Miss Scrooge

Święta idą, na Rynku Krakowskim kiermasz bożonarodzeniowy trwa na całego, pachną choinki, a zewsząd słychać dźwięki tradycyjnych kolęd, jak  na przykład „Last Christmas”.

W takiej oto scenerii, szczypana przez mróz w policzki śpieszyłam się na spotkanie w Nowej Prowincji, na które byłam już trochę spóźniona. Pędziłam więc przed siebie nie rozglądając się zbytnio na boki, gdy wtem!… z mroku spowijającego Planty wychynęła ku mnie postać męska z jakimś karteluchem w ręce oraz uśmiechem na twarzy.

„Greenpeace!!!” pomyślałam w popłochu, powiedziałam szybko: „NIE, NIE, NIE, NIE!” i nie oglądając się popędziłam dalej, unosząc za sobą: „A tak sympatycznie pani wygląda!” Oraz lekko spóźnione zrozumienie tego, co zostało wypowiedziane wcześniej: „Cześć, chciałbym Ci zaproponować swoją twórczość…”

Tak właśnie to wyglądało. Moralniak ogarnął mnie dosyć szybko, zwłaszcza, że „A tak sympatycznie pani wygląda” jest dosyć sprytnym i skutecznym sposobem na wzbudzenie go. Chłopak łazi po mrozie, uśmiecha się miło i ma nadzieję na zaciekawienie kogoś swoją twórczością, zapewne literacką. Jest to odważne, ale i przykre zarazem, że artysta (lub ktoś, kto się za niego uważa) musi tak się prosić o zainteresowanie jak żebrak. Okazanie go nic nie kosztuje. …a ja, podła, krzyknęłam tylko „nie-nie-nie!” i uciekłam kłusem.

Poczułam się jak jakiś Scrooge z „Opowieści wigilijnej” o pokrytym wieczną zmarzliną sercu. Nieprzyjemne to uczucie towarzyszyło mi dobrą chwilę.

Oczywiście moja reakcja była wypadkową wielu wcześniejszych, przykrych doświadczeń, kiedy zatrzymałam się jednak naiwnie, a potem przez pół godziny wysłuchiwałam oferty reklamowej, która mnie nie interesowała, byłam indagowana czy wiem, ile imion ma Jehowa, namawiana na kurs językowy za jedyne 999,99 zł za semestr, kupno perfum, past do zębów, nakłaniana przez Greenpisiorów, by oddawać im co miesiąc pół pensji et cetera. Wszystko to spowodowało, że gdy ktoś mnie zaczepia na ulicy i jeszcze do tego się uśmiecha, robię się mocno podejrzliwa. Bo jak ktoś się uśmiecha to coś chce.

To mi przypomniało pewien artykuł z listopadowego numeru „Wysokich Obcasów Extra” pt. „Daj się poznać”, w którym Jarosław Murawski opisuje swój eksperyment, jak to próbował poznawać kobiety na ulicy lub w kawiarni, a wszystkie uciekały lub za całą reakcję miały wyniosłe miny. Przyczyn (tudzież winy) upatrywał oczywiście tylko w kobietach, no i jeszcze w postkomunistycznej nieufności. Z tą nieufnością postkomunistyczną się zgodzę, jest to duży problem Polaków. Ale moje zdarzenie nasunęło mi refleksję, że znak współczesności także się odcisnął na mentalności kobiecej (i na męskiej zresztą też). Kiedy do kobiety podchodzi na ulicy sympatyczny, trzeźwy mężczyzna o perłowym uśmiechu to raczej nie po to, by jej powiedzieć komplement i zaprosić na kawę. W jakichś 99,9% chce jej coś sprzedać lub namówić na datek. Więc lepiej brać nogi za pas.

Trochę smutne… Bo zawsze może się zdarzyć ten 0,01%, który jest niegroźnym marzycielem rozdającym swoje wiersze na Plantach.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s