Bułgarskie impresje all inclusive

Image

Bułgarskie impresje all inclusive

Jeździcie na wycieczki all inclusive? Ja nie, więc kiedy raz się już zdarzyło, potraktowałam to jako egzotyczną przygodę.

Człowiek (czytaj: autorka), który zwykle sam lub ze znajomymi organizuje sobie wakacje od A do Z, czyli transport, jedzenie i noclegi w świecie all inclusive może się poczuć, jak z innej bajki. Naprawdę!

A więc zaczynamy:

Impresja pierwsza: Organizacja

Przede wszystkim: o nic nie musisz się martwić. Hotel, jedzenie, transport zapewnione. Zapomnij o planowaniu, jak z lotniska dotrzeć do centrum miasta, sprawdzaniu cen biletów, czasu przejazdu, opinii o hostelach w internecie i tak dalej. Wystarczy zapłacić za wycieczkę w biurze podróży. Od teraz twoje jedyne zmartwienie to, czy do momentu wyjazdu biuro nie zbankrutuje, bo z tym to bywa różnie w ostatnich czasach…

„Ach, cudownie – pomyślałam – prawdziwy wypoczynek pierwszy raz w życiu, zero taszczenia tobołów przez pół miasta w żarze lejącym się z nieba, tylko dlatego, że z autobusu z lotniska, jak zapewniała pani na przystanku, do ulicy, przy której mieści się hostel jest tylko pięć minut pieszo (no, chyba, że ktoś trochę zabłądzi…). Wreszcie osobny pokój w hotelu, a nie wieloosobowy w hostelu dzielony z chrapiącym w niebogłosy dziadkiem, w przerwach od chrapania cierpiącym na nerwicę natręctw objawiającą się rozpakowywaniem i pakowaniem w kółko walizki w środku nocy.

Raz się żyje. Wspólnie z koleżanką wybrałyśmy Bułgarię, Złote Piaski. Trochę lenistwa do góry brzuchem na plaży nie zaszkodzi. W życiu trzeba spróbować wszystkiego!

Impresja druga: Ludzie

Już na lotnisku wkraczamy w świat rodzinek z dziećmi i emerytów. W kolejce do odprawy pan za mną (ojciec dwóch rozbrykanych szkrabów w wieku od 2 do 5 lat) dobitnie zwraca uwagę pewnej siebie pani, która wtarabaniła się bez kolejki, bo „ona ma małe dzieci”. Pani kwituje to wzruszeniem ramion i wydęciem ust.

– Tam było napisane, że można. – wskazuje nieokreślone miejsce pomalowanym na czerwono paznokciem.

Niestety ta sama pani siedzi za nami w samolocie. Trzymany na kolanach synek kopie uporczywie w siedzenie mojej koleżanki.

– Musi się pani przesiąść. – doradza dumna mama. – Inaczej będzie panią kopał.

Po lądowaniu w Burgas roztaczają nad nami opiekę rezydenci. Rezydent, przystojny młodzieniec w krawaciku i hipsterskich okularkach, macha ku nam tabliczką z nazwą naszego biura podróży i uśmiecha się, prezentując komplet godnych pozazdroszczenia zębów. Niczym żywcem wyjęty z folderku. Jego koleżanka, równie urodziwa, choć nieco mniej hipsterska, prowadzi nas do autokaru, który rozwiezie nas po hotelach. Niestety transfer będzie długi, około trzy godziny, jak się okazuje, co wprawia niektórych w kiepski nastrój, choć informacja była podawana przy zakupie wycieczki i na stronie internetowej.

– Czy w moim hotelu będą Polacy? – dopytuje przypominający morsa, starszy jegomość zajmujący miejsce przede mną.

– Nie, ale to też ma swoje zalety. – uśmiecha się szeroko rezydentka.

– Ciekawe jakie? –  znacząco i retorycznie pyta on, krzyżując ramiona.

