GHOST IN THE SHELL

GITS

Reżyseria: Mamoru Oshii, scenariusz: Kazunori Ito, na podstawie mangi Masamune Shirow.

Muzyka: Kenji Kawai, Brian Eno

Od liceum chciałam obejrzeć to anime, ale zawsze coś było nie po drodze. Głównie przez to, że nie miałam jak go zdobyć. Wtedy, pod koniec lat dziewięćdziesiątych, rynek mangi i anime w Polsce dopiero raczkował, dostępnych było dosłownie kilka mang (ścieżki przecierała, a jednocześnie nadawała mandze łatkę słynna „Czarodziejka z Księżyca”), a wiedzę na te tematy czerpało się z kącika anime w piśmie komputerowym „Secret Service”, a potem miesięcznika „Kawaii” (szkoda, że już go nie ma). I w ogóle, lepiej się było nie przyznawać do takich zainteresowań, bo jedni uważali, że to zboczone, drudzy, że to bajki dla dzieci – sama już nie wiem, co jest gorsze, jak się ma piętnaście lat ;).

No, ale ja te zainteresowania miałam, i pomimo upływu czasu, japońska animacja i komiks nadal robią na mnie ogromne wrażenie. Teraz już tak dokładnie nie śledzę, co się dzieje w temacie, ale zawsze chętnie, jeśli mam okazję, obejrzę jakieś sensowne anime.

Dziś, w pięknych czasach globalizacji, kapitalizmu i Internetu zdobyć można absolutnie wszystko, a co więcej, nie ma chyba osoby, która jako tako interesując się kulturą, żywiłaby uprzedzenia do mangi i anime. To tak, jakby żywić uprzedzenia do kina lub literatury tylko dlatego, że znaleźć w nich można niskich lotów gatunki, czy utwory.

Film „Ghost in the Shell” oparty na jednym z wątków mangi Masamune Shirow o tym samym tytule liczy sobie już dziewiętnaście lat, ale w końcu, w końcu go obejrzałam :).

Jest to już klasyka gatunku cyberpunk – nurtu science fiction, który skupia się głównie na jednostce ludzkiej i sensie istnienia w kontekście otaczającego ją zcyborgizowanego świata. Maszyny, komputery i filozofia.

Akcja toczy się w 2029 roku, w olbrzymim cybermieście rządzonym przez komputery i elektronikę. Nawet ludzkość nie oparła się ingerencjom nowoczesnej technologii: udoskonalone, o wiele bardziej odporne ciała, mózgi połączone z komputerami, a nawet całkowicie samodzielnie funkcjonujące i rozumujące androidy.

Tym samym cyberprzestępstwa również doczekały się szczególnego traktowania. Sekcja 9 jest właśnie taką specjalna jednostką policji zajmującą się tego typu sprawami.

Osią fabuły jest poszukiwanie przez ów oddział specjalny Władcy Marionetek – nieuchwytnego hakera, który włamuje się do cyberumysłów, wykradając informacje, zmieniając wspomnienia, wykorzystując androidy do własnych celów i przejmując nad nimi całkowitą kontrolę.

Gdzie w tym wszystkim jest dusza? Gdzie kończy się moje człowieczeństwo, jeśli moje ciało w dużym stopniu jest komputerem i byle haker / błąd systemu może wpłynąć moje wspomnienia i osobowość? I czy w ogóle mam duszę, jeśli w stu procentach jestem androidem?

To są pytania, które zadają sobie bohaterowie, a w szczególności major Motoko Kusanagi, dowodząca Sekcją 9. Całkowity android. Sprawa Władcy Marionetek wydaje się dotykać ją osobiście i podsycać i tak dręczące ją egzystencjalne dylematy.

Silnie filozoficzne zacięcie jest tu okraszone niepokojącą muzyką, mroczną scenografią i scenami walki żywcem wyjętymi z gier video.

Animacja, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to film z 1995 roku, robi ogromne wrażenie: jest piękna, dynamiczna, niezwykle dopracowana w kwestii szczegółów pod każdym względem. Dla niej samej, jeśli tematyka zbytnio Was nie pociąga, warto obejrzeć ten film.

Z całą pewnością jest to arcydzieło w swoim gatunku, pozycja obowiązkowa zarówno dla wielbicieli animacji, jak i science fiction. Dowodem na to jest choćby fakt, że twórcy „Matrixa” otwarcie przyznają się do inspiracji dziełem Mamoru Oshii. Widać to zresztą tak wyraźnie już w samej czołówce obu filmów, że gdyby się nie przyznali, pozew o plagiat byłby murowany;).

