Dejwid oł Dejwid…

dawid podsiadło

Lubię kameralne koncerty. W zasadzie tylko takie. Imprezy w stylu Coke Live czy Opener przerastają mnie natężeniem hałasu, tłoku i chaosu. Nawet Festiwal Muzyki Filmowej jest nieco ponad moje siły.

Lubię, kiedy publiczność siedzi cicho i chłonie muzykę oraz atmosferę. W milczeniu.

Taka właśnie wizja powstała w mojej głowie, gdy zobaczyłam na mieście plakaty informujące o koncercie Dawida Podsiadło w krakowskich Fortach Kleparz. Jego piosenki zawsze uważałam za kameralne i relaksujące, a do tego skierowane do odbiorcy sporo starszego niż sam wykonawca.

Dlatego przeżyłam lekki szok, kiedy 27. października przyszłam na koncert i rozejrzałam się po publiczności.

Dziewczyny. Młode, ładne. Średnia wieku 16+. Nawet moja 24-letnia siostra, która była tam ze mną, wydawała się nieco za stara jak na panujące warunki.

Ale najlepsze zaczęło się, kiedy po ponad godzinie opóźnienia zapełnionego bardzo nieumiejętnie zapowiedzianym supportem, na scenie pojawił się długo oczekiwany gwiazdor.

Nagle wśród publiczności rozniósł się niewyobrażalny wprost jazgot. Piski. Wrzaski. Rwanie włosów z głowy. Słowem: ekstaza. Coś à la koncerty Beatlesów u szczytu kariery. Aż dziw, że na scenę nie spadł deszcz staników.

Tak się złożyło, że stałam dość blisko sceny i pod głośnikiem. Do tego za moimi plecami stała wyjątkowo aktywna i obdarzona donośnym głosikiem piszcząca fanka. Poziom hałasu przekroczył znacznie moje możliwości percepcji. Przez większą część koncertu wyobrażałam sobie brutalne sposoby na sprawienie, by dziewczę zamknęło buzię na kłódkę. Na pociechę, z tej pechowej miejscówki miałam widok na czuwającego pod sceną bardzo urodziwego pana ochroniarza o wyjątkowo nostalgicznym, jak na ochroniarza, wyrazie twarzy.

Tak więc, już przed pierwszą piosenką moje mrzonki o kameralności rozmyły się, a raczej utonęły w morzu wrzasku.

Choć sam Dawid taki się właśnie wydaje: kameralny. Rachityczny młodzieniec o godnej pozazdroszczenia czuprynie, całkiem skromny (i oby mu to z czasem nie przeszło) oraz sympatyczny. W przerwach między piosenkami opowiada flegmatycznie anegdoty i rzuca dyskretnymi żartami. Tańczy nieco w stylu Iana Curtisa z Joy Division. W sumie wygląda na takiego, co to w szkole uchodził za outsidera i dziewczyny raczej się w nim nie bujały. No chyba, że takie same outsiderki jak on.

Piosenek o miłości też ma mało. Powiedziałabym, że nie przepada za tą tematyką. A tu proszę. Tyle fanek. I to piszczących.

Ale dobrze, bo chłopak zasługuje. Śpiewa świetnie, muzykę ma niezłą, widać, że wie, co robi i bardzo dobrze, że się podoba. Nie jest to może jakaś bardzo odkrywcza muzyka: ambitny pop, w którym  pobrzmiewają inspiracje Coldplayem, coś tam z Sigur Rós też się znajdzie. Ale dobre inspiracje nie są złe, zwłaszcza jeśli warunki wokalne pozwalają na wiele.

Oby tylko znalazł trochę więcej publiczności, która widzi (i słyszy) coś oprócz ładnego chłopca z fajnymi włosami. Ale to pokaże czas i jego odporność na popularność.

 

Advertisements

4 thoughts on “Dejwid oł Dejwid…

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s