Jedziemy. Jedziemy. Nic się nie dzieje. Jedziemy. Słoneczne pejzaże, morze miga spomiędzy zieleni i przydrożnych reklam.

A tymczasem w autokarze nawiązują się pierwsze turnusowe przyjaźnie.

Do Pana Morsa przysiada się dwóch wygolonych chłopaków z reklamówką pełną butelek z piwem. Jak to mówią: ciągnie swój do swego. Chociaż drzemię, dobiegają mnie co ciekawsze strzępki dialogu, a właściwie to monologu bardziej elokwentnego z łysych.

– Napije się pan piwka?

– Nie, nie, tabletki biorę, dziękuję.

– A! To rozumiem. …Polki to ładne są, proszę pana. Naprawdę! W Polsce bez spiny można ładną babkę znaleźć. Ale w sumie to Turczynki też są ładne. I Czeszki. Tak, Czeszki! W sumie to… wszędzie są ładne kobiety. Tak, tak – tu słychać szczęk otwieranej butelki, kolejnej – A ogląda pan „Jeden z Dziesięciu”? Największy lewy dopływ Wisły: Bylica! Wiem, bo płynie obok domu mojej babci.

Zapada chwila ciszy, przerywana otwieraniem kolejnych butelek z piwem.

„Facetom to dobrze… – nachodzi mnie refleksja. – Ja to po jednym piwku muszę iść pięć razy do toalety. A ten już trzecie pije i nic!”

– A pan walczył w AK? Albo w powstaniu? – nie poddaje się w zagajaniu łysy.

– No co pan, pan myśli, że ja mam sto lat?! Ja pięćdziesiąty szósty rocznik jestem!

– Aaaa to przepraszam.

Klops, nastrój padł, jak i konwersacja.

Jedziemy. Już trzecią godzinę. W pięknym mieście Warna manifestacja antyrządowa na głównej ulicy, więc musimy zrobić objazd, nadkładając drogi.

Kierowca wystawia za drzwi pierwszą turę wczasowiczy, tłumacząc im mętnie przy pomocy gestów, że są bardzo blisko hotelu, wystarczy skręcić, o: tam!

– Ale gdzie my mamy iść, no niech pan nas zaprowadzi! – domaga się jakaś kobieta. – W którą stronę?

– Kierunek Kaukaz – posępnie doradza Pan Mors.

To przelewa czarę goryczy u pani siedzącej za mną. Dzwoni do rezydenta.

– Proszę pana, ten transfer to za długo trwa! To są jakieś żarty! Proszę pana, niech pan nam zagwarantuje kolację! W rozpisce jest napisane, że kolacja w hotelu do dwudziestej, a my na pewno nie zdążymy. To są wolne żarty, proszę pana!

– ….

– Proszę pana, pan niech się nie tłumaczy, bo pan mi minuty nabija! Tylko niech pan zagwarantuje kolację. I proszę mi minut nie nabijać! Do widzenia!

Nie jest to jedyna przepełniona czara…

– Lać mi się chce! – oznajmia łysy. – O ja pierdzielę. Musi być postój, natychmiast!

Podchodzi do kierowcy.

– Toilet open?

Kierowca, starszy, śniady facet o groźnych brwiach, odmrukuje coś po bułgarsku. Powiedzmy, że:

– тя не трябва да се пие![1]

– Toilet?

Kierowca milczy. Pewnie szuka rozpaczliwie jakichś angielskich słów w głowie.

– Toilet?! Toilet open? – nie daje za wygraną łysy.

– There is no toilet! – otrzymuje w końcu triumfalną odpowiedź.

– O ja pierdzielę, no nie wytrzymam, człowieku!

– Co tam, Marcinek? – odzywa się któryś z kolegów na końcu autobusu.

– Pierd***, z nikim nie gadam, bo zaraz pęknę! – Marcinek na to.