To, co mnie osobiście uderzyło w tym dziele, to bezmierna samotność bohaterów. Olbrzymie miasto pełne ludzi, gigantycznych budynków i supernowoczesnych maszyn, a w tym wszystkim jednostka: tak mała i pozostawiona sama sobie ze swoimi sprawami i rozterkami. Wokół niej toczy się tyle innych żyć, a każde tak samo osobne i odległe, choć prowadzone tuż obok. Wygląda na to, że tak wyobrażamy sobie przyszłość, bo ten wątek pojawia niezmiennie w przeróżnego typu produkcjach rozgrywających się w przyszłości, niezależnie od gatunku (jak na przykład w zupełnie z innej beczki filmie „Her”, o którym pisałam tu). Może to jest kwestia tego, że tak bardzo się tej samotności już dziś boimy, a jednocześnie pędzimy ku niej na złamanie karku. Wątek samotności wydaje mi się najbardziej prawdopodobny w produkcjach science fiction – nie to, że za te 15 lat w 2029 roku androidy będą w stanie funkcjonować jako istoty o własnej osobowości i wolnej woli (z wiedzą, którą mamy dziś o ludzkim mózgu i ślimaczym tempem, w jakim się ona rozwija, wydaje mi się, że stworzenie takiego robota jeszcze przez długi czas będzie niemożliwe), ale właśnie ta samotność.

Inna moja refleksja na temat „GITSA” to stosunek do ciała. Niezwykle przedmiotowy. Dużo tu nagości. Major Kusanagi korzysta ze specjalnego termooptycznego kamuflażu, który stosuje na nagie ciało, w związku z czym w przeróżnych okolicznościach i miejscach po prostu zdejmuje ubranie, by go przywdziać. Nagie androidy lub poszczególne części ich ciał co chwila pojawiają się w kadrze. Ale to nie ma wymiaru erotycznego. Te ciała są po prostu rekwizytami używanymi przez ich właścicieli do różnych celów (zupełnie, jak w świecie mody 😀 – taka mała dygresja) i które w razie uszkodzenia można wymienić na inne. Dosyć osobliwe wrażenie to robi i tu akurat muszę powiedzieć – wydaje mi się, że pod tym względem zmierzamy raczej w odwrotnym kierunku i do tego, żeby oddzielić poczucie tożsamości od ciała chyba nam bardzo, bardzo daleko.

Przeczytałam wiele recenzji tego filmu i nie znalazłam takiej, która miałaby tej produkcji cokolwiek do zarzucenia. Same ochy i achy pisane z nabożną czcią – oczywiście przez otaku i wielbicieli gatunku cyberpunk.

Do żadnej z tych grup się nie zaliczam, więc pewnie mam więcej dystansu, dlatego dodam małą krytyczną uwagę od siebie: na koniec miałam taką oto myśl (przesyconą uczuciem rozczarowania): „I co, to już? To oto chodziło? I tak po prostu już koniec????”

Nie chcę tu spoilerować, ale ja tę major Kusanagi polubiłam, przywiązałam się też do tego, jak wygląda, aż tu nagle, tak bez ostrzeżenia i bez żalu: bach i tyle.

W pewnym sensie oczywiście ;).

Ale może to o to wrażenie właśnie twórcom chodziło. Całkiem dobrze to konkluduje rozważania głównej bohaterki…

Advertisements

11 thoughts on “GHOST IN THE SHELL

  1. fajna recenzja, strasznie fajny opis fabuły i świata przedstawionego w gits.
    a swoją drogą to rzeczywiście nie ma już kawaii, ale dziś była reanimacja secret service (pierwszy numer po kilkunastu latach). pozdro

  2. Istnieją takie anime, które są dla mnie na swój sposób ważne. GITS do nich należy, dlatego też nie wiem, czy potrafiłabym napisać o nim. Tym bardziej się cieszę, że ktoś pisze o takich anime i to w sposób interesujący, krytyczny, wskazując różne aspekty (m.in. samotność czy cielesność), nie zaś wyłącznie popkulturowo.

  3. Oglądałem jakiś rok temu, ale albo nie jestem jeszcze na to gotowy, albo to po prostu nie dla mnie. Strasznie się niestety wynudziłem i o ile dobrze pamiętam nie wszystko ogarniałem.

    • Cześć, dzięki za odwiedziny!:) Podczytuję Cię również 😉

      Zgadzam się, że film jest trochę przegadany i nie dla wszystkich. Jeśli Ci się nie podobało – nic na siłę.

      Ale przyznasz, że wizualnie nadal, po latach, jedno z najlepszych anime.

      • No właśnie Cię na FB znalazłem, znaczy Ty znalazłaś mnie, a ja dzięki temu trafiłem tutaj 🙂

        Tak już mam z animcami, jeden na pięć mi przypasuje. Najbardziej lubię Vampire Hunter D: Bloodlust.

        A to tak, zresztą strasznie mi się podobała kreska w latach 90′. Jakoś niedawno coś niedobrego się porobiło, tak że te nowe produkcje wizualnie zupełnie mi nie podchodzą, a jak jeszcze dowalą efekty komputerowe to już kicha totalna.

      • Coś w tym jest z tą kreską współczesną rzeczywiście, a komputerowe efekty to już tym bardziej. Choć ja już tak nie śledzę anime, jak kiedyś.
        Ogólnie jestem fanką Miyazakiego, a ostatnie anime, jakie widziałam, to “Wilcze dzieci”, więc totalnie inny klimat niż GITS 😉

        Pozdrawiam!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s