbardziej energetycznej wokalistki we Francji, pt. “Paris”.
Piosenka francuska zawsze była bliska memu sercu, tym bardziej więc jestem zachwycona nowymi aranżacjami klasyków chanson française poświęconych Paryżowi, takich jak “Champs Elysees” (chyba mój ulubiony utwór na tej płycie 🙂 ) czy “J’ai deux amours” w wykonaniu mojej ulubionej piosenkarki francuskiej. Znów jazzowe i folkowe aranżacje z domieszką tanga, swingu i piosenki wodewilowej. Cudne trąbki, akordeon i harmonijka ustna oraz naprawdę udane duety z Charlesem Aznavourem oraz Kanadyjką Nikki Yanofsky (mój drugi numer jeden tego krążka).
Idealna muzyka na jesienny (a wkrótce i zimowy) wieczór z lampką wina.
Czysta energia, radość życia, uśmiech w głosie i przede wszystkim: niesamowity wokal. Zaz 🙂
zaz fotka
Fatoumata Diawara

Fatoumata Diawara 1_1377755387

Wspominałam niedawno na fanpage’u, że na początku tego miesiąca byłam na koncercie takowej pani.
Pani pochodzi z Mali, ogarniętego wojną państwa w Afryce Zachodniej, ale na co dzień mieszka i tworzy w Paryżu. Jest sympatyczną dziewczyną o czarującym uśmiechu, niezwykłej urodzie i równie niezwykłym głosie.
Tradycyjną afrykańską muzykę łączy z wpływami europejskimi, tworząc ciepłe, ale nieraz bardzo żywiołowe kompozycje. Teksty jej piosenek mówią m. in. o tym, jak wiele zła wyrządza wojna i nawołują do pokoju.
Do tego fantastycznie tańczy. Na koncercie, który odbył się podczas festiwalu Ars Cameralis w Sosnowcu porwała całą salę do tańca, w tym mnie!
fatoumata-diawara
Curly Heads, czyli nowe oblicze Dawida Podsiadło
curly
 
Mimo młodego wieku Dawid ma to, czego potrzeba do sukcesu: talent, dojrzałość sceniczną oraz doskonale wie, o co mu chodzi.
A od początku chodziło o Curly Heads, czyli indierockowy zespół, który tworzy wspólnie z: Oskarem Bałą (gitara).Tomaszem Szulińskim (gitara), Tomaszem Skutą (gitara basowa) i Damianem Lisem (perkusja).
Gdyby nie sukces solowej płyty Dawida, Curly Heads, choćby nie wiem jak się starali, zginęliby w morzu podobnych zespołów, albo nawet nie udałoby im się zdobyć kontraktu z żadną wytwórnią. Ilu jest takich chłopaków, co z kolegami piłują gitary w garażach i wydaje im się, że są kolejną Nirvaną/Pearl Jam/Joy Division/Myslovitz czy co tam jeszcze chcecie? X-factory wszelkiej maści są doskonałą miarą ilości tego typu bandów.
 
Rock nie jest muzyką, której słucham na co dzień – ten etap dawno za mną, zwłaszcza że uważam go za gatunek muzyki, w której wielką kreatywnością wykazać się nie można, wszystko już było, co najwyżej mogą się pojawiać pewne wariacje, a wraz z nimi szumne nowe nazwy, tak jak indie rock właśnie. Nie wiem, czym się on różni od innych wariantów alternatywnego rocka, serio, nie słyszę różnicy. 
To, co natomiast słyszę na “Ruby Dress Skinny Dog”, to młodzieńczy żar, ból istnienia, namiętność, autentyczność. I pięknie przemyślane kompozycje. To nie są chłopcy, którzy coś tam próbują, naśladując sławne zespoły. Oni już znaleźli swój styl.
Ci, którzy pokochali nastrojowy wokal Dawida z solowej “Comfort and happiness” mogą się lekko zdziwić jego drapieżną i emocjonalnie rozedrganą stroną mocy. Ale mnie się podoba, w szczególności w moich ulubionych piosenkach: “Diadre” i “Till you got me”. Ta płyta świetnie pobudza i świetnie się przy niej tańczy. Można się też przy niej upić i rozpamiętywać nieszczęśliwe miłości.
Szkoda tylko, że, jak zapowiedział sam wokalista, ten dawny spokojny Dawid już nie wróci – też go lubiłam. Ale długa kariera jeszcze przed nim, więc kto wie, czy z czasem nie zmieni zdania. Jedno jest pewne: jeśli w zeszłym roku zastanawiałam się, czy on przetrwa na rynku muzycznym (możecie o tym przeczytać TU), to teraz nie mam najmniejszych wątpliwości. Przetrwa, a nawet czekam kiedy Curly Heads stanie się nazwą rozpoznawaną poza granicami Polski. Powodzenia, chłopaki!
pokolenie-curly-heads-1414682646165-crop_lede
 
 
 
 
Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s