W końcu szczęśliwie dojeżdżamy do naszego hotelu. Koleżanka i ja wysiadamy, jako jedyne. Reszta toczy się dalej… Ale to już nie nasza bajka.

Impresja trzecia: Otyłość

Prawdę mówiąc moją pierwszą myślą po wejściu do restauracji w hotelu było: ile tu otyłych ludzi! Pierwszy raz widziałam takie ich skupisko w jednym miejscu. Najgorsze było widzieć, że otyłość jest rodzinna a może zaraźliwa: otyli rodzice karmili na potęgę niewinne, otyłe dzieci, beztrosko skazując je na szereg problemów ze zdrowiem i samooceną w przyszłości.

Czyżby all inclusive wybierał określony typ ludzi? Na przykład: przeciwnicy aktywności fizycznej. Biorąc pod uwagę, że w okolicy była tylko plaża lub hotelowe przyjemności (jedzenie, telewizja, ewentualnie masaż) – całkiem możliwe.

Po czym poznać Polaka w restauracji hotelowej? Odpowiedź jest prosta: nakłada sobie wszystkiego z górką, ściga się z innymi, żeby zdążyć sobie nałożyć przed nimi i ogólnie wygląda, jakby w życiu nic nie jadł. Echa komunizmu zakorzenione wciąż jeszcze w pokoleniach, które może, może coś tam jak przez mgłę pamiętają z dzieciństwa z tamtych czasów? Czy po prostu brak kultury?

Restauracja w naszym hotelu (trzy gwiazdki) stanowiła rodzaj bufetu/ szwedzkiego stołu. Przy wejściu brało się talerz i nakładało ile dusza zapragnie. Jedzenie było znośne. Każdy mógł coś wybrać dla siebie. Ale na pewno nie były to rajskie frykasy, których biedny Polak zza żelaznej kurtyny w życiu nie smakował i dlatego musiał się ich najeść za granicą. Co ja mówię? Najeść? Nawżerać!

Ale tak właśnie zachowywała się większość rodaków. Hotel był pełen Polaków i Rosjan, których z wyglądu ciężko rozróżnić. Jednak był jeden ważny wyznacznik: szaleństwo na stołówce. Przepychanie, pośpiech, nakładanie sobie gór jedzenia. Rosjanie raczej stronili od tego.

Na śniadanie podawano między innymi parówki i jajka sadzone. Osobiście widziałam pana, który wniebowzięty zasuwał do stolika z piramidą jajek sadzonych i stertą parówek. Ktoś naprawdę jest w stanie zjeść tyle? A może w Polsce tego nie ma?

Impresja czwarta: Plażowanie, opalanie

Przyznam, że plażowe szaleństwo delikatnie mnie dotknęło. Ale delikatnie. Byłam z koleżanką, której bardzo zależało, by się opalić, więc jechałam z nią na tym wózku, choć od stóp do głów wysmarowana kremem z filtrem 30. Było to całkiem przyjemne, zwłaszcza kiedy kupiłyśmy przenośny parasol do wbijania w piasek i mogłam sobie spokojnie siedzieć w cieniu, w moim pięknym turkusowym bikini i przy akompaniamencie szumu fal delektować się lekturą szwedzkiego kryminału.

Ale opalanie to cała filozofia. Więcej, można by rzec: styl życia. Z fascynacją obserwowałam kobiety układające się w przedziwne pozy, dalekie od wygody, byle tylko słońce równomiernie mogło docierać w każdy zakamarek skóry. Niektóre z nich były już bardzo mocno opalone, inne, czerwone do tego stopnia, że zamiast na słońce wysłałabym je raczej do lekarza. Ale ciągle im było mało.

W hotelu ciągle się widziało spieczone na raka postaci obwiązane ręcznikami bądź pareo, z dumą obnoszące purpurowe ciała poznaczone białymi śladami w miejscach, gdzie skórę zasłaniał fragment kostiumu i czerwone jak pomidory twarze o upieczonych na skwarek nosach.

Dlaczego bycie opalonym jest takie ważne? I czy to w ogóle jest aż takie ładne? Co rusz nachodziła mnie myśl, że ta cała opalenizna to nic innego, jak zwykłe, silniejsze lub słabsze w poparzenia słoneczne i tyle.

W Bułgarii ciągle da się wyczuć ślady komunizmu. Trudno powiedzieć w czym to się przejawia, ale atmosfera jest trochę jak w starym, niewietrzonym magazynie, gdzie zalega jeszcze kurz z minionych epok. Ale nie na plaży. Na plaży nowoczesność, której Polska może pozazdrościć: Bułgarki opalają się topless. A im starsze, tym chętniej!

Obserwowałam je sobie: starsze panie, brązowe i pomarszczone jak rodzynki, pękate grubaski i śniade czarnowłose piękności, żadna nie miała najmniejszych oporów przed beztroskim wystawianiem biustu na słońce.

Szkoda, że w Polsce tego nie ma i ciągle króluje u nas fałszywa pruderia. No i znamienne, że Polka przesadnie wyczulona na mankamenty swej urody (prawdziwe lub wymyślone) za nic w świecie ich nie ujawni. Nie raz zwróciłam na to uwagę za granicą: tam dziewczyny są znacznie bardziej za pan brat ze swoimi ciałami, akceptują je takimi, jakie one są, a nie skupiają się na tym, jakie być powinny. Rzuca się to w oczy w Hiszpanii, Francji, a teraz okazuje się, że także i w Bułgarii. Dlaczego nie w Polsce? Oto jest pytanie.

Po krótkim namyśle postanowiłyśmy z koleżanką pójść w ślady Bułgarek. Olé!

Impresja piąta: Chwila refleksji

Co by nie powiedzieć o moich eksperymentalnych wakacjach, z pewnością miałam na nich czas dla siebie. W odróżnieniu od minionych eskapad, które były fantastyczne pod względem zwiedzania, nie wróciłam z nich bardziej zmęczona niż przed.

Miałam całe sześć dni, by spacerować po złocistej plaży, rozmyślać o życiu i pierdołach wpatrując się w relaksująco błękitne morze i nigdzie się nie śpieszyć. Każdy tego potrzebuje od czasu do czasu. A już zwłaszcza znużony obowiązkami pracownik korporacji. No, może odrobinę współtowarzyszami wycieczki, którzy męczyli rezydenta fochami i wymyślonymi problemami. („Czy panu żona podaje zimne jajka sadzone na śniadanie?! Otóż tu są podawane zimne!” „A wczoraj od piętnastej do siedemnastej nie było kablówki! Ja jeżdżę po świecie, od lat, byłem w Grecji i Egipcie, i nigdzie dotąd to się nie zdarzyło!”)

Uff… Ale powracając do szumu fal… Nic przyjemniejszego niż mieć czas, by delektować się drobnymi przyjemnościami i doznaniami: gorącym dotykiem słońca na skórze, wymieszanym z zapachem kremu do opalania, miętową świeżością mojito pitego w chilloutowym barze na plaży, wpatrywaniem się w sunące po niebie chmury przez szybki okularów przeciwsłonecznych. I tak dalej…

Takie smaczki są oczywiście niezależne od tego, czy nasze wakacje są all inclusive, czy nie, ale jak mówi pewna reklama: bezcenne!

A eskapady z ciężkim plecakiem i mapą (na której się nie znam) w ręku? Wycieczki z promocji Ryanaira z li i jedynie bagażem podręcznym? Ganianie pieszo po europejskich stolicach od dziewiątej rano do dziewiętnastej, od muzeum, do muzeum? To chyba bardziej mój świat, ich urokom na pewno nigdy nie powiem: „nie”.

Image


[1] Trzeba było tyle nie pić!

Advertisements

One thought on “Bułgarskie impresje all inclusive

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s